05.05.2017 – IQUITOS. PYSZNOŚCI I KOSZMARY

​.

NIE TRZEBA RANKIEM ZRYWAĆ SIĘ O ŚWICIE.  CO ZA ULGA !!!

W NASZYM DORMITORIUM NIE MAMY ŚNIADANIA, ALE TO ŻADEN PROBLEM. WOLIMY I ZJEMY COŚ W MIEŚCIE. NAJPIERW JEDNAK UMÓWIENI Z POZNANYM WCZORAJ NAGANIACZEM-NACIĄGACZEM IDZIEMY KUPIĆ BILETY NA SPEED-BOAT DO LETICI.

W BIURZE OBSŁUGUJĄCYM TRANSPORT SZYBKO-WODNY (BO MOŻNA TEŻ PŁYNĄĆ 5 DNI) MAMY PROBLEM. NIE CHCĄ ZAPŁATY PLASTIKIEM. CHWILĘ TRWA WYMIANA ZDAŃ. NASZA Z NAGANIACZEM. JEGO Z SIŁĄ ZABIURKOWĄ. JEJ, TELEFONICZNIE Z BOSEM. JESTEŚMY PEWNI, ŻE CHODZI O KASĘ. KONKRETNIE O DROBNE WYNAGRODZENIE DLA CZŁOWIEKA, KTÓRY NAPRACOWAŁ SIĘ WCZORAJ ORGANIZUJĄC CAŁY NASZ PRZEJAZD Z LOTNISKA DO MIASTA, POSZUKIWANIE NOCLEGU I WRESZCIE DZISIEJSZE DOPROWADZENIE TUTAJ. MAMY ZAPŁACIĆ 10 S (5%) WIĘCEJ. NIBY ZA KORZYSTANIE Z VISY. ZDAJĄC SOBIE SPRAWĘ, ŻE TO NAJSZYBSZY SPOSÓB NA POZBYCIE SIĘ UCZYNNEGO NATRĘTA WYRAŻAMY NATYCHMIAST ZGODĘ.

WEJŚCIÓWKI NA SPEED-BOAT KOSZTUJĄ 200 S. DROGO, ALE NIE TO JEST NAJGORSZE. W BIURZE TWIERDZĄ, ŻE W PORCIE TRZEBA BYĆ NA 3:00 RANO. WOMBATOWI COŚ SIĘ NIE ZGADZA. MA INNE, DŁUGO I WNIKLIWIE ZBIERANE INFORMACJE. Wg NICH STATEK WYPŁYWA O 5:00. DO TEGO NAZWA BIURA TEŻ NIC NIE MÓWI … WOMBACIK CZARNO RYSUJE JUTRZEJSZY PORANEK.

IDĄC NABRZEŻEM RZEKI W STRONĘ HOTELOSA NA ŚNIADANKOSA WPADAMY NA BARDZO DOBRZE WYGLĄDAJĄCĄ RESTAURACJĘ-PUB AJARYS. JEST TO OGROMNA DREWNIANA BUDA OPARTA NA WYSOKICH PALACH WYSTAJĄCYCH Z WODY. W ŚRODKU NIEŹLE ZAOPATRZONY BAR I KILKA OSOBNYCH PRZESTRZENI NA RÓŻNYCH POZIOMACH.  CAŁOŚĆ SPRAWIA WRAŻENIE TRATWY, KOŁYSANEJ PODMUCHAMI WIATRU I FALAMI RZEKI. SUPER. ZJEMY TU KOLACJĘ OGLĄDAJĄC ZACHÓD SŁOŃCA. BĘDZIE ZAJEFAJNIE !!!

CIĄGNĄC DALEJ NABRZEŻEM SPOTKALIŚMY KILKU LOKALSÓW USIŁUJĄCYCH SPRZEDAĆ SWOJE USŁUGI WODNO-TURYSTYCZNE. PROPONOWALI WYCIECZKI 2-GODZINNE ŁODZIĄ PO ROZLEWISKU TRZECH SPOTYKAJĄCYCH SIĘ W TYM MIEJSCU RZEK: AMAZONKI, NANAY I ITAYA. CENY RÓŻNE. CO NIEKTÓRZY ZACZYNAJĄ OD KOSMOSU. JAKIŚ CWANIACZEK CHCE DWIE STÓWKI. NAWET SIĘ NIE ZATRZYMALIŚMY BY WYRAZIĆ ZDZIWKO. CENY SPADAJĄ DOCHODZĄC DO ROZSĄDNYCH 50 S. PRZEMYŚLIMY TO PRZY ŚNIADANIU.

NAJEDZENI WRÓCILIŚMY.

DRUGI NAPOTKANY CZŁOWIEK ZGODZIŁ SIĘ POPŁYWAĆ Z NAMI PRZEZ 80 min ZA 50 S.
NABRZEŻA IQUITOS OD STRONY RZEKI NIE WYGLĄDAJĄ PIĘKNIE, JEDNAK SĄ INTERESUJĄCE. PEŁNO TU WRAKÓW BAREK DO PRZEWOZU DREWNA I LEKKO SLAMSOWATYCH ŁÓDEK. ZA TO NA ROZSTAJACH TRZECH MAJĄCYCH TUTAJ SWOJE SPOTYKANIE RZEK NIESAMOWITE WRAŻENIE ROBIĄ ICH MIESZAJĄCE SIĘ KOLORY. NURT JEST WARTKI. CZARNE, CIEMNO ZIELONE I ZIELONKAWO-MGLIŚCIE-BIAŁE WODY WIRUJĄ W SZALEŃCZYM TAŃCU. TAM ZWALNIAJĄC, GDZIE INDZIEJ W PĘDZIE WPADAJĄC Z IMPETEM KARATEKI W MAJESTATYCZNIE PRZEPŁYWAJĄCE ODMĘTY. CIEKAWIE TO WYGLĄDA Z POKŁADU ŁÓDKI.

PO POWROCIE WSKOCZYLIŚMY NA WINO I LODOWATE PIWO DO NAROŻNEGO BARU-RESTAURACJI FITZCARRALDO SŁYNNEGO Z FILMU O TYM SAMYM TYTULE. PIWKO BYŁO TAKIE SOBIE …

MAJĄC TROCHĘ CZASU POJECHALIŚMY COLECTIVO (@ 2 S / os.) DO OPISYWANEJ W WIELU BLOGACH DZIELNICY SLAMSÓW – BELEN.

PRZYGOTOWANI ODPOWIEDNIO (TAK MI SIĘ ZDAJE – APARAT UKRYTY POD NIEZBYT ATRAKCYJNĄ KOSZULĄ) WKROCZYLIŚMY NA NIEZNANY TEREN. PIERWSZĄ NAPOTKANĄ ATRAKCJĄ BYŁ TARG. NIE WYGLĄDAŁ ZBYT ZACHĘCAJĄCO, ALE NAPOTKANE STOISKO Z PIECZONYMI NA ROŻNIE, 6 cm LARWAMI JAKIEGOŚ POTWORA Z BANANOWCA, WPROWADZIŁO NAS NATYCHMIAST W BŁOGI NASTRÓJ. ZE SMAKIEM WCHŁONĘLIŚMY KILKA TYCH MIŁYCH STWORKÓW DOBRZE PRZYPIECZONYCH NA RUSZTACH. MNIAM MNIAM. ŚWIETNIE JE DOPRAWIONO. LECCY PO TAK LEKKIEJ ZAKĄSCE IDĄC DALEJ NAPOTKALIŚMY MOCNO ROZWINIĘTEGO WERBALNIE ANGLOJĘZYCZNEGO GOSTKA NAMAWIAJĄCEGO NAS NA ZWIEDZENIE SLAMSÓW POD JEGO OPIEKUŃCZYMI SKRZYDŁAMI. UZGODNIWSZY CENĘ NA 30 S ZA PONAD GODZINNE SZLAJANIE SIĘ PO SLAMSACH – W TYM WYCIECZKA ŁODZIĄ, POSZLIŚMY ZA NASZYM PRZEWODNIKIEM. ŁÓDKA, DO KTÓREJ WSIEDLIŚMY NIE WYGLĄDAŁA NA ŁATWO ZATAPIALNĄ. PYRKAJĄC NIEWIELKIM MOTORKIEM, PRZECINALIŚMY WODNE ŚCIEŻKI POMIĘDZY KOŁYSZĄCE SIĘ DOMY, PŁYWAJĄCE NA MNIEJ LUB BARDZIEJ ZATAPIALNYCH TRATWACH. UBÓSTWO WIDAĆ WSZĘDZIE. NASZ CICERONE WYJAŚNIŁ, ŻE W OKRESIE SUSZY WSZYSTKIE MIJANE DOMOSTWA SĄ OSIĄGALNE PIESZO. WODA OPADA O PONAD 2, 3 m. TRUDNO TO SOBIE WYOBRAZIĆ.

W PEWNYM MOMENCIE NASZ PRZEWODNIK ZACZYNA GWIZDAĆ. ZASTANAWIAMY SIĘ O CO CHODZI. PO CHWILI WSZYSTKO STAJE SIĘ JASNE. GWIZDAŁ NA SWOJE PIESKI. PODPŁYWAMY DO JEDNEJ Z KOŁYSZĄCYCH SIĘ NA WODZIE BUD. WITAJĄ NAS CZTERY PIESKI. ZADBANE, CZYSTE, DOBRZE WYGLĄDAJĄCE. JEDEN WILCZUROWATY, POZOSTAŁE, POWIEDZIAŁ BYM Z RÓŻNYCH MAM … WSZYSTKIE RADOŚNIE WITAJĄ PANA DOMU. ON TEŻ NIE SZCZĘDZI IM PIESZCZOTLIWYCH KUKSAŃCÓW.

WCHODZIMY. CHAŁUPA W ŚRODKU NIE WYGLĄDA ZACHĘCAJĄCO. TO TYLKO JEDNO POMIESZCZENIE SŁUŻĄCE ZA KUCHNIĘ, SALON I SYPIALNIĘ. PRYCZA ZAJMUJĄCA 1/5 POWIERZCHNI MA RAMĘ I KILKA WYCHŁOSTANYCH WIATREM I WODĄ DESEK. CAŁOŚĆ SPRAWIA WRAŻENIE NIEPOSPRZĄTANEGO CHAOSU. WITAMY ŻONĘ NASZEGO OPROWADZACZA I WYCHODZIMY, ZASTANAWIAJĄC SIĘ CO ONA ROBI CAŁY DZIEŃ…
PIESKI RADOŚNIE OBSKAKUJĄ ODPŁYWAJĄCEGO PANA. PYTAM GO NA CO MU TYLE PSÓW. TRZEBA COŚ JEŚĆ MÓWI…

DOPŁYWAMY DO POMOSTU PRZY TARGOWISKU. PRZEWODNIK PROWADZI NAS PRZEZ PLĄTANINĘ STOISK. JEST POPULARNY. CO CHWILĘ KTOŚ GO POZDRAWIA. MOŻE TO DZIWNE, ALE CZUJEMY SIĘ BEZPIECZNIE. MIMO TEGO APARAT UKRYWAM POD NARZUCONĄ KOSZULĄ. WŁAŚCIWIE NIE APARAT, ALE OBIEKTYW, WZBUDZAJĄCY POWSZECHNE ZAINTERESOWANIE. NIE NOWINA TO. WSZĘDZIE SPOTYKAM SIĘ Z OSTRZEŻENIAMI DOTYCZĄCYMI MOJEJ “LUFY”.

TARGOWISKO BELEN – NIGDY NIE WIDZIAŁEM PSA W TAK ZŁYM STANIE. W JEGO OCZACH WIDAĆ TYLKO SMUTEK I TOTALNĄ REZYGNACJĘ. NIKT GO NAWET NIE CHCE ZJEŚĆ … POPŁAKAŁEM SIĘ …

.

WYCIECZKA DOBIEGA KOŃCA. PŁACĄC GOŚCIOWI DAJĘ MU 25% NAPIWEK, DZIĘKUJĄC ZA JEGO ZAANGAŻOWANIE. ZACZYNA COŚ PRZEBĄKIWAĆ, ŻE POWINIENEM MU DAĆ WIĘCEJ, BO … TROCHĘ MNIE PODJARAŁ. PYTAM PRZEZ ZĘBY DLACZEGO NIBY MAM MU DAĆ WIĘCEJ. A PRZY OKAZJI: MOŻE WIE GDZIE JEST SAN ESCOBAR?  GOŚCIU SIĘ MITYGUJE I PRZEPRASZA …

COLECTIVEM DOJEŻDŻAMY W POBLIŻE HOTELU. TRZEBA KUPIĆ COCA-COLĘ DO WIECZORNEGO, ODKAŻAJĄCEGO RUMU. DOBRZE BYŁOBY NABYĆ TEŻ LÓD, ALE POTRZEBA GO NAM TYLKO NA DWA DRINKOSY. W ZAPRZYJAŹNIONYM SKLEPIE (KUPOWALIŚMY TU JUŻ RAZ) PYTAMY O LÓD. MAJĄ TYLKO 2 kg WORKI. WELL … MUSIMY WYGLĄDAĆ NA NIEDOPITYCH, BO WŁAŚCICIEL SKLEPU SŁYSZĄC O CO CHODZI DAJE NAM DO KUBECZKA KILKA KOSTEK LODU …

PLANOWANĄ KOLACJĘ W RESTAURACJI AJARYS DIABLI WZIĘLI, NIESTETY…
WESZLIŚMY DO LOKALU GOTOWI NA SPEKTAKULARNY, PANORAMICZNY WIDOK NA RZEKĘ I JAKIEŚ WYSTRZAŁOWE ŻARCIE. TROCHĘ SCHŁADZAJĄCY – NAWET BARDZIEJ NIŻ ZAMÓWIONE NA DOBRY POCZĄTEK PISCO – BYŁ WIDOK KOMPLETNIE PUSTYCH DWÓCH SAL, SWOBODNIE MIESZCZĄCYCH ZE 200 OSÓB. SIEDZĄC PRZY OKNIE, ZA KTÓRYM Z POWODU CIEMNOŚCI NIC NIE WIDZIELIŚMY, STARALIŚMY SIĘ DOJRZEĆ CO JEST W KARCIE. WOKÓŁ PANOWAŁ – BYĆ MOŻE CELOWO – MROK. ZNIECHĘCENI BRAKIEM LUDZI I NIEMOŻLIWOŚCIĄ DOJRZENIA CZEGOKOLWIEK W MENU, ZAPŁACILIŚMY ZA NAPOJE I WYSZLIŚMY Z LOKALU. NIE MAJĄC ZBYTNIO CZASU – TRZEBA BYŁO WSTAWAĆ KOŁO 3 W NOCY – POWĘDROWALIŚMY DO WCZORAJ ODKRYTEJ RESTAURACJI.

PRZYJĘCI ZOSTALIŚMY JAK STARZY KLIENCI. KELNERZY NA WYŚCIGI RZUCILI SIĘ Z MENU. DALIŚMY IM NATYCHMIAST DO ZROZUMIENIA, ŻE CHCEMY BYĆ PONOWNIE ROZPIESZCZANI PRZEZ DZIEŃ WCZEŚNIEJ OBSŁUGUJĄCĄ NAS DZIEWCZYNĘ.

TYM RAZEM ZAORDYNOWALIŚMY OCZYWIŚCIE INNE DANIA. ZNOWU LOKALNĄ RYBĘ, ALE INACZEJ PRZYRZĄDZONĄ. PRZY OKAZJI KONWERSACJI Z MIESZKAJĄCYM TUTAJ AMERYKANINEM Z PORTORYKAŃSKIMI KORZENIAMI DOWIEDZIELIŚMY SIĘ TROCHĘ JAK MOŻNA ŻYĆ W IQUITOS, MAJĄC DO DYSPOZYCJI EMERYTURĘ AMERYKAŃSKIEGO EX-SERVICEMANA.

NAJEDZENI I LŻEJSI O STÓWKĘ WRÓCILIŚMY ZADOWOLENI NA OSTATNI W NASZEJ PODRÓŻY PO PERU, NOCLEG…

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *