25.04.2017 – KRÓTKI WYPAD DO BOLIWII – COPACABANA

.

OBUDZILIŚMY SIĘ WYPOCZĘCI I PEŁNI ENERGII. NAJWYRAŹNIEJ ANTYBIOTYK – BAKTRIM – ZADZIAŁAŁ WSPANIALE. SZYBKO
ZESZLIŚMY DO JADALNI NA ŚNIADANIE. BYŁO FANTASTYCZNE. PIECZYWO, SER, WĘDLINA, MASŁO, ŚWIEŻY SOK I HERBATA W KILKU ODSŁONACH.
WEZWANA TAKSÓWKA DOWIOZŁA NAS W 5 min ZA 5 S NA DWORZEC AUTOBUSOWY. WYJECHALIŚMY O CZASIE.
KILKA KILOMETRÓW PRZED GRANICĄ POJAZD STANĄŁ – BYŚMY JAK TO ŁADNIE OKREŚLONO – “MOGLI WYMIENIĆ SOLE NA BOLIWARY I SKORZYSTAĆ Z TOALETY”. WYMIENIŁEM US$ 50 (NIE MIAŁEM MNIEJSZEGO NOMINAŁU). KURS 1 US$ = 6,7 B.

WSZYSTKO SZŁO DOBRZE DO GRANICY. TUTAJ ZUPA SIĘ WYLAŁA. PO 30 min CZEKANIA NA ODPRAWĘ PASZPORTOWĄ OKAZAŁO SIĘ, ŻE SYSTEM KOMPUTEROWY PADŁ BYŁ I NIE WIADOMO JAK DŁUGO BĘDZIE TRZEBA CZEKAĆ NA JEGO ZMARTWYCHWSTANIE…

COPACABANA – ZACHÓD SŁOŃCA NAD JEZIOREM TITICACA

.

KOLEJKA PRZED NAMI JUŻ ZGROMADZIŁA KILKADZIESIĄT OSÓB. PAMIĘTACIE PRZEKRACZANIE GRANIC ZA KOMUNY? TU BYŁO COŚ PODOBNEGO. NA CAŁE SZCZĘŚCIE NASZ AUTOBUSOWY MENAGO BARDZO SZYBKO POŁAPAŁ SIĘ W SYTUACJI I ZACZĄŁ DZIAŁAĆ. PO PIERWSZE ZAPROWADZIŁ NAS – PASAŻERÓW SWOJEGO BUSU DO SKLEPU Z FOTOKOPIARKĄ. SKSEROWANO – ODPŁATNIE OCZYWIŚCIE (KARTKA 1 S) –  ODPOWIEDNIE STRONY NASZYCH PASKÓW I VOILA ! – MOGLIŚMY STANĄĆ W KOLEJCE PO PIECZĄTKĘ OD POLICJI. ODSTAWSZY SWOJE OTRZYMALIŚMY STEMPEL PRZECHODZĄC O JEDEN STOPIEŃ WYŻEJ W GRANICZNEJ BIUROKRACJI. NIESTETY NASZE PODBITE PRZEZ POLICJANTA KOPIE STRON PASZPORTÓW NIC SPODOBAŁY SIĘ ŻADNEMU Z TRZECH SIEDZĄCYCH W SWOICH OKIENKACH URZĘDASÓW WBIJAJĄCYCH PIECZĘĆ POTWIERDZAJĄCĄ NASZ WYJAZD Z PERU. ZAPROTESTOWALI PRZECIWKO DWÓM KARTKOM Z KSERO STRON PASZPORTU. TWIERDZILI, ŻE TAKICH NIE MOGĄ PRZYJĄĆ. MUSZĄ BYĆ SKSEROWANE DWIE STRONY PASKA NA JEDNEJ STRONIE KARTKI PAPIERU I BASTA. TYLKO WOMBATOWI SIĘ UDAŁO. JAKO PIERWSZA PODESZŁA DO OKIENKA I PRZEPUSZCZONO JĄ NARZEKAJĄC TROCHĘ. ALE NA WIĘCEJ MACHINA BIUROKRACJI NIE POZWOLIŁA.

NIE BYŁO WYJŚCIA. PONOWNIE WSZYSCY POGNALIŚMY DO KSERO PO NOWE KOPIE. NA CAŁE SZCZĘŚCIE NIE MUSIELIŚMY ZNOWU STAĆ W KOLEJCE PO STEMPEL OD POLICJANTA, TYLKO PODCHODZĄC DO NIEGO Z BOKU OTRZYMALIŚMY NIESZCZĘSNE PIECZĄTKI.

TERAZ JUŻ WSZYSTKO POSZŁO GŁADKO I MOGLIŚMY SPACERKIEM DOJŚĆ DO BOLIWIJSKICH POGRANICZNIKÓW. PROCEDURA PO TEJ STRONIE GRANICY PRZEBIEGŁA BŁYSKAWICZNIE. DWIE GODZINY OD ZATRZYMANIA NASZ AUTOBUS RUSZYŁ BY POKONAĆ OSTATNIE KILKANAŚCIE KILOMETRÓW DROGI.

DO COPACABANY DOTARLIŚMY O 2 godz. SPÓŹNIENI. W OKOLICACH 14:30. PRZYSTANEK BUSÓW ZNAJDUJE SIĘ W SAMYM CENTRUM MIASTECZKA. DOSŁOWNIE NA DEPTAKU.

ZOSTAWIŁEM WOMBATA Z WALIZKAMI I POSZEDŁEM SZUKAĆ SPANIA. W PIERWSZYM HOSTELU NIE ZASTAŁEM OBSŁUGI. DRUGI, “6 DE AGOSTO” NA ULICY O TEJ SAMEJ NAZWIE ZAOFEROWAŁ NIEZBYT DUŻY POKÓJ Z OSOBNĄ ŁAZIENKĄ I TOALETĄ, GORĄCĄ WODĄ I WI-FI @ 80 B / 2 os. TAK MNIE ZASKOCZYLI NISKĄ CENĄ, ŻE AŻ ZACZĄŁEM SPRAWDZAĆ CZYSTOŚĆ POŚCIELI. WYGLĄDAŁA DOBRZE. JEDYNY ZAUWAŻALNY PROBLEM TO POOBIJANE ŚCIANY. WZIĄŁEM.

MAJĄC TROCHĘ CZASU POSZLIŚMY NA ZWIEDZANIE. DUŻO TUTAJ NIE MA DO OGLĄDANIA, ALE ZAWSZE COŚ NOWEGO MOŻNA ZALICZYĆ. KATEDRA, CHOCIAŻ DUŻA NIE ROBI WRAŻENIA. STOI PUSTA Z IDIOTYCZNYM ZAKAZEM FOTOGRAFOWANIA I KILKOMA SZWENDAJĄCYMI SIĘ TURYSTAMI Z KRAJÓW O KORZENIACH SILNIE KATOLICKICH. ZGADNIJCIE JAKĄ NACJĘ MAM NA MYŚLI !?

ZDECYDOWANIE CIEKAWSZE SĄ POZOSTAŁOŚCI INKASKIE – LA HORCA DEL INCA (PACHAKATA), NIEZBYT ODDALONE OD CENTRUM MIASTECZKA. NAJWAŻNIEJSZE Z NICH TO RESZTKI JAKIEGOŚ PRZYPUSZCZALNIE ASTROLOGICZNEGO URZĄDZENIA. ŻEBY JE ZOBACZYĆ TRZEBA NIEŹLE SIĘ NAMĘCZYĆ POKONUJĄC SPORĄ ILOŚĆ STROMYCH SCHODÓW. Z GÓRY JEST PIĘKNY PANORAMICZNY WIDOK. WEDŁUG MNIE NIC WIĘCEJ … WSTĘP 10 B (ALE CHYBA NIELEGALNIE POBIERANYCH). CZAS ZWIEDZANIA – MINIMUM 60 min DLA MŁODYCH I WYSPORTOWANYCH.

SZUKALIŚMY JESZCZE ISTNIEJĄCYCH W TEJ CZĘŚCI MIASTECZKA INNYCH ŚLADÓW PO INKACH. BEZSKUTECZNIE. NATKNĘLIŚMY SIĘ ZA TO NA CIEKAWY LOKALNY CMENTARZYK.

PO ZWIEDZANIU WSTĄPILIŚMY NA SUSHI DO  RESTAURACJI THAI PALACE SERWUJĄCEJ DANIA INDYJSKO-JAPOŃSKO-TAJSKIE. MIAŁA BYĆ 10% ZNIŻKA Z OKAZJI “HAPPY HOURS” ALE NIE DOSTALIŚMY JEJ Z POWODU PÓŹNEJ PORY PRZYJŚCIA. LEKKIE OSZUSTWO. ZAMÓWIŁEM tzw. BOLIVIAN ROLL. CIEKAWIE WYGLĄDAŁ, A POZA TYM POCHWAŁY NA ŚCIANIE ZACHĘCAŁY DODATKOWO. DO TEGO POPROSIŁEM O OWOCOWE LASSI. NAPÓJ DOSTAŁEM GENIALNY. SUSHI BOLIVIAN ROLL –   SŁODKI SEREK PANOSZĄCY SIĘ W JEGO WNĘTRZU TOTALNIE POGRĄŻYŁ TO NIEZŁE SKĄDINĄD DANIE. PORAŻKA TYM WIĘKSZA, ŻE NA ŚCIANIE WISI m.in. OPINIA JAKIEGOŚ CZŁOWIEKA MÓWIĄCA, ŻE GORDON RAMSAY MÓGŁBY SIĘ TU DUŻO NAUCZYĆ !!!

WIECZOREM WYSKOCZYLIŚMY JESZCZE NA PSTRĄGA, Z KTÓREGO SŁYNIE TO MIASTECZKO. DOSTALIŚMY NIEZŁĄ RYBĘ W RESTAURACJI PARĘDZIESIĄT METRÓW OD NASZEGO LOKUM. WOMBAT WZIĄŁ PSTRĄGA W SOSIE CZOSNKOWYM, JA PIKANTNYM. OBA BARDZO DOBRE. GDYBY NAM JESZCZE OSZCZĘDZONO JEDZENIA WSTRĘTNYCH PERUWIAŃSKICH NIEDOSMAŻONYCH  FRYTEK  … OBIAD KOSZTOWAŁ 88 B.

WRACAJĄC NABYLIŚMY W PORCIE BILETY NA WYPRAWĘ NA WYSPĘ SŁOŃCA (30 B / os. TAM A NAZAD)

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *