07.05.2017 – AMAZONIA. W POGONI ZA DELFINEM

.

PO BARDZO DOBRYM HOTELOWYM ŚNIADANIU NAJPIERW PODJECHALIŚMY Z WŁAŚCICIELEM HOTELU NA LOTNISKO PO STEMPEL WJAZDU DO KOLUMBII. CZYSTA FORMALNOŚĆ. CHWILĘ PÓŹNIEJ DOSTALIŚMY SIĘ W RĘCE CZŁOWIEKA, KTÓRY WYGRAŁ PRZETARG NA POKAZANIE NAM KAWAŁKA AMAZONII. DŁUGĄ ŚCIEŻKĄ WŚRÓD ZAROŚLI DOTARLIŚMY DO PRZYCUMOWANEJ ŁODZI PILNOWANEJ PRZEZ DWÓCH MALCÓW I RUSZYLIŚMY W REJS.

POGODĘ MIELIŚMY PIĘKNĄ. NAPĘDZANA MAŁYM SILNICZKIEM ŁÓDKA DZIELNIE PRZEBIŁA ZAROŚNIĘTY KANAŁ I WYSKOCZYŁA Z ZAWROTNĄ PRĘDKOŚCIĄ KILKU WĘZŁÓW NA W MIARĘ OTWARTĄ WODNĄ PRZESTRZEŃ.
MIJAMY NIELICZNE DOMY NA WODZIE. W PRZECIWIEŃSTWIE DO SLUMSÓW W IQUITOS WYGLĄDAJĄ ZDECYDOWANIE PORZĄDNIEJ.

W PEWNYM MOMENCIE PRZEPŁYNĄWSZY PRZESMYK W MORZU ZIELENI PODPŁYWAMY DO STOJĄCEJ NA UBOCZU ZAGRODY. WSKAKUJEMY NA SZEROKĄ PLATFORMĘ UDAJĄCĄ TARAS I WCHODZIMY DO DOMU, W KTÓRYM JAKAŚ KOBIETA PRZYGOTOWUJE COŚ DO PICIA.

NAPOJENI ZOSTAWIAMY TOWARZYSZĄCYCH NAM CHŁOPCÓW I WYPŁYWAMY NA JEZIORO GDZIE JEST SZANSA SPOTKANIA Z TUTEJSZYMI DELFINAMI. NIESTETY, ŻADEN NIE CHCE WYCHYLIĆ GŁOWY … OD CZASU DO CZASU WIDAĆ TYLKO KAWAŁEK GRZBIETU. PŁYNIEMY DALEJ.

DOBIJAMY DO POMOSTÓW TWORZĄCYCH DUŻE MIEJSCE PIKNIKOWE. PALE WSPIERAJĄCE WYRASTAJĄ Z ZIELONEJ, PRZYPOMINAJĄCEJ STAW POŁACI WODNEJ, POKRYTEJ OGROMNYMI OKRĄGŁYMI LIŚĆMI. TO CHYBA ODMIANA NASZYCH LILII WODNYCH. ZBUDOWANE Z DREWNA DUŻE PROSTOKĄTNE TARASY POŁĄCZONO KŁADKAMI. CZĘŚĆ TYCH POWIERZCHNI OSŁANIAJĄ TRZCINOWE DASZKI. GDZIENIEGDZIE STOJĄ TUTEJSZE BÓSTWA I WISZĄ RÓŻNE MALOWIDŁA. WSZYSTKIE OCZYWIŚCIE ZWIĄZANE Z WODĄ I JEJ MIESZKAŃCAMI. NAJCZĘSTSZYM MOTYWEM JEST DELFIN. JEDEN Z NICH MA POTĘŻNEGO SIURKA. PRZYRODZENIE JEST RUCHOME. MOŻNA JE WYJMOWAĆ. ZASTANAWIA MNIE PO CO ZOSTAŁO TAK SKONSTRUOWANE. CZY CHODZI O TO BY NIE GORSZYĆ DZIECI, CZY MOŻE …

W TEJ CHWILI POZA KILKOMA PIĘKNYMI PAPUGAMI NIKOGO TU NIE MA. PTAKI ZACHWYCAJĄ KOLORAMI. NIE BOJĄ SIĘ. PYTAM, CZY NIE WIEDZĄ GDZIE LEŻY SAN ESCOBAR. PATRZĄ NA MNIE JAK NA WARIATA …

WRACAMY W MIEJSCE GDZIE TRAFIAJĄ SIĘ BARASZKUJĄCE DELFINY, SPRAWDZIĆ CZY KTÓRYŚ ZE ZWIERZAKÓW NIE WYKAŻE WIĘCEJ ODWAGI I WYSKAKUJĄC Z ODMĘTÓW. WIDZIMY OD CZASU DO CZASU, TO TU, TO TAM WYSTAJĄCĄ PRZEZ UŁAMEK SEKUNDY PŁETWĘ ALBO RYJEK POCIESZNYCH ZWIERZAKÓW. NIE MA SZANSY NA WALNIĘCIE FOTY.

PONOWNIE DOBIJAMY DO ODWIEDZONEJ KILKA GODZIN TEMU ZAGRODY. NIESPODZIANKA !!! BĘDZIEMY JEDLI LUNCH.
ZOSTAJEMY ZAPROSZENI DO STOŁU I PO CHWILI DOSTAJEMY TALERZE PEŁNE LOKALNEJ STRAWY. OCZYWIŚCIE JEST RYŻ, SMAŻONE BANANY I RYBA. SMAKUJE BARDZO DOBRZE. SZKODA TYLKO, ŻE NIE MAMY DO POPITKI LODOWATEGO PIWA …

NAJEDZENI MOŻEMY SIĘ ZRELAKSOWAĆ, USIŁUJĄC ZŁAPAĆ COŚ NA KOLACJĘ DLA GOSZCZĄCEJ NAS RODZINY. DOSTAJEMY PO KIJASZKU Z 3-ma, MOŻE 4-ma METRAMI CIENIUTKIEJ ŻYŁKI I HACZYKIEM NA KOŃCU. DO TEGO KAWAŁEK JAKIEGOŚ ROBALA. GOSPODARZ POKAZUJE JAK PODRYWAĆ WĘDKĘ, ŻEBY COŚ ZŁOWIĆ. PRÓBUJEMY PRZEZ 15 MINUT. BEZ REZULTATU. RYBKI SĄ SZYBSZE NIŻ MY. KIEDY PEWIEN ŻE COŚ MAM, WYSZARPUJĘ Z WODY WĘDZISKO, WIDZĘ TYLKO GOŁY HACZYK. PIRANIE WCHŁONĘŁY ROBAKA! STOJĄCY OBOK GUCIO WYCIĄGA W TYM SAMYM CZASIE ZE DWIE, MNIEJ NIŻ 10 cm PIRANIUSIE. WYGLĄDAJĄ PIĘKNIE. OKAZUJE SIĘ, ŻE TE TUTAJ NIE SĄ MIĘSOŻERNE. ALE ZĄBKI MAJĄ NIEZŁE.

RUSZAMY W DALSZĄ DROGĘ. WPŁYWAMY W ZNANE TYLKO LOKALSOM ZAKAMARKI WODNEGO LABIRYNTU AMAZONII.

NA ZAKOŃCZENIE PROSIMY PRZEWODNIKA BY PRZYBIŁ DO JAKIEGOŚ MIEJSCA, Z KTÓREGO BĘDZIEMY MIELI NIEZBYT DALEKO DO LEŻĄCEGO W BRAZYLII, U STYKU TRZECH PAŃSTW, TARGU. KOLEŚ NAJPIERW CHCE NAS WYSADZIĆ W PORCIE, POTEM UPEWNIWSZY SIĘ ŻE DOBRZE ZROZUMIAŁ, PODPŁYWA PROSTO DO TARGOWISKA BĘDĄCEGO JUŻ NA TERYTORIUM BRAZYLII.

POMIMO PÓŹNEGO POPOŁUDNIA PEŁNO TU LUDZI. CAŁOŚĆ ROBI TAKIE WRAŻENIE, ŻE NATYCHMIAST CHOWAM GŁĘBOKO APARAT. BRÓDNO, TŁOCZNO, NIEPRZYJEMNIE. PRZECHODZIMY POWOLI POMIĘDZY LEŻĄCYMI W BŁOCIE OGROMNYMI KIŚĆMI BANANÓW. OSNUCI LEPKĄ WATĄ WILGOCI I PYŁU OBCHODZIMY W KOŁO NIESPECJALNIE DUŻY PLAC. WYGLĄDA ON RACZEJ NA MIEJSCE TOWARZYSKICH SPOTKAŃ NIŻ TARGOWISKO. MAŁO TU STRAGANÓW. LUDZIE STOJĄ GRUPKAMI ROZMAWIAJĄC.

CZAS WRACAĆ DO DOMU. TYM BARDZIEJ, ŻE NIE CHCEMY BYĆ ZASKOCZENI W TAKIM MIEJSCU BARDZO SZYBKO ZAPADAJĄCYMI CIEMNOŚCIAMI. DROGA PONOĆ JEST PROSTA, ALE KTO WIE JAK DŁUGO BĘDZIEMY SIĘ SNUĆ.

SPACERKIEM POWOLI POKONUJEMY TE KILKA KILOMETRÓW DZIELĄCE NAS OD PACHAMAMY. FAKTYCZNIE, ZABŁĄDZIĆ SIĘ NIE DA. MASZERUJEMY DROGĄ OTULONĄ Z OBU STRON NISKIMI DOMKAMI. KAŻDY PRZYODZIANY W MNIEJ LUB BARDZIEJ SOLIDNĄ KRATĘ. NAJWYRAŹNIEJ I TUTAJ TERMIN BEZPIECZEŃSTWO ROBI FURORĘ. CHYBA, ŻE TO ZABEZPIECZENIE PRZED WYCHODZENIEM NA ULICĘ DZIECI. ALBO OKOLICA FAKTYCZNIE NIECIEKAWA.

PRZEKRACZANIE GRANIC W TYM ZAKĄTKU GLOBU PRZYPOMINA WSPÓŁCZESNĄ EUROPĘ. NIE MA ŻADNYCH BARIER, NIE WIDAĆ ANI JEDNEGO POGRANICZNIKA. TO, ŻE ZNALEŹLIŚMY SIĘ W KOLUMBII ROZPOZNAŁEM PO KANTORACH WIDZIANYCH POPRZEDNIEGO DNIA.

DO HOSTELU DOTARLIŚMY W CAŁKOWITYCH CIEMNOŚCIACH. PONOWNIE POPROSILIŚMY NASZYCH SUPER UPRZEJMYCH GOSPODARZY  O WSKAZANIE JAKIEJŚ JADŁODAJNI. NIEWIELE MYŚLĄC ZAOFEROWALI PODWIEZIENIE DO DOBREJ LOKALNEJ RESTAURACJI. WSIEDLIŚMY NA DWUKOŁOWE WIERZCHOWCE I RUSZYLIŚMY. NIESTETY, MIEJSCE DO KTÓREGO NAS PODWIEŹLI BYŁO ZAMKNIĘTE.

LETICIA – JEDZIEMY NA KOLACJĘ

.

JEDZIEMY DALEJ. KILKASET METRÓW DALEJ ZOSTAWIAMY NASZYCH UPRZEJMYCH MOTO-TAKSÒWKARZY I WCHODZIMY DO NIEDUŻEJ JADŁODAJNI. OBSŁUGA MÓWI, ŻE NIEDŁUGO ZAMYKAJĄ, WIĘC WYBÓR NIE JEST DUŻY. ZAMÓWIONE DANIA SĄ TYLKO OK. ZNOWU PRZY PODLICZANIU OBSŁUGUJĄCA DZIEWCZYNA “POPEŁNIA BŁĄD”. CZYŻBY TO W LETICKICH RESTAURACJACH STANDARD?

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *