27.04.2017 – POWRÓT DO PERU

.

RANO MOJA STOPA CZUŁA SIĘ DOBRZE.

POZBIERALIŚMY SIĘ, ZROBILIŚMY SOBIE HERBATKĘ Z LIŚCI KOKA I OPUŚCILIŚMY HOSTEL 6 DE AGOSTO. MNIE POKÓJ TAM NIE PRZYPADŁ DO GUSTU. NA PEWNO TANI, BO TYLKO 40 BOB ZA NOC W DWUOSOBOWYM POKOJU Z ŁAZIENKĄ I OSOBNO TOALETĄ. BYŁ JEDNAK JAKIŚ TAKI NIEŚWIEŻY, ZAPYZIAŁY. W ŁAZIENCE ANI JEDNEGO WIESZAKA NA RĘCZNIK, NIE MÓWIĄC JUŻ O PÓŁECZCE NA MYDŁO CZY KOSMETYKI. W POKOJU STÓŁ, ALE ANI JEDNEGO KRZESŁA. LUDZIOM TO NIE PRZESZKADZA BO POŁOŻONY JEST DOBRZE NO I JEDNĄ LUB DWIE NOCE MOŻNA PRZETRWAĆ.

CHCIELIŚMY ZJEŚĆ ŚNIADANIE. MAŁO ROZGARNIĘTY KELNER W JEDNEJ Z KAFEJEK (LA CHOZA CAFE & RESTAURANT) NIE BYŁ W STANIE ZREALIZOWAĆ NASZEGO ZAMÓWIENIA NA DWIE KANAPKI.

TUTAJ NIEKIEDY JEST PROBLEM Z DOGADANIEM SIĘ W BARACH CZY RESTAURACJACH. OBSŁUGA NIE BARDZO  POTRAFI WYTŁUMACZYĆ Z CZEGO SKŁADA SIĘ DANIE, A JAK CHCE SIĘ ZMIENIĆ JAKIEŚ DODATKI TO TEŻ ROBI SIĘ PROBLEM.

OBESZLIŚMY JESZCZE RAZ COPACABANĘ. WIDAĆ ROZPOCZĘTE BUDOWY, SZKIELETY DOMÓW I NA TYM KONIEC. NIC SIĘ DALEJ NIE DZIEJE.

COPACABANA - OSTATNI SPACER

COPACABANA – OSTATNI SPACER

.

KUPILIŚMY BUŁKI NA DROGĘ. UDAŁO NAM SIĘ ROZSMAROWAĆ NA NICH PYSZNE, TUTEJSZE AWOKADO.

DOSZLIŚMY DO TARGU I TAMTEJSZEJ RESTAURACJI. NIESTETY OKAZAŁO SIĘ, ŻE NIE BĘDZIEMY W STANIE NIC TU ZJEŚĆ PRZED WYJAZDEM, BO NASTĄPIŁA AWARIA WODY I WSZYSCY SIĘ JUŻ ZBIERAJĄ DO DOMU. PRZESZLIŚMY WIĘC DO PORTOWEJ CZĘŚCI MIASTECZKA. STOJĄ TAM JEDNA ZA DRUGĄ  BUDY, W KTÓRYCH SERWUJE SIĘ JEDZENIE. ŻEBY BYŁO PROŚCIEJ MAJĄ OBRAZKOWE MENU. WYSTARCZY POKAZAĆ CO SIĘ CHCE. KIEDY JĘZYKIEM MIGOWYM ZAMAWIALIŚMY OCZYWIŚCIE PSTRĄGA, W TEN NIEMY DYSKURS WŁĄCZYŁA SIĘ  JAKAŚ DZIEWCZYNA. JADŁA COŚ ZE SWOIM CHŁOPAKIEM I POMOGŁA TŁUMACZYĆ NASZE ZAMÓWIENIE NA HISZPAŃSKI. POTEM ZAMIENILIŚMY KILKA SŁÓW PO ANGIELSKU. COŚ MI W NIEJ NIE PASOWAŁO. NO I SIĘ OKAZAŁO, ŻE TO NASZA KRAJANKA I PRAWIE REGIONALNA SĄSIADKA. JEJ CHŁOPAK JEST HISZPANEM. PODRÓŻUJĄ PO AMERYCE POŁUDNIOWEJ. POGADALIŚMY  TROCHĘ Z KINGĄ I AUGUSTEM (TAKIE MIELI IMIONA) O NASZYCH I ICH PODRÓŻACH OBIECUJĄC SOBIE SPOTKANIE, MOŻE W POLSCE.

WZIĘLIŚMY BAGAŻE I ZA RESZTKI BOLIWIANÓW KUPILIŚMY MAGNESIKI NA LODÓWKĘ.

PRZY AUTOBUSIE DO CUZCO, KTÓRY MIAŁ ODJECHAĆ O 18:30, USTAWIŁA SIĘ KOLEJKA. SPRAWDZANO BILETY I WYDAWANO DO WYPEŁNIENIA KWESTIONARIUSZE, ODDAWANE NA GRANICY.

MIELIŚMY BILET NA MIEJSCE LEŻĄCE ZA 150 000 BOLIWIANÓW. MIEJSCA PÓŁ LEŻĄCE KOSZTOWAŁY 100.000, A SIEDZĄCE 60.000 BOLIWIANÓW. CENY BILETÓW NIE SĄ TAK CAŁKIEM STAŁE. IM BLIŻEJ DATY WYJAZDU TYM ROBIĄ SIĘ TROCHĘ TAŃSZE.

SZYBKO ZNALEŹLIŚMY SIĘ NA GRANICY. TYM RAZEM SYSTEM KOMPUTEROWY DZIAŁAŁ. BEZ PRZESZKÓD  PRZESZLIŚMY GRANICĘ I RUSZYLIŚMY DALEJ W STRONĘ CUZCO.

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *