18.04.2017 – JAK SIĘ MA ZAMEK W BARCELONIE DO MUZYKI LIVE W ANGLII

.

OSTATNI DZIEŃ W SANT JOAN DESPI PRZEZNACZYLIŚMY NA POŁOŻONĄ NAJBLIŻEJ NAS, JEDNĄ Z ATRAKCJI BARCELONY – WZGÓRZA MONTJUÏC. MOŻNA TAM OBEJRZEĆ ZAMEK, OBIEKTY OLIMPIJSKIE, PARK, CMENTARZ, PANORAMĘ BARCELONY, PORTU.

WIADOMO BYŁO ŻE MUSIMY BYĆ NA LOTNISKU KOŁO GODZINY 17-tej, WIĘC CZASU NIE MIELIŚMY ZA WIELE CZASU. PODCZAS OSTATNIEGO POBYTU W BARCELONIE NIE ZDOŁALIŚMY DOTRZEĆ NA  MONTJUÏC, WIĘC POSTANOWILIŚMY NADROBIĆ ZALEGŁOŚCI.

WZGÓRZE MONTJUÏC – NIBY BLISKO NAS POŁOŻONE, A PRZYNAJMNIEJ TAK WYNIKAŁO Z MAPY OKAZAŁO SIĘ WCALE NIE BYĆ TAK BLISKO. JAZDA AUTOBUSEM I METREM ZAJĘŁA OKOŁO 1,5 GODZINY. CENY BILETÓW W GRANICACH 4.30 € OD OSOBY ZA PRZEJAZD. JECHALIŚMY NAJPIERW AUTOBUSEM, A POTEM METREM DO PLACU ESPANYA.
Z PLACU ESPANYA AUTOBUS nr 150 JEDZIE PROSTO DO TWIERDZY. TRASA PROWADZI  WŚRÓD DRZEW, MIJA PARK, STADION OLIMPIJSKI, AKADEMIĘ WYCHOWANIA FIZYCZNEGO.

BILET WSTĘPU DO FORTECY 5 €, EMERYCKI 3 €.
TWIERDZA-ZAMEK ROBI WRAŻENIE. JEST WIELKA. MURY, DZIAŁA, WIDOK NA PORT I MIASTO SUPER. OBESZLIŚMY WSZYSTKO DOKŁADNIE, ALE SZKODA ŻE CZĘŚĆ SAL EKSPOZYCYJNYCH BYŁA ZAMKNIĘTA.

 

BARCELONA – TWIERDZA MONTJUÏC

.

MIELIŚMY JESZCZE NADZIEJĘ NA ZOBACZENIE ZABYTKOWEGO CMENTARZA. Z MAPY WYGLĄDAŁO, ŻE NIE JEST DALEKO. OKAZAŁO SIĘ TO JEDNAK ZŁUDNE. SZLIŚMY DOŚĆ DŁUGO I NIE STARCZYŁO NAM CZASU NA TO, ABY DOTRZEĆ DO NAJCIEKAWSZYCH CZĘŚCI NEKROPOLII. TYM BARDZIEJ, ŻE CHYBA WESZLIŚMY BOCZNYM WEJŚCIEM.

IDEALNIE ZDĄŻYLIŚMY NA AUTOBUS NA LOTNISKO O 16-tej.
 WIEDZIELIŚMY JUŻ, ŻE KIEROWCA NIE  PRZYJMUJE BANKNOTÓW O NOMINALE POWYŻEJ  10 €.
 BARDZO SŁABO – BO TYLKO 6 – WYPADŁ DZISIEJSZY BILANS KILOMETRÓW.

KIEDY PRZEDWCZORAJ WYBIERALIŚMY SIĘ OGLĄDAĆ KRYPTĘ GAUDIEGO, WYDAWAŁO NAM SIĘ ŻE JEDZIE W TAMTĄ STRONĘ AUTOBUS, KTÓRY PRZYWIÓZŁ NAS Z LOTNISKA, CHOCIAŻ PYTANI KIEROWCY ZAPRZECZALI TEMU. ŚLEDZĄC TRASĘ AUTOBUSU L 77, KTÓRYM JECHALIŚMY Z NASZEGO HOTELU W SANT JOAN DESPI NA LOTNISKO, PRZEKONALIŚMY SIĘ, ŻE MIELIŚMY RACJĘ.
AUTOBUS L 77 JECHAŁ TAK JAK SZLIŚMY. JADĄC NIM Z SANT JOAN DESPI TRZEBA WYSIĄŚĆ NA PIERWSZYM PRZYSTANKU W MIEJSCOWOŚCI SANT BOI DEL LLOBREGAT. POTEM TO JUŻ GÓRA 30 MINUT SPACERU. WARTO.

ODPRAWA LOTNISKOWA W BARCELONIE PRZEBIEGŁA DO TEGO STOPNIA BEZPROBLEMOWO, ŻE NAWET NIE KAZANO NAM WYJMOWAĆ I POKAZYWAĆ KOSMETYKÓW I INNYCH RZECZY W PŁYNIE.

WYLĄDOWALIŚMY NA LOTNISKU W GATWICK OKOŁO 19-tej. NOCLEG MIELIŚMY W GAINSBOROUGH LODGE, W HORLEY, MIEJSCOWOŚCI POŁOŻONEJ W ODLEGŁOŚCI 1,6 km OD LOTNISKA. TAKSÓWKĄ ZA 10 FUNTÓW DOJECHALIŚMY DO HOTELU.

POKÓJ Z ŁAZIENKĄ BYŁ MALUTKI, ALE ZNAJDOWAŁO SIĘ W NIM WSZYSTKO CO TRZEBA. NAWET CZAJNIK DO ZAGOTOWANIA WODY NA HERBATĘ. TO PRZECIEŻ ANGLIA. CENA 43 £. W RECEPCJI PRZEMIŁA WŁOSZKA POINFORMOWAŁA NAS GDZIE MOŻEMY JESZCZE COŚ ZJEŚĆ.

CENTRUM MIASTECZKA ZNAJDUJE SIĘ W ODLEGŁOŚCI PARU MINUT SPACEREM.
 PO OBU STRONACH DROGI STOJĄ NISKIE BUDYNKI OTOCZONE TRAWNIKAMI, KRZEWAMI, KWIATAMI. ICH ARCHITEKTURA JEST UROKLIWA. NI TO ZAMKI,  NI TO DOMKI DLA LALEK. OŚWIETLENIE DODAJE IM URODY I TAJEMNICZOŚCI.

DOSZLIŚMY DO POLECANEJ PRZEZ RECEPCJONISTKĘ HINDUSKIEJ RESTAURACJI NEW FORT RAJ. JEDZENIE BYŁO NIEZŁE, CHOĆ JAK DLA MNIE MAŁO HINDUSKIE W SMAKU. PRAWIE NIE BYŁO CZUĆ W NIM PRZYPRAW TYPOWYCH DLA INDII. PEWNIE LOKALNA KLIENTELA TAK SOBIE ŻYCZY.

POTEM WSTĄPILIŚMY DO PUBU THE TAVERN, MIESZCZĄCEGO SIĘ PRZY GŁÓWNEJ ULICY, CZYLI HIGH STREET. ŁATWO DO NIEGO TRAFIĆ BO JASNY, CZTEROOKIENNY BUDYNEK RZUCA SIĘ W OCZY. WYDAWAĆ SIĘ MOGŁO, ŻE TO PUB JAK PUB. JEDEN Z WIELU W TEJ MIEJSCOWOŚCI. W ŚRODKU BAR, STOLIKI, WYSOKIE KRZESŁA. TEN BYŁ JEDNAK WYJĄTKOWY. NA MAŁEJ OGRODZONEJ BALUSTRADĄ SCENIE KRZĄTALI SIĘ MUZYCY. STAŁA PERKUSJA, MIKROFON, NA PODŁODZE LEŻAŁY GITARY. W PEWNYM MOMENCIE STWORZYŁ SIĘ ZESPÓŁ, 2 GITARZYSTÓW I PERKUSISTA. ZACZĘLI GRAĆ JAKĄŚ MELODIĘ. DOŁĄCZYŁA WOKALISTKA, A TAKŻE KOLEJNY GITARZYSTA. TO, ŻE PERKUSISTA ZAGŁUSZAŁ WSZYSTKICH NIE MIAŁO ŻADNEGO ZNACZENIA.
 LUDZIE POPIJALI PIWO, SŁUCHALI, KLASKALI. PANOWAŁA ŚWIETNA ATMOSFERA.

PO PEWNYM CZASIE MUZYCY ZESZLI ZE SCENY. 
POJAWILI SIĘ NOWI. DWÓCH  GITARZYSTÓW I PERKUSISTA. GUSTOWALI W INNEJ MUZIE, MNIEJ COUNTRY, BARDZIEJ POP ROCKOWEJ. W JAKIMŚ MOMENCIE BRAWUROWO ZAGRALI I ZAŚPIEWALI PURPLE RAIN. CAŁA SALA KOŁYSAŁA SIĘ W TAK MUZYKI, MRUCZĄC TYTUŁOWE SŁOWA. BYLIŚMY ZACHWYCENI.

PUB THE TAVERN – LOKALNE ZJAWISKO, SKUPIAJĄCE AMATORÓW MUZYKI I PIWA. JEDNI PRZYCHODZĄ POGRAĆ, DRUDZY POSŁUCHAĆ PRZY PIWKU MUZYKI. MAŁE HORLEY Z KONCERTAMI LIVE, DOMKAMI Z OGRÓDKAMI, INDYJSKĄ RESTAURACJĄ, SKLEPIKAMI BYŁO TROCHĘ NIE Z TEGO ŚWIATA.

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *