22.04.2017 – PODTRUTY ?

.

OBUDZIŁEM SIĘ KOŁO 6:30. ZA WCZEŚNIE BY WSTAWAĆ. NIE BUDZĄC WOMBATA WŁĄCZYŁEM KOMPA I TROCHĘ POBLOGOWAŁEM. O 8:00 WSTALIŚMY I ZACZĘLIŚMY PRZYGOTOWANIA DO CHECK-INU. NIESPODZIEWANIE POCZUŁEM SIĘ DZIWNIE. WSKOCZYŁEM DO KLOPA. POLAŁA SIĘ ŻE MNIE STRUGA RZADKIEJ ZUPY. WYPRÓŻNIONY CHCIAŁEM KONTYNUOWAĆ PAKOWANIE, ALE ZACZĘŁO MI SIĘ KRĘCIĆ W GŁOWIE WIĘC PADŁEM NA WYRO USIŁUJĄC DOJŚĆ DO SIEBIE. PRZEZ PONAD GODZINĘ LEŻAŁEM W LEKKIEJ MALIGNIE ZE SŁABYMI DRESZCZAMI, ZASTANAWIAJĄC SIĘ W CHWILACH JAŹNI CZY BĘDZIE TRZEBA ZALICZYĆ JAKIEGOŚ DOKTORA-ZNACHORA.

LIMA – PRZYGOTOWANIA DO WYJAZDU

.

JAKIMŚ CUDEM, WSPIERANY PSYCHICZNIE PRZEZ WOMBACIKA ZEBRAŁEM SIĘ TUŻ PRZED 10:00, ZOSTAWILIŚMY BAGAŻE W HOTELOWEJ PRZECHOWALNI I RUSZYLIŚMY DO MIASTA. NIESTETY W TEJ SYTUACJI NIE BYŁO SZANS NA ZALICZENIE MUZEUM NARODOWEGO.

CIĄGNĄC SIĘ POWOLI DOCZŁAPALIŚMY DO KONWENTU ŚW. FRANCISZKA. KUPILIŚMY BILETY I SIELIŚMY – A WŁAŚCIWIE  WOMBACIK SIADŁ, A JA PADŁEM W KĄCIE NA ŁAWCE – CZEKAJĄC NA PRZEWODNIKA. TAK MI BYŁO DOBRZE, ŻE OLAŁEM ZWIEDZANIE ZAKAMARKÓW FRANCISZKAŃSKIEJ TWIERDZY NIE POZWALAJĄC RUSZYĆ SIĘ Z TWARDEJ, NIEWYGODNEJ, ALE POZWALAJĄCEJ NA CHWILĘ WYTCHNIENIA ŁAWKI.

WOMBAT POSZEDŁ UZUPEŁNIAĆ WIEDZĘ O FRANCISZKANACH W LIMIE I POZNAWAĆ BUDOWLĘ.

WRÓCIŁA PO 90 MINUTACH. CZĘŚCIOWO WYPOCZĘTY I WZMOCNIONY KAWĄ W MCDONALDZIE ŁATWIEJ ZNIOSŁEM DROGĘ POWROTNĄ DO HOTELU.

TUŻ PRZED HOTELEM ZATRZYMAŁEM TAXI I ZAPYTAŁEM O CENĘ PRZEJAZDU NA LOTNISKO. GDY POTWIERDZIŁO SIĘ, ŻE DOBRZE USŁYSZAŁEM CENĘ – 30 S, WSIEDLIŚMY. 50 m DALEJ POPROSIŁEM KIEROWCĘ BY ZJECHAŁ NA POBOCZE I POCZEKAŁ NA MNIE. POBIEGŁEM DO HOTELU, ODEBRAŁEM RZECZY I 40 min PÓŹNIEJ BYLIŚMY NA LOTNISKU. KIEROWCA JECHAŁ ŚWIETNIE OMIJAJĄC KORKI, BO OKOLICE LOTNISKA TO JEGO DZIELNICA. ZOSTAŁ OCZYWIŚCIE NAGRODZONY. TYM BARDZIEJ, ŻE KOSZTOWAŁ O POŁOWĘ TANIEJ NIŻ PRZEWÓZ HOTELOWY.

DO ODLOTU BYŁO PONAD 4 godz. JEDNAK, PONIEWAŻ CAŁY CZAS ZE MNIE SIĘ LAŁO, WOLAŁEM BYĆ BLISKO KIBLI, NAJCHĘTNIEJ PRZY WŁAŚCIWEJ BRAMCE. MIGIEM PRZESZLIŚMY ODPRAWĘ, KONTROLĘ BEZPIECZEŃSTWA I PASZPORTOWĄ.
MOGLIŚMY SPOKOJNIE POSIEDZIEĆ ODPOCZYWAJĄC.

ZNALEŹLIŚMY STRATEGICZNIE IDEALNE MIEJSCE (BLISKO GNIAZDKA ZASILAJĄCEGO KOMÓRKI, NA UBOCZU). CAŁY 5 SIEDZENIOWY RZĄD BYŁ NASZ. ODPOWIEDNI MOMENT BY SPOKOJNIE SIĘ WALNĄĆ I NABIERAĆ SIŁ DO DALSZEJ DROGI. OD CZASU DO CZASU SIELANKA TA BYŁA PRZERYWANA GONITWĄ DO WC, ALE ZDECYDOWANIE Z MNIEJSZĄ CZĘSTOTLIWOŚCIĄ.

LOT MIAŁ 30 min OPÓŹNIENIA, CO TYLKO MNIE WZMOCNIŁO PRZED DŹWIGANIEM BAGAŻY Z DWORCA LOTNICZEGO W AREQUIPIE DO POSTOJU TAXI.

TARGI Z TAKSIARZAMI TRWAŁY DŁUGO, BO NAM BARDZIEJ SPIESZYŁO SIĘ DO KIBLA, NIŻ DO PRZEJAZDU.
CAŁY CZAS BYLIŚMY NAGABYWANI A TO Z LEWEJ, A TO Z PRAWEJ. WRESZCIE PO DOŚĆ DŁUGIM CZASIE IGNOROWANIA GOŚCI ŁASKAWIE SPYTAŁEM NAJBARDZIEJ WYTRWAŁEGO ILE CHCE ZA DOWÓZ DO HOSTELU LA CASA DEL SILLAR. O DZIWO ZNAŁ MIEJSCE I ZAŻĄDAŁ 30 S. OBŚMIAŁEM FACIA. ZAPROPONOWAŁ 25. NAWET NIE ODPOWIEDZIAŁEM. ZANIEPOKOJONY SPYTAŁ ILE DAJĘ. POWIEDZIAŁEM MU, ŻE wg INFORMACJI Z NETU POWINIENEM DAĆ 8 S.

ZAPROPONOWAŁ 15. NIE ODPOWIEDZIAŁEM. TYMCZASEM Z ŁAZIENKI WRÓCIŁ WOMBAT. JEDNOCZEŚNIE Z DRUGIEJ STRONY PODSZEDŁ INNY KIEROWCA I POWIEDZIAŁ WSKAZUJĄC NA PLAKIETKĘ, ŻE JEST OFICJALNYM TAKSÓWKARZEM LOTNISKOWYM. SPYTAŁEM O CENĘ PRZEJAZDU. KIEDY USŁYSZAŁEM US $ 25, NATYCHMIAST POTWIERDZIŁEM NAJBARDZIEJ WYTRWAŁEMU TAKSIARZOWI PROPONOWANE PRZEZ NIEGO 15 S. LOTNISKOWY USIŁOWAŁ OBNIŻAJĄC CENĘ COŚ WSKÓRAĆ – OCZYWIŚCIE BEZSKUTECZNIE.

HOSTEL LA CASA DEL SILLAR LEŻY NA SPOKOJNEJ ULICY STAREGO MIASTA, KILKASET METRÓW OD JEGO CENTRUM – PLACU DE ARMAS. JEST TO ROZUMIEM, STARE, RODZINNE DOMOSTWO OTOCZONE WYSOKIM NA 5/6 m MUREM. DOSTALIŚMY OGROMNY POKÓJ Z WEJŚCIEM OD PATIA. BARDZO WYSOKI SUFIT MIAŁ DWA WYMIARY – NAD PODWÓJNYM ŁÓŻKIEM ZOSTAŁ PODNIESIONY O METR, POZWALAJĄC NA WBUDOWANIE DODATKOWEGO OKNA.
OBSZERNA SZAFA W ŚCIANIE, STÓŁ, KRZESŁA, TV I OCZYWIŚCIE NIEDUŻA, ALE WYPOSAŻONA WE WSZYSTKO CO TRZEBA  ŁAZIENKA DOPEŁNIAŁY CAŁOŚĆ. UPRZEJMA, NIE MÓWIĄCA PO ANGIELSKU GOSPODYNI WYTŁUMACZYŁA NAM GDZIE MOŻEMY COŚ WRZUCIĆ NA RUSZT I POSZLIŚMY …

NIESTETY BYŁO ZBYT PÓŹNO I CIEMNO BY BAWIĆ SIĘ W SZUKANIE LOKALNYCH JADŁODAJNI. TYM BARDZIEJ, ŻE BYLIŚMY TUŻ OBOK NAJBARDZIEJ TURYSTYCZNEGO MIEJSCA W AREQUIPIE, A POZA TYM CIĄGLE MUSIAŁEM UWAŻAĆ NA PRZEWÓD POKARMOWY I JEGO KOŃCÓWKĘ.

SZYBKO DOTARLIŚMY DO ULICY PEŁNEJ RESTAURACJI. WSZYSTKIE TURYSTYCZNE, AŻ STRACH. WYBRALIŚMY, NIEZBYT SZCZĘŚLIWIE “MANOLO“. NA PIERWSZY RZUT OKA WYGLĄDAŁA DOBRZE, ALE JUŻ PRZY ZAMAWIANIU ZORIENTOWALIŚMY SIĘ, ŻE ZAŁOGA MA POWAŻNY PROBLEM KOMUNIKACYJNY NAWET WTEDY, GDY USIŁUJEMY POROZUMIEĆ SIĘ NA MIGI.

JEDZENIE BYŁO TAKIE SOBIE I DROGIE (55 S ZA AWOKADO NADZIEWANE KARTOFLAMI I LICHY SMAKOWO STEK Z WOŁOWINY, KTÓRY ZAMÓWIŁEM ŚREDNIO WYSMAŻONY A DOSTAŁEM UGOTOWANY). NIE POLECAMY.

NAJEDZENI OBESZLIŚMY PLAZA DES ARMAS I CIEMNAWYMI, PEŁNYMI POLICJI ULICAMI WRÓCILIŚMY DO NOCLEGOWNI.

PO DRODZE NA UL. SAN FRANCISCO WIDZIELIŚMY SKLEP-RESTAURACYJKĘ “SALCHICHERÍA LA ALEMANA” Z DOBRZE WYGLĄDAJĄCYM MENU I CENAMI O POŁOWĘ NIŻSZYMI OD TYCH NA GŁÓWNYM PASAŻU …

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

.

Komentarze :

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *