01.05.2017 – MONTAÑA MACHU PICCHU

.

O 4:45 BYLIŚMY NA NOGACH. 15 min PÓŹNIEJ STALIŚMY W 200 m KOLEJCE DO BUSU MAJĄCEGO NAS ZAWIEŚĆ POD WEJŚCIE NA MACHU PICCHU. LEDWO ZDĄŻYLIŚMY WYPIĆ HERBATĘ, A JUŻ BYLIŚMY PRZY DRZWIACH POJAZDU. CHAPEAU BAS DLA TWÓRCÓW LOGISTYCZNEGO PRZEDSIĘWZIĘCIA POLEGAJĄCEGO NA PRZEMIESZCZANIU TAK DUŻEJ LICZBY LUDZI (2 500 LIMIT DZIENNY), TAK SPRAWNIE I BEZBOLEŚNIE W TAK KRÓTKIM CZASIE. WZOROWA ORGANIZACJA I PORZĄDEK.

20 min PÓŹNIEJ CZEKALIŚMY W KOLEJCE NA DOLE SCHODÓW PROWADZĄCYCH DO BRAMEK WEJŚCIOWYCH OBIEKTU. TUTAJ TEŻ WSZYSTKO POSZŁO BŁYSKAWICZNIE. NA BILECIE WSTĘPU JEST ZAWSZE PODANA GODZINA WEJŚCIA. MIELIŚMY WCHODZIĆ POMIĘDZY 7:00 A 8:00. O 7:02 WESZLIŚMY.

WCHODZĄC NA TEREN TEGO PARKU ARCHEOLOGICZNEGO MA SIĘ ZAPEWNIONY WOLNY DOSTĘP DO WSZYSTKICH JEGO CZĘŚCI POZA DWOMA SZCZYTAMI GÓRUJĄCYMI NAD KOMPLEKSEM. ZA TE TRZEBA ZAPŁACIĆ OSOBNO. PONOĆ TRUDNIEJSZY DO ZDOBYCIA JEST NIŻSZY WIERZCHOŁEK (HUAYNA PICCHU). ROZUMIEM, ŻE TRZEBA GO ZDOBYWAĆ NIE TYLKO STROMIEJ SIĘ WSPINAJĄC, ALE TEŻ DROGA NAŃ JEST BARDZO WĄSKA.

WYŻSZY (MOUNTAÑA MACHU PICCHU) – PODRÓŻNICZE WIEŚCI NIOSĄ – MA ŁATWIEJSZE PODEJŚCIE. TO WŁAŚNIE TEGO GÓRSKIEGO MAMUTA WYBRALIŚMY SOBIE NA ŚNIADANIE, USTALAJĄC, ŻE GDYBY CO TO ODPUŚCIMY. JEDYNĄ RZECZĄ NAD KTÓRĄ NIE DAŁO SIĘ MIEĆ ŻADNEJ KONTROLI, BYŁA POGODA. ALE NIE WYGLĄDAŁO NA TO BY ZAMIERZAŁA NAM PŁATAĆ GŁUPIE FIGLE.

WZIĘLIŚMY ZE SOBĄ 1,8 l WODY. DO TEGO 1,8 l HERBATY Z ZIÓŁ ZAKUPIONYCH W DRODZE DO COPACABANY. DZIĘKI TEMU LOKALNEMU WYWAROWI MOGLIŚMY SIĘ WZMOCNIĆ I NIE ODCZUWALIŚMY PRAKTYCZNIE ŻADNYCH DOLEGLIWOŚCI PRZYPISYWANYCH ZMIANOM WYSOKOŚCI. ZABRALIŚMY TEŻ COŚ DO EWENTUALNEGO PRZEKĄSZENIA.

SZYBKO PRZESZLIŚMY PRZEZ STOJĄCE NA TARASACH PO LEWEJ OD WEJŚCIA RESZTKI ZABUDOWY. LEŻĄ ONE NA DRODZE DO NAJWYŻSZEGO SZCZYTU. PO DRODZE SPOTKALIŚMY GRUPKĘ ŚLĄZAKÓW. CHWILĘ PÓŹNIEJ PRZECIERAŁEM OCZY ZE ZDUMIENIA. PRZED MOIMI OCZAMI WYROSŁY WBITE W ZIEMIĘ DWIE FLAGI. AUSTRALIJSKA I POLSKA !!! TO RODACY MIESZKAJĄCY W SYDNEY! WALNĘLIŚMY SOBIE OCZYWIŚCIE FOTKĘ Z FLAGAMI NARODOWYMI. CO ZA SPOTKANIE !!!

KILKASET METRÓW DALEJ ZACZYNA SIĘ SZLAK NA POTWORA, KTÓREGO MAMY ZDOBYĆ. IDĄC NIM PO KILKU MINUTACH DOCHODZIMY DO BUDKI KONTROLERA SZLAKU. TRZEBA SIĘ TU WPISAĆ DO KSIĘGI GOŚCI. OPRÓCZ NAZWISKA I IMIENIA WIEK DELIKWENTA I GODZINĘ WEJŚCIA. OCZYWIŚCIE WCZEŚNIEJ SPRAWDZONO, CZY JESTEŚMY UPRAWNIENI DO MARSZU NA SZCZYT. CZYTAJ: CZY WYKUPILIŚMY BILET.

NIE BĘDĘ OPISYWAĆ TEJ WYDAWAŁO BY SIĘ NIEZBYT UCIĄŻLIWEJ DROGI, ALE: PRZEWIDZIANY CZAS WCHODZENIA W NASZYM PRZYPADKU WYDŁUŻYŁ SIĘ DWUKROTNIE. ZAMIAST 90, WCHODZILIŚMY 180 min.

NA WIERZCHOŁKU 3061 METROWEJ GÓRY PANUJE ATMOSFERA ZADOWOLENIA I RADOŚCI. PRZECIĘTNY TURYSTA SPĘDZA TU 30 min ZANIM ROZPOCZNIE SCHODZENIE. DOŚĆ DŁUGI, PRAWIE POZIOMY TEREN MA SPORO MIEJSCA BY SPOKO POMIEŚCIĆ KILKADZIESIĄT OSÓB. WIDOK ZAPIERA DECH W PIERSIACH. WARTO TO ZOBACZYĆ I PRZEŻYĆ.

SCHODZENIE POSZŁO ZDECYDOWANIE ŁATWIEJ. UDAŁO NAM SIĘ STOCZYĆ NA DÓŁ I PODPISAĆ LISTĘ OBECNOŚCI W ok. 110 min. SPRAWDZIŁEM. TEGO DNIA NA TĘ TRASĘ WYRUSZYŁO PRZEWIDZIANE LIMITEM 500 OSÓB. WŚRÓD NICH MNIEJ WIĘCEJ 10 MIAŁO TYLE SAMO LUB WIĘCEJ LAT NIŻ STARSZE Z NAS. NAJWIĘCEJ WIOSEN LICZYŁA PARA AMERYKAŃSKA – 70 …

GENERALNIE w/w TRASA NIE JEST BARDZO CIĘŻKA. WYCZERPUJĄCA NA PEWNO TAK. MOŻNA NATOMIAST PRAWIE ZAWSZE PRZYSIĄŚĆ NA BOKU BY ZŁAPAĆ ODDECH. UWAGA: JEŚLI DECYDUJESZ SIĘ WSPINAĆ NA KTÓRYKOLWIEK ZE SZCZYTÓW MUSISZ WYKUPIĆ WCZEŚNIEJ WEJŚCIÓWKĘ (W MOMENCIE NABYWANIA BILETU GŁÓWNEGO). OBECNA CENA: US$ 16.

BYŁO DOBRZE CIEPŁO GDY WRESZCIE WESZLIŚMY W OBRĘB PUEBLA. PO DRODZE ZAHACZYŁEM JESZCZE O ŚCIEŻKĘ WIODĄCĄ DO tzw. MOSTU INKÓW. WOMBACIK ODPUŚCIŁ BY SIĘ TROCHĘ ODŚWIEŻYĆ.

MOST TO ŻADNE AJ WAJ. MNIE NIE POWALIŁ. IDZIE SIĘ DOŃ CZASEM BARDZO WĄSKĄ, PRAWIE POZIOMĄ ŚCIEŻKĄ NAJWYŻEJ 15 min. TU TEŻ TRZEBA PODPISAĆ LISTĘ OBECNOŚCI. NA TEJ KRÓTKIEJ TRASIE NAJSTARSZYMI BYLI 79 LETNI CHIŃCZYCY.

MACHU PICHU – LAMY SĄ I TUTAJ …

.

RUINY MACHU PICCHU OSZAŁAMIAJĄ NIEZWYKŁOŚCIĄ I PIĘKNEM POŁOŻENIA. DO TEGO WSZYSTKIEGO TRZEBA SOBIE UŚWIADOMIĆ TRUDNOŚCI TECHNICZNE Z JAKIMI BORYKALI SIĘ BUDOWNICZOWIE TEGO CUDU. NAPRAWDĘ WSPANIAŁE. OGLĄDNIĘCIE DOLNEJ, KILKUPOZIOMOWEJ CZĘŚCI POZOSTAŁOŚCI RUIN ZAJĘŁO NAM 3 godz. CAŁOŚCI 10.

PRZEJAZD AUTOBUSEM W DÓŁ DO AQUAS CALIENTES JEST TAK SAMO PERFEKCYJNIE ZORGANIZOWANY JAK DOWÓZ TURYSTÓW DO GÓRY.

PO ZJECHANIU – PRZESZEDŁSZY PRZEZ OGROMNY PRZYDWORCOWY RYNEK PAMIĄTKARSKI – WYLĄDOWALIŚMY NA STACJI KOLEJOWEJ.

O WYZNACZONEJ PORZE WSKOCZYLIŚMY DO MAJĄCEGO NAS ZAWIEŹĆ DO OLLANTAYTAMBO SCHNELLZUGU I GODZINĘ PÓŹNIEJ LĄDOWALIŚMY PRZED DRZWIAMI HOSTELU “EL BOSQUE BACKPACKER“. PRZYJĘTO NAS BŁYSKAWICZNIE. POKÓJ DOSTALIŚMY TROCHĘ PRZAŚNY, ALE NIE PRZESADZAJMY. DUŻY, ŁAZIENKA Z CIEPŁĄ WODĄ, WI-FI, ŚNIADANIEM … CZEGO CHCIEĆ WIĘCEJ ZA US$ 22,5

POSZLIŚMY SZYBKO WRZUCIĆ COŚ NA RUSZTY ZANIM WSZYSTKO POZAMYKAJĄ. 50 m OD HOSTELU, TUŻ PRZED BIUREM INCA RAIL TICKET OFFICE TRAFILIŚMY NA OTWARTĄ CIĄGLE KNAJPĘ.

DANIA W KARCIE WYGLĄDAŁY SUPERZASTO. NA JAWIE TEŻ. GORZEJ SMAKOWO. CAŁKOWICIE NIEDOPRAWIONE … CENA OK. ZA TRZY SOLIDNE DANIA I NAPOJE ZAPŁACILIŚMY 67 P

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *