28.04.2017 – PĘPEK ŚWIATA O 6 RANO

.

O 5.30 NA DWORCU AUTOBUSOWYM W CUZCO OTOCZYŁ NAS TŁUM NAGANIACZY A TAKŻE TAKSÓWKARZY. MIELI WSPÓLNY CEL. ZAWIEŹĆ NAS DO MIASTA I NAMÓWIĆ NA WYNAJĘCIE POKOJU, WE WSKAZANYM PRZEZ NICH LOKUM.

NIE MIELIŚMY ŻADNEGO  ZAREZERWOWANEGO  NOCLEGU. BYŁA WIĘC NAM NA RĘKĘ JAZDA DO JAKIEGOŚ MIEJSCA W CENTRUM. ROZTACZANA PRZEZ JEDNEGO Z NAGANIACZY WIZJA NAJPIĘKNIEJSZEGO I NAJTAŃSZEGO POKOJU W CUZCO WYZWOLIŁA W NAS CHĘĆ SPRAWDZENIA TEGO. JAK W POKERZE.

I TAK JAK W POKERZE ROZTOCZONA WIZJA BYŁA CZYSTYM BLEFEM, ALE PRZYNAJMNIEJ DOSTALIŚMY SIĘ DO CENTRUM. POZOSTAWAŁO SZUKANIE NA WŁASNĄ RĘKĘ. PIETRUSZKA RUSZYŁ NA REKONESANS.

ZACZĄŁ PADAĆ DESZCZ.

STANĘŁAM Z BAGAŻAMI OBOK KRAMIKU JAKIEJŚ INDIANKI W PODCIENIACH BUDYNKU PRZY PLAZA DE ARMAS, CZYLI PLACU BRONI. MIAŁA KAWĘ, BATONIKI, PAPIEROSY, JAKIŚ CIEPŁY NAPÓJ. SKOSZTOWAŁAM. NAPÓJ OKAZAŁ SIĘ BYĆ CIECZĄ Z FASOLI O SŁODKIM SMAKU. BRRR… MIMO NOCY W AUTOBUSIE I CIEMNOŚCI NIE BYŁAM W STANIE TEGO WYPIĆ. NAWET DROBNE ŁYCZKI PRZECHODZIŁY MI Z TRUDEM.

Z INDIANKĄ NATYCHMIAST NAWIĄZAŁYŚMY NIĆ POROZUMIENIA UŚMIECHAJĄC SIĘ DO SIEBIE I OBSERWUJĄC CO DZIEJE SIĘ NA PLACU I W BOCZNYCH ULICACH. MIMO WCZESNEJ PORY PANOWAŁ DUŻY RUCH. GRUPKI MŁODZIEŻY HAŁAŚLIWE  PRZEMIESZCZAŁY  SIĘ PO PLACU. INNI LUDZIE SZLI CHYBA DO PRACY.  NIEKTÓRZY PODCHODZILI I KUPOWALI KAWĘ, PAPIEROSY. INDIANKA ODGONIŁA ODE MNIE, JAKIEGOŚ ZBYT ZABAWOWEGO I NATARCZYWEGO PRZECHODNIA. OBIE ZGODZIŁYŚMY SIĘ ŻE NADMIAR PIWA SZKODZI.

PLAZA DE ARMAS BYŁ PIĘKNIE OŚWIETLONY. DNIAŁO. BRZASK ODSŁANIAŁ SZCZEGÓŁY KOŚCIOŁÓW I BUDYNKÓW OTACZAJĄCYCH PLAC. WSZYSTKO WCZEŚNIEJ ZAMGLONE, POWOLI NABIERAŁO KSZTAŁTÓW. CUDNY WIDOK WART SPĘDZENIA NOCY W AUTOBUSIE.

PO DŁUŻSZEJ CHWILI PRZYDREPTAŁ PIETRUSZKA I POSZLIŚMY DO HOSTELU, KTÓRY ZNALAZŁ. CENA BYŁA WYSOKA, BO 150 SOLI ZA NOC Z WLICZONYM ŚNIADANIEM. POKÓJ MOGLIŚMY ZAJĄĆ DOPIERO PO 12-tej. W RECEPCJI POCZĘSTOWANO NAS HERBATĄ Z LIŚCI COCA I POZWOLONO ZOSTAWIĆ BAGAŻE.

POSZLIŚMY OGLĄDAĆ MIASTO. NAJPIERW PLAC BRONI I KATEDRA. AKURAT ODPRAWIANO MSZĘ.

KATEDRA ARCHITEKTONICZNIE STANOWI POŁĄCZENIE HISZPAŃSKIEGO RENESANSU I LOKALNEGO STYLU. ŁĄCZY W SOBIE TRZY ŚWIĄTYNIE. PIERWOTNIE GŁÓWNĄ ŚWIĄTYNIĄ KATOLICKĄ BYŁA IGLESIA DE TRIUNFO, WYBUDOWANA JAKO PIERWSZY KOŚCIÓŁ KATOLICKI W PERU W 1539 ROKU. DZIŚ TO JEDNA Z KAPLIC PRZYLEGAJĄCA DO OGROMNEJ BAZYLIKI. Z DRUGIEJ STRONY DO KATEDRY PRZYLEGA KOŚCIÓŁ POD WEZWANIEM ŚWIĘTEJ RODZINY Z KAPLICĄ ŚWIĘTEGO JAKUBA – PATRONA HISZPANII, KTÓRY ZGODNIE Z WIERZENIAMI POMAGAŁ KONKWISTADOROM W PODBOJU NOWYCH ZIEM. KATEDRA, A WŁAŚCIWIE NAJPIERW KOŚCIÓŁ POD WEZWANIEM WNIEBOWZIĘCIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, WYBUDOWANA ZOSTAŁA NA  FUNDAMENTACH SUNTUR WASI – PAŁACU INKI WIRAKOCZY. WNĘTRZE MA GOTYCKIE SKLEPIENIA KRZYŻOWE, SCALAJĄCE TRZY SZEROKIE NAWY, ORAZ BAROKOWE I NEOKLASYCYSTYCZNE OBLANE ZŁOTEM I SREBREM OŁTARZE. NA ŚCIANACH OBRAZY Z POSTACIAMI ŚWIĘTYCH.
UWAGĘ PRZYCIĄGA OBRAZ OSTATNIA WIECZERZA MARCOSA ZAPATY, INDIAŃSKIEGO MALARZA. FAKTYCZNIE ŚWINKA MORSKA JAKO CZOŁOWE DANIE OSTATNIEGO POSIŁKU JEST NIESAMOWITA.
OBEJRZELIŚMY TEŻ CZARNEGO JEZUSA, ZWANEGO SEŇOR DE LOS TEMBLORES, PATRONA MIASTA, CHRONIĄCEGO JE PRZED NAWIEDZAJĄCYMI CUZCO TRZĘSIENIAMI ZIEMI; POTEM GROBOWIEC GARCILASO DE LA VEGI – INKASKIEGO KRONIKARZA.
Z DOŚĆ DUŻEJ ODLEGŁOŚCI PATRZYLIŚMY NA RZEŹBIONY BAROKOWY CHÓR GDZIE SĄ PONOĆ NAJSTARSZE W PERU ORGANY.
CIEKAWE JEST TUTAJ SKRZYŻOWANIE PRZEPYCHU OŁTARZY – CO KOJARZY SIĘ Z HISZPAŃSKĄ SZTUKĄ – Z DZIEŁAMI INKASKICH MISTRZÓW, TWORZĄCYCH ZGODNIE ZE SWOIMI WIERZENIAMI I TECHNIKĄ, CHOCIAŻ W NOWEJ DLA SIEBIE TEMATYCE RELIGIJNEJ.

POTEM ULICAMI, PNĄCYMI SIĘ POD GÓRĘ DOSZLIŚMY DO SAN BLAS, DZIELNICY WĄSKICH, MALOWNICZYCH ULICZEK I BIAŁYCH DOMÓW Z NIEBIESKIMI OKIENNICAMI I SPADZISTYMI DACHAMI. CZĘSTO MIESZCZĄ SIĘ W NICH PRACOWNIE ARTYSTYCZNE, KLIMATYCZNE BARY, SKLEPIKI.

W POWROTNEJ DRODZE MINĘLIŚMY CORICANCHĘ, KTÓRĄ ZAMIERZALIŚMY OBEJRZEĆ PO POŁUDNIU.

WRACAJĄC DOSTRZEGLIŚMY OBOK NASZEGO HOTELU INFORMACJĘ TURYSTYCZNĄ, DOBRZE ZAOPATRZONY SKLEP SPOŻYWCZY, KOŚCIÓŁ MERCEDES, KNAJPKI. DO GŁÓWNEGO PLACU BYŁO PARĘ KROKÓW.

HOSTEL MIAŁ OKROPNIE SKOMPLIKOWANĄ NAZWĘ. DOPIERO JAK SIĘ JĄ PRZECZYTAŁO STAWAŁA SIĘ JASNA – QOSQO. ADRES: PORTAL MANTAS NR 115

POKÓJ SPRAWIAŁ PRZYJEMNE WRAŻENIE. MIAŁ FAJNE DUŻE ŁÓŻKO, KANAPKĘ, KOMODĘ I OKNA WYCHODZĄCE NA KOŚCIÓŁ.

Z REKLAMOWEGO FOLDERU WYNIKAŁO TAKŻE, ŻE QOSQO ORGANIZUJE WYCIECZKI DO DOLINY INKÓW. POCZYTALIŚMY CO PROPONUJĄ I POŁĄCZYLIŚMY DWIE WYCIECZKI W JEDNĄ. POTARGOWALIŚMY SIĘ I ZA KWOTĘ 180 SOLI USTALILIŚMY CAŁODNIOWĄ TRASĘ OD CHINCHERO DO SACSAYHUAMAN PRZEZ PISACPUCA PUCARA, TAMBOMACHAY, QENKO.

NASZ PLAN ZAKŁADAŁ, ŻE ZWIEDZIMY OLLANTAYTAMBO W DRODZE POWROTNEJ Z MACHU PICCHU, A NIEDZIELNY TARG W PISAC W DRODZE DO MACHU PICCHU.

KUPILIŚMY TEŻ BILET TURYSTYCZNY, CZYLI BOLETO TURISTICO OBEJMUJĄCE WSTĘP DO WSZYSTKICH RUIN W ŚWIĘTEJ DOLINIE INKÓW ORAZ TRZY MUZEA W CUZCO. DOKŁADNIE BILET OBEJMUJE: MUSEO HISTÓRICO REGIONAL, MUSEO DE ARTE CONTEMPORÁNEO, MUSEO DE ARTE POPULAR, MUSEO DE SITIO DE CORICANCHA, CENTRO QOSQO DE ARTE NATIVO, MONUMENTO AL INCA PACHACUTEC, SACSAYHUAMAN, QENQO (QENKO), PUKA PUKARA, TAMBOMACHAY, PISAC, OLLANTAYTAMBO, CHINCHERO, MORAY, TIPON, PIQUILLACTA.
KOŚCIOŁY SĄ PŁATNE OSOBNO.

ZACZĘŁO PADAĆ. Z POŻYCZONYM W HOTELU PARASOLEM RUSZYLIŚMY PONOWNIE NA MIASTO.

KOLEJE PERUWIAŃSKIE NAKAZUJĄ POTWIERDZENIE ZAKUPIONYCH BILETÓW KOLEJOWYCH, A NAWET PRZYPOMINAJĄ O TYM. MIELIŚMY BILETY Z OLLANTAYTAMBO DO AQUAS CALIENTES I Z POWROTEM. POTWIERDZILIŚMY JE W CENTRUM CUZCO, W BIURZE KOLEI PERUWIAŃSKICH. SAMA STACJA KOLEJOWA  JEST DOŚĆ DALEKO OD CENTRUM.

NASTĘPNYM PUNKTEM DO KTÓREGO DOSZLIŚMY W DESZCZU BYŁA CORICANCHA.
Z LITERATURY TEMATU WYNIKA, ŻE QORICANCHA – ŚWIĄTYNIA SŁOŃCA WYBUDOWANA ZOSTAŁA W XV WIEKU PRZEZ PACHACUTEKA. BYŁA MIEJSCEM KULTU NAJWAŻNIEJSZYCH BÓSTW. TU ODBYWAŁY SIĘ TAKŻE KORONACJE I POCHÓWKI KRÓLÓW INKÓW. CENTRALNE MIEJSCE ZAJMOWAŁ ZŁOTY DZIEDZINIEC POŚWIĘCONY BOGOWI SŁOŃCA – INTI, PRZEDSTAWIONEGO W FORMIE OGROMNEGO ZŁOTEGO DYSKU, W TOWARZYSTWIE KTÓREGO, NA SZCZEROZŁOTYCH TRONACH SPOCZYWAŁY ZMUMIFIKOWANE ZWŁOKI DZIESIĘCIU INKASKICH PRZYWÓDCÓW. IMPONUJĄCY DZIEDZINIEC, KTÓREGO ŚCIANY POKRYWAŁA WARSTWA ZŁOTEGO KRUSZCU OTACZAJĄ KAPLICE. TO TUTAJ ODDAWANO HOŁD KSIĘŻYCOWI W OSOBIE BOGINI MAMA QUILLI – ŻONY INTI, WIRAKOCZY – BOGOWI – CZŁOWIEKOWI, BOGOWI ILLAPIE – PIORUNOWI, TĘCZY, GWIAZDOM, PLANECIE WENUS I PLEJADOM. UNIKALNY BYŁ TEŻ OGRÓD PRZYLEGAJĄCY DO ŚWIĄTYNI, WYPEŁNIONY ODWZOROWANIAMI ROŚLIN I ZWIERZĄT RZEŹBIONYCH W ZŁOCIE. ŚWIĄTYNIĘ ZAMIESZKIWAŁO NIEMAL 4000 KAPŁANÓW – UCZONYCH, KTÓRZY POD WODZĄ ARCYKAPŁANA ODPRAWIALI CEREMONIE RELIGIJNE. ODKRYTY DZIEDZINIEC PEŁNIŁ FUNKCJĘ OBSERWATORIUM ASTRONOMICZNEGO.

TO WSZYSTKO ZOSTAŁO ZDEWASTOWANE I ZŁUPIONE PRZEZ GRUPĘ AWANTURNIKÓW PRZY WSPARCIU KORONOWANYCH GŁÓW ŻĄDNYCH ZŁOTA. TYLKO ZŁOTA. PO PROSTU BRAK SŁÓW.
DZISIAJ POZOSTAJE JEDYNIE PODZIWIAĆ POZOSTAŁOŚCI PO ŚWIĄTYNI.  NIEPRAWDOPODOBNĄ PRECYZJĘ, Z JAKĄ DOPASOWANO KAMIENIE TWORZĄCE ŚWIĄTYNIĘ I JEJ FORMAT. TO UŚWIADAMIA I UNAOCZNIA WIELKOŚĆ INKÓW JAKO ARCHITEKTÓW I BUDOWNICZYCH. BOGACTWO, DO KTÓREGO NIE PRZYWIĄZYWALI WAGI.

POTEM POSZLIŚMY DO KLASZTORU SANTA CATALINA, KOŚCIOŁA LA COMPANIA DE JEZUS, EL TRIUMFO.

WSZĘDZIE RZUCA SIĘ W OCZY WIELKOŚĆ OŁTARZY, KUNSZT I OBFITOŚĆ ICH ZDOBIEŃ.

 

CUZCO – KROKODYL W CENTRUM MIASTA ?

.

OD PARU DNI RACZYMY  SIĘ HERBATĄ Z TRZECH RODZAJÓW ZIÓŁ, JAKĄ PIETRUSZKA KUPIŁ W KANIONIE COLCA. DOBRZE ZNOSIMY WYSOKOŚĆ I WYSIŁEK. W NAGRODĘ POSTANOWILIŚMY NAPIĆ SIĘ PISCO SOUR. W STRUGACH DESZCZU WESZLIŚMY DO MAŁEJ KAWIARENKI.

DZIEWCZYNA ZA BAREM NA NASZYCH OCZACH PRZYRZĄDZAŁA DRINKA. WRESZCIE POJĘŁAM JAK TO SIĘ DZIEJE, ŻE POWSTAJE PIANKA NA GÓRZE I JAK SIĘ  MIESZA BIAŁKO Z RESZTĄ.

OBOK NAS PRZY STOLIKU SIEDZIAŁ MŁODY CHŁOPAK I OGLĄDAŁ FILM NA KOMPUTERZE. ZERKNĘŁAM I PRZETARŁAM OCZY. PRZECIEŻ ŁYK PISCO NIE MÓGŁ SPOWODOWAĆ OMAMÓW  WZROKOWYCH. OGLĄDAŁ „PIANISTĘ” ROMANA POLAŃSKIEGO. KIEDY GO O TO ZAPYTAŁAM POTWIERDZIŁ. TAKI SPECYFICZNY I TRUDNY FILM OPOWIADAJĄCY O CZASACH II WOJNY W POLSCE OGLĄDANY W PERU !!!!

POTEM SZUKALIŚMY CZEGOŚ DO JEDZENIA. PIETRUSZKA CHCIAŁ ZJEŚĆ TĘ NIESZCZĘSNĄ ŚWINKĘ MORSKĄ. NIE BYŁO TO MOJE MARZENIE, ALE DLA TOWARZYSTWA I DOŚWIADCZENIA CYGAN DAŁ SIĘ POWIESIĆ. ZIMNO BYŁO JAK DIABLI. WESZLIŚMY DO RESTAURACJI KUSI NA PIĘTRZE, KTÓRA MIAŁA FAJNE BALKONIKI DO SIEDZENIA NA ZEWNĄTRZ, ALE TEMPERATURA ZMUSIŁA NAS DO POZOSTANIA W ŚRODKU. PODANO NAM ŚWINKĘ BARDZO CHUDĄ I SPIECZONĄ. NIE ZA WIELE BYŁO NA NIEJ DO JEDZENIA, ALE MIĘSO MIAŁA DELIKATNE. KOSZTOWAŁA 50 SOLI.

KIEDY WRÓCILIŚMY DO HOSTELU RECEPCJONISTKA POINFORMOWAŁA, ŻE NASZA JUTRZEJSZA WYCIECZKA BĘDZIE O 8-mej, A NIE O 7-mej RANO.

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *