26.04.2017 – ZEMSTA BOGA WIRAKOCZY

.

BLADYM ŚWITEM  ZAMELDOWALIŚMY SIĘ W JAKIEJŚ JUŻ OTWARTEJ RESTAURACYJCE. POPIJAJĄC HERBATKĘ CZEKALIŚMY NA ZROBIENIE KANAPEK Z KURCZAKIEM, SEREM, POMIDOREM. ZAPŁACILIŚMY ZA NIE WEDŁUG PORANNEJ CENY, USTALONEJ PRZEZ GŁĘBOKO NAD TYM MYŚLĄCEGO KELNERA, 59 BOB. WINA BYŁA NASZA. WSKUTEK ZBYT WCZESNEJ PORY NASZE SZARE KOMÓRKI NIE PRACOWAŁY NALEŻYCIE I NIE WPADLIŚMY NA TO ABY USTALIĆ NAJPIERW CENĘ. BARDZIEJ PRZYTOMNIE ZACHOWALIŚMY SIĘ, ZALEWAJĄC GORĄCĄ WODĄ NASZE ZIOŁA KUPIONE W WĄWOZIE COLCA.

USIEDLIŚMY NA GÓRZE ŁÓDKI. ŚWIECIŁO PIĘKNE SŁOŃCE, LECZ BYŁO ZIMNO. ODBIJALIŚMY MOŻE  TROCHĘ WIEKIEM OD POZOSTAŁYCH PASAŻERÓW ALE NIE MOŻNA STALE MIEĆ 20 LAT.

PRZEZ 2 GODZINY TRWANIA REJSU ROZCIĄGAŁY SIĘ WOKÓŁ NAS AŻ PO HORYZONT WODY JEZIORA. MA ONO 180 KM DŁUGOŚCI I 80 SZEROKOŚCI. OGROM, CHOCIAŻ JEST DOPIERO NA TRZECIM MIEJSCU W AMERYCE

PO WYLĄDOWANIU W YUMANI RZUCAJĄ SIĘ W OCZY DUŻE POSTACI PIERWSZYCH INKÓW, RODZEŃSTWA I MAŁŻEŃSTWA ZARAZEM MANCO CAPACA I MAMY OCLLO. WIEŃCZĄ PŁYNĄCY Z GÓRY STRUMIEŃ I SCHODY. SAMA PRZYSTAŃ TO NIC CIEKAWEGO, JAKIŚ MAŁY SKLEPIK Z NAPOJAMI, TOALETY.
RUSZYLIŚMY SCHODAMI INKÓW W GÓRĘ. POKONYWALIŚMY KOLEJNE STOPNIE, KTÓRYCH KOŃCA NIE BYŁO WIDAĆ. POPIJALIŚMY HERBATĘ WZMACNIAJĄCĄ ALE I TAK BYŁO CIĘŻKO.

SCHODY SIĘ W KOŃCU SKOŃCZYŁY I NA ROZDROŻU MOŻNA BYŁO IŚĆ W STRONĘ PUEBLA CZYLI MIASTECZKA LUB DO ŚWIĄTYNI SŁOŃCA (PILCOCAINA).

AMBITNIE RUSZYLIŚMY DROGĄ DO ŚWIĄTYNI. DROGA BIEGŁA TO Z GÓRKI, TO POD GÓRKĘ. ZNOWU POKONYWALIŚMY JAKIEŚ KILOMETRY W PEŁNYM SŁOŃCU. DOTARLIŚMY W KOŃCU DO ŚWIĄTYNI SŁOŃCA. JEST CIEKAWIE POŁOŻONA NA ŁAGODNYM STOKU, SCHODZĄCYM DO JEZIORA. JAKO BUDOWLA DOŚĆ MAŁO SKOMPLIKOWANA.

KIEDY WESZLIŚMY Z POWROTEM NA DROGĘ, NAPOTKANA PARA PORADZIŁA NAM ABYŚMY WRACALI KRÓTSZĄ TRASĄ. ABY TO ZROBIĆ TRZEBA BYŁO NAJPIERW PODEJŚĆ NA GRZBIET WZNIESIENIA. MORDĘGA W TYM UPALE. ZMORDOWANI W KOŃCU WYSZLIŚMY NA PROSTĄ. MOŻE I BYŁA TO DROGA KRÓTSZA ALE KAMIENISTA.

W PEWNYM MOMENCIE POCZUŁAM JAK NOGA ZJEŻDŻA MI Z KAMIENIA I ZABOLAŁY MNIE DOŚĆ MOCNO OKOLICE KOSTKI. ZA  PARĘ KROKÓW ZNÓW UJECHAŁA MI NOGA. WIEDZĄC, ŻE W PERU TRZEBA BĘDZIE HASAĆ PO KAMIENISTYCH  RUINACH  OBOJE MIELIŚMY WYSOKIE BUTY ZA KOSTKĘ.
WIDOKI NA TRASIE BYŁY PIĘKNE. FAKTYCZNIE DROGA KRÓTSZA CHOCIAŻ WSPINACZKA BYŁA OSTRA.
W MIASTECZKU TROCHĘ HOSTELI, SKLEPIKÓW W KTÓRYCH PEŁNO SWETERKÓW DAMSKICH I MĘSKICH, CZAPECZEK, SZALIKÓW, RÓŻNYCH PAMIĄTEK.

PŁACIĆ MOŻNA W SOLACH PERUWIAŃSKICH, BOLIWIANACH, DOLARACH, JAK KTO CHCE.

SZYLDY NA DOMACH INFORMOWAŁY O MIEJSCACH NOCLEGOWYCH. ZNALEZIENIE SPANIA NIE BYŁO ŻADNYM PROBLEMEM.
W PRZYSTANI NI TO W BARKU, NI TO W SKLEPIKU KUPILIŚMY NAPÓJ PODOBNY DO COCA COLI ALE W MIEJSCOWYM WYDANIU. BUTELKA O POJEMNOŚCI 750 ml ZA 6 BOB.

YUMANI – MAŁY PORCIK NA POŁUDNIU WYSPY SŁOŃCA

.

PRZESZLIŚMY SIĘ JESZCZE TROCHĘ ALE WIDAĆ BYŁO, ŻE NA WYSPIE POWOLI ZAMIERA ŻYCIE. ZBLIŻAŁA SIĘ GODZINA OSTATNIEGO TRANSPORTU Z WYSPY CZYLI 16-ta.

MIEJSCOWI PAKOWALI SWÓJ DOBYTEK NA OSŁY I POWOLI PIĘLI SIĘ W GÓRĘ DO SWOICH DOMÓW.

PRZYPŁYNĘŁA NASZA ŁÓDKA. NA NIEJ OBOK NAS USADOWILI SIĘ POLACY. GRUPA NAUKOWCÓW GEOGRAFÓW WRACAJĄCYCH Z LA PAZ. POGADALIŚMY TROCHĘ.

OKAZAŁO SIĘ, ŻE ŁÓDKA W DRODZE POWROTNEJ ZATRZYMUJE SIĘ PRZY ŚWIĄTYNI SŁOŃCA. WIELE OSÓB SKORZYSTAŁO Z OKAZJI ABY JĄ ZOBACZYĆ. NIE TO CO MY, KTÓRZY ZROBILIŚMY ILEŚ TAM KILOMETRÓW BY DO NIEJ DOTRZEĆ.

ZACZĘŁAM ODCZUWAĆ SILNY BÓL W KOSTCE. ROZMASOWYWAŁAM NOGĘ I ROZSADZAŁA MNIE ZŁOŚĆ. PRZECIEŻ NIE MOŻE MI SIĘ CO 5 MINUT COŚ DZIAĆ. CZYM SIĘ NARAZIŁAM BOGU WIRAKOCZY, ŻE KOLEJNY RAZ KARZE MNIE CIELEŚNIE? DO TEGO STOPNIA ODCZUWAŁEM BÓL, ŻE Z GÓRNEGO POKŁADU SCHODZIŁAM PRAWIE NA CZWORAKACH. LEDWO DOKUŚTYKAŁAM DO  HOSTELU. W DOMU ZACZĘŁAM SMAROWAĆ BOLESNE LEKKO SPUCHNIĘTE MIEJSCE ŻELEM PRZECIWBÓLOWYM, PRZECIWZAPALNYM, PRZECIWOBRZĘKOWYM. JAKIŚ DOBRY DUCH MUSIAŁ STANĄĆ OBOK MNIE KIEDY WKŁADAM TEN ŻEL DO WALIZKI. PAMIĘTAM, ŻE POMYŚLAŁAM WTEDY:  TYLE BĘDZIE CHODZENIA, MOŻE TO ZABRAĆ NA WSZELKI WYPADEK, MOŻE SIĘ PRZYDA JAK BĘDZIEMY WSPINAĆ SIĘ NA INKASKIE RUINY. NO SIĘ PRZYDAŁO.

PIETRUSZKA POBIEGŁ JESZCZE OBEJRZEĆ POLECANĄ PRZEZ PRZEWODNIK DROGĘ KRZYŻOWĄ – GOLGOTA (CERRO CALVARIO). NIESTETY MIAŁ MAŁO CZASU, BO ŁÓDKA PRZYPŁYNĘŁA OKOŁO godz. 18:00, A TUTAJ CIEMNOŚĆ ZAPADA WCZEŚNIE. PÓŹNIEJ KUPIŁ BILETY AUTOBUSOWE NA JUTRO DO CUZCO. CHCIELIŚMY JECHAĆ TAM NOCNYM AUTOBUSEM. AUTOBUSÓW WE WSZYSTKICH KIERUNKACH JEDZIE STĄD MNÓSTWO. DO LA PAZ, DO CUZCO I PUNO PO KILKA DZIENNIE.

W DRODZE POWROTNEJ WSTĄPIŁ DO JADŁODAJNI NA MIEJSCOWYM RYNKU, SKĄD PRZYNIÓSŁ PYSZNEGO PSTRĄGA Z SAŁATKĄ  Z POMIDORÓW. O WIELE LEPSZEGO NIŻ TEN Z WCZORAJSZEJ RESTAURACJI. CENA TEŻ BYŁA LEPSZA BO 20 BOB OD PORCJI.

SAMA COPACABANA TO MIŁE MIASTECZKO ŻYJĄCE Z TURYSTYKI I DLA TURYSTYKI. GDYBY NIE WYSPY – CEL WSZYSTKICH WYCIECZEK, CZAS ZAPEWNE STANĄŁBY TU W MIEJSCU.

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *