10.11.2016 – KASZAN, CZYLI TO, CO MOŻNA I CZEGO NIE MOŻNA WOKÓŁ ZOBACZYĆ

.

NASZ OSTATNI DZIEŃ W KASZANIE. JESTEŚMY UMÓWIENI Z NASZYM ZNAJOMYM TAKSÓWKARZEM NA JAZDĘ WOKÓŁ MIASTA. CENA PODRÓŻY US$ 30.

ZACZYNAMY OD ABJANE (ABYANEH). WIOSKA ZBUDOWANA Z GLINY, POŁOŻONA U STÓP GÓR. MOŻNA OGLĄDAĆ TRADYCYJNE DOMY, MECZETY, KLASZTORY. MALOWNICZO, ACZKOLWIEK DUŻO TURYSTÓW. WSTĘP 5 TOMANÓW.
POTEM JEDZIEMY DO FIN GARDEN I PODZIEMNEGO MIASTA OUYI, LEŻĄCEGO W NUSHABAD (NOOSH ABAD). DROGA PROWADZI W POBLIŻU ZAKŁADÓW NUKLEARNYCH. MOŻNA DOSTRZEC ZENITÓWKI, ALE MOWY NIE MA O ZATRZYMYWANIU SIĘ I FOTOGRAFOWANIU. PODZIEMNE MIASTO OUYI SŁUŻYŁO ZA SCHRONIENIE PRZED WROGAMI OD XIII WIEKU. OGLĄDA SIĘ TYLKO CZĘŚĆ WYDRĄŻONYCH W MIĘKKIEJ SKALE TUNELI.
 NA KONIEC PAN TAKSÓWKARZ POKAZUJE NAM MURY OBRONNE CIEKAWEJ TWIERDZY NUSHABAD.

ABJANE – TRANSPORT DO WYBORU …

.

O 17-tej ODSTAWIA NAS POD DWORZEC KOLEJOWY, SKĄD JEDZIEMY DO JAZDU
. MAMY TAM ZAREZERWOWANY PRZEZ RECEPCJĘ TUTEJSZEGO HOSTELU JUNGLE HOTEL, POLECANY PRZEZ NAPOTKANYCH BELGÓW.
 POCIĄG JEST SPÓŹNIONY 30 MINUT.
 DO PRZEDZIAŁU, W KTÓRYM JESTEŚMY WSIADA MAŁŻEŃSTWO ORAZ DWÓCH MŁODYCH MĘŻCZYZN. 
PRAWIE NATYCHMIAST ZOSTAJĘ POCZĘSTOWANA CIASTKIEM Z PACZKI ZNAJDUJĄCEJ SIĘ NA STOLIKU. POTEM DOSTAJĘ RESZTĘ RZECZY Z PACZKI. RUSZAMY. KONDUKTOR PRZYNOSI KAŻDEMU TAKĄ SAMĄ PACZKĘ JAK JUŻ DOSTAŁAM OD IRANKI. POCZĘSTUNEK OD KOLEI. JEST W NIEJ CIASTKO TYPU MUFINKA,TOREBECZKA ZE SŁONYMI PESTKAMI DYNI, TOREBECZKA Z KAWAŁECZKAMI DAKTYLI.

STARSZY PAN WSZCZYNA ROZMOWĘ. JEGO ANGIELSKI NIE JEST NAWET PODSTAWOWY, ALE ON SAM CIEKAWY ŚWIATA I BARDZO CHCE POGADAĆ. ZACZYNA SIĘ ROZMOWA, W KTÓRĄ PO CHWILI WŁĄCZA SIĘ POZOSTAŁYCH DWÓCH PASAŻERÓW. PARA WYJMUJE JAKIEŚ PODRÓŻNE PRZEKĄSKI, KTÓRYMI NAS CZĘSTUJE. 
OKAZUJE SIĘ, ŻE PIETRUSZKA ZAPOMNIAŁ GDZIE ZAPISAŁ ADRES HOTELU I JEGO PRAWIDŁOWĄ NAZWĘ. SZUKA I NIE MOŻE ZNALEŹĆ
. PRZEDZIAŁ ROZPOCZYNA AKCJĘ USTALANIA DANYCH. PODAJEMY NUMER POPRZEDNIEGO HOSTELU. JEDEN Z CHŁOPAKÓW TAM DZWONI. POTEM HOSTEL ODDZWANIA. WSZYSCY W NAPIĘCIU CZEKAJĄ NA WYNIK. WRESZCIE OGÓLNE ZADOWOLENIE, BO MAMY NAZWĘ I ADRES.
 ZOSTAJEMY POCZĘSTOWANI GOTOWANYM KARTOFELKIEM.  PRZEZ KILKANAŚCIE MINUT KAŻDY ZAJMUJE SIĘ SWOIMI SPRAWAMI. W PEWNYM MOMENCIE JEDEN Z MŁODYCH LUDZI CHCE MIEĆ ZDJĘCIE. PIETRUSZKA MU JE ROBI. TERAZ WSZYSCY CHCĄ MIEĆ ZDJĘCIA, W RÓŻNYCH ZESTAWACH OSOBOWYCH. SESJA TRWA PRAWIE GODZINĘ. KAŻDE ZROBIONE ZDJĘCIE JEST OGLĄDANE I KOMENTOWANE. I TAK W RODZINNEJ ATMOSFERZE WYMIENIAJĄC UPRZEJMOŚCI DOJEŻDŻAMY SPÓŹNIENI O godz. 23.30 DO JAZDU. ŻEGNAMY SIĘ WYLEWNIE.

NA DWORCU NIESPODZIANKA. NIE MA TAKSÓWKOWEJ WOLNOAMERYKANKI TYLKO BUDKA, DO KTÓREJ TRZEBA PODEJŚĆ I POWIEDZIEĆ GDZIE SIĘ CHCE JECHAĆ. ZAPŁACIĆ Z GÓRY OKREŚLONĄ CENĘ I CZEKAĆ, AŻ PRZYJDZIE WEZWANY PRZEZ MIKROFON TAKSÓWKARZ. NASZ  PRZEJAZD  KOSZTOWAŁ 10 TOMANÓW. DWORZEC JEST PARĘ KILOMETRÓW OD CENTRUM.
 WJEŻDŻAMY W STARE MURY I KRĘTYMI ULICZKAMI DOCIERAMY NA MIEJSCE. OŚWIETLONA CIEPŁYM ŻÓŁTYM ŚWIATŁEM DZIELNICA WYGLĄDA JAK Z ŚREDNIOWIECZNEGO FILMU. MOŻE TROCHĘ JAK JAISALMER W INDIACH.

.

► ZOBACZ FOTY ◀︎

.

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *