19.01.2015 – BORNEO – SŁONIE

.

O 5.30 ROZPOCZĘLIŚMY DZIEŃ NA NAJDŁUŻSZEJ RZECE REGIONU SABAH. JADALNIA HOSTELU OCZYWIŚCIE ZWRÓCONA BYŁA W STRONĘ RZEKI. KAWA I HERBATA STAŁY PRZYGOTOWANE. POPIJAJĄC HERBATĘ PATRZYLIŚMY NA RZEKĘ. POZA NAMI CZEKALI JESZCZE AMERYKANIE.

 

GREENWOOD LODGE

GREENWOOD LODGE

.

PO CHWILI PRZYSZEDŁ PRZEWODNIK O IMIENIU SUGKO LUB SUGO. O 6 RANO WYPŁYNĘLIŚMY. OGARNĄŁ MNIE DRESZCZYK EMOCJI, KIEDY UŚWIADOMIŁAM SOBIE, ŻE BLADYM ŚWITEM PŁYNĘ RZEKĄ W ŚRODKU BORNEO. JESZCZE BĘDĘ NIĄ PŁYNĄĆ PO POŁUDNIU I W NOCY, ABY ZOBACZYĆ CAŁĄ URODĘ ŻYJĄCYCH WOLNO ZWIERZĄT, PTAKÓW I DZIKIEJ ROŚLINNOŚCI KTÓREJ NA SZCZĘŚCIE CZŁOWIEK NIE UJARZMIŁ.

 

ŻYCIE W KORONACH DRZEW

ŻYCIE W KORONACH DRZEW

.

PŁYNĘLIŚMY DWIE GODZINY. PRZEWODNIK POKAZYWAŁ WIELE GATUNKÓW PTAKÓW I MAŁPY – NOSACZE, ŻYJĄCE TYLKO TUTAJ. OBSERWOWALIŚMY ICH ZWINNOŚĆ. W ODRÓŻNIENIU OD MEKONGU KINABATANGAN PŁYNIE SZYBCIEJ, JEST BARDZIEJ ŻWAWY. PO POWROCIE CZEKAŁO NA NAS ŚNIADANIE. JAK ZWYKLE SMAŻONY MAKARON Z JAJKIEM. PIETRUSZKA JADŁ  CHLEB Z JAJKIEM.

MUSIELIŚMY ZAŁATWIĆ DO KOŃCA SPRAWĘ NASZEGO DOWOZU. UWAŻAŁAM, ŻE HOSTEL JEST OBOWIĄZANY ZWRÓCIĆ NAM DOLARY, NIE W SENSIE FIZYCZNYM, ALE W POSTACI OBNIŻENIA CENY POBYTU. PIETRUSZKA SIĘ ZGADZAŁ, ALE MYŚLAŁ TAKŻE O JAKIEJŚ REKOMPENSACIE.

WE WCZORAJSZYCH I DZISIEJSZYCH WCZESNOPORONNYCH ROZMOWACH STALIŚMY NA STANOWISKU WINY HOSTELU. NASZ TRANSPORT POWINIEN BYŁ CZEKAĆ AŻ DO PRZYJAZDU AUTOBUSU Z LAHAD DATU. JEDNOCZEŚNIE NEGOCJOWALIŚMY EWENTUALNE OBNIŻENIE CENY I DODATKOWE WYCIECZKI.
Z UWAGI NA DOJAZD DO SUKAU DWUDNIOWY POBYT TAM ROZPOCZYNA SIĘ OD GODZINY 14:00. PIERWSZA WYCIECZKA JEST O 16:00. O 19:00 KOLACJA, A PO NIEJ NOCNA WYCIECZKA. RANO O 6:00 WYPŁYWA SIĘ NA RZEKĘ. POTEM ŚNIADANIE I ODJAZD. PROGRAM TRZYDNIOWY ZACZYNA SIĘ I KOŃCZY TAK SAMO JAK PRZY PROGRAMIE DWUDNIOWYM. TRZECI DZIEŃ MA WYCIECZKĘ DO DŻUNGLI ORAZ LUNCH I MOŻNA PŁYNĄĆ PONOWNIE PO POŁUDNIU I WIECZOREM.

PARA NIEZBYT ROZMOWNYCH AMERYKANÓW, KTÓRA RANO Z NAMI PŁYNĘŁA, WYJEŻDŻAŁA. CZEKAŁAM W RECEPCJI, ABY POROZMAWIAĆ I USŁYSZAŁAM, ŻE AMERYKANIE ZA POBYT TAKI JAK NASZ PŁACĄ 690 RM.

POWTÓRZYŁAM TO PIETRUSZCE I ZACZĘLIŚMY ZNOWU ROZMAWIAĆ Z OBSŁUGĄ. ZWRÓCILIŚMY IM UWAGĘ, ŻE ZOSTALIŚMY W NOCY W OBCYM MIEJSCU I KRAJU PRZEZ ICH BRAK ODPOWIEDZIALNOŚCI I GDYBY NAM SIĘ COŚ STAŁO TO, CO WTEDY. TO HOSTEL POWINIEN ZAPŁACIĆ ZA PODWIEZIENIE NAS, A NIE PATRZEĆ JAK NA CUDOWNIE ODNALEZIONYCH. Z UWAGI NA CZAS NASZEGO PRZYJAZDU W JEDEN DZIEŃ ODBĘDZIEMY WSZYSTKIE WYCIECZKI I DODATKOWO DOSTANIEMY WYCIECZKĘ DO DŻUNGLI I LANCZ.
MIELIŚMY ŚWIADOMOŚĆ, ŻE KWOTA 120 RM ZA PODWIEZIENIE JEST BARDZO DUŻA I ZASTANAWIALIŚMY SIĘ, DLACZEGO TAK SIĘ STAŁO. UWAŻAM, ŻE TO DLATEGO, ŻE KIEROWCA MÓWIĄC 40 DOLARÓW MIAŁ NA MYŚLI RANGITY. MY ZROZUMIELIŚMY TO DOSŁOWNIE, A OBSŁUGA HOSTELU NIE ZAREAGOWAŁA, CHOCIAŻ WIDZIAŁA JAK PŁACILIŚMY.
PÓŹNIEJ PRZEKONAŁAM SIĘ,  ŻE MIAŁAM RACJĘ A MALEZYJCZYCY CZASEM O SWOICH RANGITACH MÓWIĄ DOLARY.

O 10 RANO POSZLIŚMY Z PRZEWODNIKIEM DO DŻUNGLI. UBRALIŚMY SIĘ TAK, ABY RĘCE I NOGI MIEĆ ZAKRYTE, POSMAROWALIŚMY SIĘ REPELENTAMI W CELU ODSTRASZENIA KOMARÓW. BYŁA PORA DESZCZOWA. DOSTALIŚMY KALOSZE. PODPŁYNĘLIŚMY ŁÓDKĄ DO MIEJSCA WEJŚCIA. CZY TAKA PRZYBRZEŻNA DŻUNGLA ROBI WRAŻENIE? NA PEWNO WARTO JĄ ZOBACZYĆ. DRZEWA, RATAN WYPUSZCZAJĄCY CIENKIE LINKI POZWALAJĄCE MU PIĄĆ SIĘ DO GÓRY, KRZEWY O RÓŻNEJ WIELKOŚCI I LIŚCIACH. WSZYSTKO BARDZO BUJNE I ZIELONE. BRNIEMY W BŁOCIE. JEST TAK GĘSTE, ŻE Z TRUDEM WYCIĄGAMY Z NIEGO NOGI. PRZEWODNIK POKAZUJE JASZCZURA, WĘŻA, PIJAWKI, ŚLADY SŁONIA. MÓWI, ŻE NIE BĘDZIEMY PODCHODZIĆ BLIŻEJ, BO SŁOŃ W TABIN ZAATAKOWAŁ TURYSTKĘ, KTÓRA PSTRYKNĘŁA APARATEM FOTOGRAFICZNYM. W PEWNYM MOMENCIE ZAPADAMY SIĘ TAK GŁĘBOKO, ŻE BAGNO WLEWA SIĘ DO KALOSZY.

PŁYNIEMY Z POWROTEM DO HOSTELU. TAK JAK RANO, TAK TERAZ MŻY DESZCZ. IDĄC POMOSTEM POCZUŁAM UKŁUCIE W PALEC. PATRZĘ, A TU POD MÓJ PIERŚCIONEK-OBRĄCZKĘ WCHODZI PRZYSSANA DO MNIE PIJAWKA. USIŁUJĘ JĄ WYRZUCIĆ, ALE NIE MOGĘ. ZACZYNAM KWICZEĆ. PRZYLATUJE PIETRUSZKA. PIJAWKA SIĘ WIJE, PIETRUSZKA WYŁAMUJE  MI PALEC, JA KWICZĘ. JAKOŚ UDAJE SIĘ JĄ ODERWAĆ. CIEKAWE, JAK TAKIE MAŁE ŻYJĄTKO POTRAFI UKŁUĆ I ZOSTAWIĆ ŚLAD. MALUTKIE, ALE ZAWSZE GOTOWE CIĘ DZIABNĄĆ. DOSTAJEMY LUNCH. RYŻ, JAJKO I CHYBA KURCZAK. POTEM IDZIEMY SIĘ PRZEJŚĆ W STRONĘ, Z KTÓREJ PRZEJECHALIŚMY. DOCHODZIMY DO KOŃCA MIEJSCOWOŚCI. NAWET WSTĘPUJEMY DO INNEGO ŁADNE WYGLĄDAJĄCEGO HOSTELU PYTAJĄC O CENY. SĄ PORÓWNYWALNE Z NASZYM.

W SUKAU WIEDZIELIŚMY JEDEN SKLEP I JEDNĄ SKLEPO-RESTAURACJĘ. NIC W NICH NIE MA. SOKU, WODY GAZOWANEJ, HERBATY, TONIKU, ORZESZKÓW, CIASTECZEK. W CAŁYM SUKAU NIE MA ŻADNEGO ALKOHOLU NAWET JEDNEJ BUTELKI PIWA. TUTAJ SĄ MUZUŁMANIE I ONI DECYDUJĄ O BRAKU JAKICHKOLWIEK NAPOI WYSKOKOWYCH. SAMI NIE PIJĄ I NIE TOLERUJĄ PICIA ALKOHOLU W ICH OBECNOŚCI.

WRACAMY, BO O 16-tej JEST KOLEJNY PRZEJAZD ŁODZIĄ. NA NASZEJ PRZYSTANI STOI PARA I WITA SIĘ Z PRZEWODNIKIEM. ONA LAURA, ON SAMUEL. MY SIĘ UŚMIECHAMY. ONA COŚ MÓWI, WŁAŚCIWIE NIE WIADOMO DO KOGO. A PIETRUSZKA ZNANY TROPICIEL WSZYSTKIEGO, CO WŁOSKIE MÓWI – “LAURA PO ANGIELSKU  BRZMI PO WŁOSKU”, NA CO ONA : „BO JESTEM WŁOSZKĄ”.  OBOJE Z WŁOSKIEJ CZĘŚCI SZWAJCARII, Z LUGANO. PRZERZUCILIŚMY SIĘ TROCHĘ NA JĘZYK WŁOSKI. DOSZEDŁ MŁODY MĘŻCZYZNA BARDZO ŁADNiE MÓWIĄCY PO ANGIELSKU. DESZCZ PADA, SIEDZIMY W PRZECIWDESZCZOWYCH PŁASZCZYKACH I OGLĄDAMY KOLEJNE PTAKI I SKACZĄCE MAŁPY. MIJA NAS ŁÓDKA, A NASZ ŁÓDKOWY KOLEGA MÓWI DO KOGOŚ Z TEJ DRUGIEJ ŁÓDKI W JAKIMIŚ DZIWNYM, ALE ZNANYM JĘZYKU. NAGLE SŁYCHAĆ RYK SŁONIA. ŁÓDKA STAJE. CZEKAMY …

 

 SĄ !!!. NIE JEDEN, NIE DWA, ALE CALE STADO ...

SĄ !!!. NIE JEDEN, NIE DWA, ALE CALE STADO …

.

SŁYCHAĆ ODGŁOS TRATOWANEJ DŻUNGLI. WSTRZYMUJEMY ODDECH. SĄ !!!. NIE JEDEN, NIE DWA, ALE CALE STADO. STOJĄ PRZED NAMI. DUŻE, ŚREDNIE I MAŁE SŁONIE. JEDEN JEST TAK MALUTKI, ŻE GO PRAWIE NIE WIDAĆ W TRAWIE. SŁONIE JEDZĄ, PIJĄ WODĘ, JEDNO MŁODE SSIE SŁONICĘ. SŁOŃ GŁASZCZE SWOJĄ SŁONICĘ TRĄBĄ. NIEKTÓRE JEDZĄ ZAPAMIĘTALE. MALUTKI PLĄCZE SIĘ POD NOGAMI. PODPŁYWAMY JESZCZE BLIŻEJ. JESTEŚMY 10 METRÓW OD NICH. GAPIMY SIĘ DOBRE PÓŁ GODZINY URZECZENI TYM WIDOKIEM. STADO ZNIKA W DŻUNGLI. TO BYŁO FANTASTYCZNE. WRACAMY NA KOLACJĘ. NA NASZEJ PRZYSTANI PYTAMY TRZECIEGO PASAŻERA SKĄD JEST. JEST Z RPA , Z TATUSIA GREKA, MAMUSI AFRYKANERKI A MIESZKA W SZWECJI (STĄD TEN DZIWNY JĘZYK, KTÓRYM ROZMAWIAŁ Z  FACETEM Z SĄSIEDNIEJ ŁÓDKI) GDZIE KONSTRUUJE PŁYWALNIE CZYLI BASENY. MA GRECKIE IMIĘ – PO NASZEMU MICHAŁ.
KOLACJĘ OCZYWIŚCIE JEDLIŚMY RAZEM – STADO SŁONI ZBLIŻA.
LAURA BYŁA PRZEŚLICZNA, MICHAŁ PRZEMIŁY A SAMUEL FAJNY. TOCZYLIŚMY ROZMOWY O PODRÓŻACH, OBYCZAJACH GRECKICH, SZWEDZKICH, POŁUDNIOWO-AFRYKAŃSKICH. KIEDY ZAPADŁA NOC WYPŁYNĘLIŚMY OSTATNI RAZ. PRZESTAŁO PADAĆ. ZAPADŁY CIEMNOŚCI. TYLKO REFLEKTOR Z ŁÓDKI OŚWIETLA BRZEGI.

NIE ŚWIECI WYSOKO ABY NIE BUDZIĆ ZWIERZĄT. TA NOCNA PRZEJAŻDŻKA MA SWOJĄ ATMOSFERĘ. PRZEWODNIK JEST ŚWIETNY. WYPATRUJE PTAKÓW, POKAZUJE KROKODYLE DZIECI; WĘŻA W ZŁOTE PASKI, NAZWANEGO PRZEZE MNIE – ZA ZGODĄ WSZYSTKICH – INEZ, BO LAURA STWIERDZIŁA, ŻE TO KOBIETA WĄŻ. NA KOŃCU WIDZIMY MAŁEGO JELONKA Z MAMĄ. WRACAMY PEŁNI WRAŻEŃ. DECYDUJEMY SIĘ NA SPACER DO RESTAURACJI, W KTÓREJ MY BYLIŚMY WCZORAJ, PO COŚ DO PICIA. WEDŁUG NAS JEST TAM LEPSZY WYBÓR ACZKOLWIEK I TAM I W NASZYM HOSTELU WYBORU WIELKIEGO NIE MA. ROZMAWIAMY O WSZYSTKIM NAWET O PODWYŻCE MICHAŁA W SZWEDZKIEJ PRACY I NASZYM KOCIE GDYŻ SZWAJCARSCY WŁOSI TEŻ MAJĄ KOTA.

POWOLI WRACAMY DO NASZEGO HOSTELU. RANO SPOTKAMY SIĘ NA ŚNIADANIU I ŻEGNAMY. PŁACIMY ZA POBYT ZGODNIE Z NASZYMI SUGESTIAMI CHOCIAŻ Z NIEWIELKĄ STRATĄ GDYŻ KURS DOLARA W TEJ CZĘŚCI BORNEO JEST NIŻSZY NIŻ  W KOTA KINABALU. HOSTEL PONIÓSŁ ZASŁUŻONĄ, CHOĆ MOŻE NIE WIELKĄ KARĘ FINANSOWĄ PŁACĄC ZA PRZEJAZD SWOICH GOŚCI 40 DOLARÓW ORAZ DODAJĄC IM JEDNĄ WYCIECZKĘ I DWA POSIŁKI GRATIS.

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *