09.05.2017 – POLSCY “KOWBOJE” W SAN AGUSTIN (PRAWIE BONANZA)

.

OBUDZIŁEM SIĘ BARDZO WCZEŚNIE. KOŁO CZWARTEJ. WIOZĄCY NAS POJAZD POWOLI  POKONYWAŁ KOLEJNE KILOMETRY. KLARA WŁAŚNIE WSTAWAŁA Z POSŁANIA, ZRZUCAJĄC Z SIEBIE PODOMKĘ NOCNYCH CIEMNOŚCI. ZACZĘŁO SIĘ ROBIĆ CORAZ JAŚNIEJ.

CAŁY AUTOBUS SPAŁ W NAJLEPSZE. NO MOŻE POZA KIEROWCĄ ?.
ZABRAŁEM SIĘ DO PISANIA BLOGA. CZAS MIJAŁ, SAMOCHÓD JECHAŁ …

DO SAN AUGUSTIN DOTARLIŚMY KOŁO … OD RAZU NA PRZYSTANKU POJAWILI SIĘ NAGANIACZE-POMAGACZE. PRIORYTETEM BYŁO ZNALEZIENIE NOCLEGU. JEDEN Z GOŚCI – OFERUJĄCYCH KOMPLEKSOWE USŁUGI TURYSTYCZNE – USŁYSZAWSZY CO BYŚMY CHCIELI ZOBACZYĆ, RZUCIŁ SIĘ DO POMOCY W SZUKANIU ODPOWIADAJĄCEGO NAM PRZYBYTKU. W KRÓTKICH, ŻOŁNIERSKICH SŁOWACH OKREŚLIŁEM NASZE POTRZEBY MIESZKANIOWE I OD RAZU ZOSTAŁEM POPROWADZONY DO ODDALONEJ O 30 m NOCLEGOWNI. WSZYSTKO BYŁOBY DOBRZE, GDYBY NIE BRAK CIEPŁEJ WODY W KRANIE. POKÓJ MI SIĘ PODOBAŁ. CZYSTY, WIELKOŚĆ W SAM RAZ. CENA DO ZAAKCEPTOWANIA. ALE PO CAŁONOCNEJ PODRÓŻY CHCIELIŚMY SIĘ WYKĄPAĆ W DOBRZE NAGRZANEJ WODZIE … A TAKIEJ TU NIE DOWIEŹLI.

SZUKAMY DALEJ. TYM RAZEM NA MOTORYNCE. BĘDZIE SZYBCIEJ. ZACHWALANY PRZEZ MOJEGO KIEROWCĘ-PRZEWODNIKA KOLEJNY HOSTEL TEŻ NIE ZACHWYCA. JEDZIEMY. TRAFIAM NA ŚWIETNIE WYGLĄDAJĄCE, OBSZERNE DOMOSTWO NA JEDNEJ Z BOCZNYCH ULICZEK MIASTA (ALE CIĄGLE BLISKO CENTRUM). OGROMNA BRAMA WEJŚCIOWA JEST PILNIE STRZEŻONA. JUŻ MAJĄ U MNIE PLUSA. PRZESTRONNE WEWNĘTRZNE PATIO HOTELU RAICES POZWALA JEŚĆ NA DWORZE, A KRZESŁA I STOLIK NA DREWNIANEJ WERANDZIE ZAWIESZONEJ BARDZO WYSOKO UMOŻLIWIA np. PICIE WIECZORNEGO RUMU I JEDNOCZEŚNIE SZPERANIE WZROKIEM PO OKOLICY. A NUŻ NATRAFIMY GDZIEŚ TUTAJ NA ŚLADY SAN ESCOBAR …

CHWILĘ TRWA USTALENIE CENY. PŁACĘ 60 COP-ów ZA DWIE NOCE. MÓJ KIEROWCA-NAGANIACZ Z BŁYSKIEM W OKU MÓWI, ŻE UMIEM SIĘ TARGOWAĆ. TEN POKAZ SPOKOJNEGO NEGOCJOWANIA CENY UŚWIADOMIŁ MU, ŻE NIE BĘDZIE ŁATWO MNIE WYRYĆKAĆ SPRZEDAJĄC SWOJE USŁUGI TURYSTYCZNE.

W MAŁEJ KLITCE, W KTÓREJ ZOSTAWIŁEM WOMBATA Z BAGAŻAMI USTALAMY SZYBKO CENĘ I ZAKRES PROPONOWANEGO JESZCZE DZISIAJ ZWIEDZANIA. WOMBACIK WIE CO TU TRZEBA ZOBACZYĆ I JAK TO WYGLĄDA CZASOWO. PROSTUJE NATYCHMIAST WSZYSTKIE DZIWNE POMYSŁY NA ZWIEDZANIE OKOLICY. USTALAMY TRASĘ KONNEJ WYCIECZKI. MAMY PEWNE OBAWY. WOMBAT NIGDY NIE JEŹDZIŁ KONNO, A JA OSTATNIO ZROBIŁEM TO SZALEŃSTWO CHYBA W 1963. BYŁO MI TAK DOBRZE, ŻE OBRZYGAŁEM BIEDNE ZWIERZE, JESZCZE ZANIM DOTKNĄŁEM ZIEMI.

ROZPAKOWUJĄC SIĘ W HOSTELU ZAUWAŻYŁEM BRAK KAPELUSZA. KURKA WODNA, ZOSTAWIŁEM GO W AUTOBUSIE! POGNAŁEM SZYBKO DO BIURA FIRMY, KTÓRA NAS TUTAJ PRZYWIOZŁA. POWIEDZIANO MI GDZIE ZNAJDĘ ZAPARKOWANY POJAZD. MUSIAŁEM GONIĆ Z KILOMETR NA PARKING PRZY WJEŹDZIE DO MIASTA. OPŁACIŁO SIĘ !

ZZIAJANY MORDERCZYM BIEGIEM W PEŁNYM SŁOŃCU PO NIEPRZESPANEJ NOCY WRÓCIŁEM DO HOSTELU TUŻ PRZED UMÓWIONĄ GODZINĄ WYJAZDU NA WYCIECZKĘ.

KONIKI MIAŁY BYĆ NIEDUŻE. HMMMM… MNIE WYDAWAŁY SIĘ NORMALNE, WOMBATOWI DUŻE. GRAMOLENIE NA ICH GRZBIETY NIE ZABRAŁO NAM DUŻO CZASU.
JAKOŚ RUSZYLIŚMY.  PIERWSZY POSTÓJ: EL TABLÓN LEDWO ZDĄŻYLIŚMY OGLĄDNĄĆ TE PARĘ KAMIENI LUNĘŁO. NIEZBYT MOCNO, ALE JEDNAK. SCHOWALIŚMY SIĘ POD JAKIMŚ DASZKIEM, ALE KONIKI – A CO ZA TYM IDZIE SIODŁA, SPOKOJNIE WCHŁANIAŁY KOLEJNE KROPLE DŻDŻU. ODCZULIŚMY TO KILKA MINUT PÓŹNIEJ. NASZE SPODNIE NASIĄKNĘŁY WILGOCIĄ NATYCHMIAST PO WSKOCZENIU NA “WIERZCHOWCE”. MIEJSCE PRZECIĘTNE. CZAS ZWIEDZANIA 15 – 45 min.

KOLEJNY POSTÓJ – LA CHAQUIRA – BYŁ BLISKO. TUTAJ ZESZLIŚMY ZE ZWIERZĄT NA ZNACZNIE DŁUŻEJ. KONISIE ZOSTAŁY NA MAŁYM PASTWISKU KOŁO ZAGRODY Z EKOLOGICZNIE PRZETWORZONYMI DARAMI ZIEMI. TEJ ZIEMI (?). WŁAŚCICIELEM JEST FRANCUZ ZAJMUJĄCY SIĘ SPRZEDAŻĄ NA CAŁYM ŚWIECIE PALONEJ U SIEBIE KAWY .

IDĄC W DÓŁ OD JEGO RANCHO DOJDZIESZ DO KILKU GŁAZÓW Z WYRYTYMI NAŃ WYOBRAŻENIAMI LOKALNYCH BÓSTW. TROCHĘ PONIŻEJ ROZTACZA SIĘ WSPANIAŁY WIDOK. WIDAĆ NITKĘ RZEKI (RÍO MAGDALENA) PĘDZĄCEJ SWOJE WODY PO DNIE WĄWOZU, KTÓREGO DOŚĆ STROME ZBOCZA POKRYWA W CAŁOŚCI GĘSTA ROŚLINNA POWŁOKA. PO PRZECIWNEJ STRONIE URWISKA, Z PRAWIE PIONOWEJ ŚCIANY ZIELONEJ PLĄTANINY, TRYSKAJĄ DWA WODOSPADY. TEN Z LEWEJ WYDAJE SIĘ NAŚLADOWAĆ SIKANIE SŁYNNEGO AMSTERDAMSKIEGO CHŁOPCZYKA. DOŚĆ RACHITYCZNIE WYGLĄDAJĄCA STRUGA WODY PRZYCIĄGA WZROK TYLKO DLATEGO, ŻE PRZECINA JAK WAGINA ZIELONĄ PLĄTANINĘ  ŁONA NATURY.

DRUGA WODNA KASKADA JEST ZDECYDOWANIE WIĘKSZA I DUŻO WYŻSZA. WYGLĄDA INTERESUJĄCO NAWET Z TAK DALEKA. DZIELI NAS OD NIEJ DOBRE KILKASET METRÓW.

NAPATRZYWSZY SIĘ NA KAMIENNE POZOSTAŁOŚCI STWORZONE RĘKĄ CZŁOWIEKA I NATURALNE PIĘKNO – DZIEŁO NIEZIDENTYFIKOWANEGO KOGOŚ LUB CZEGOŚ – ROZPOCZĘLIŚMY POWRÓT DO POZOSTAWIONEJ MINI STADNINY. SZŁO DOBRZE, ALE NIE POLECAM TEGO PRZEŻYCIA NIKOMU ZE SŁABYM SERCEM, ANI LUDZIOM, KTÓRYCH NIE POCIĄGA TREKKING. CZAS POTRZEBNY NA POZNANIE TEJ ATRAKCJI OCENIAM NA 40 min. DOLICZ DODATKOWE MINUTOSY NA WYPICIE KAWY. WARTA GRZECHU !!!

KONISIE ZDĄŻYŁY WYSCHNĄĆ. DO NASTĘPNEGO PRZYSTANKU MIELIŚMY KAWAŁ DROGI. ZWIERZĘTA PO DOŚĆ SZYBKIM ZEJŚCIU Z KAMIENISTEJ, GÓRSKIEJ DROGI CZŁAPAŁY NIESPIESZNIE ŚCIEŻKĄ BIEGNĄCĄ:

“POŚRÓD PÓL MALOWANYCH ZIELSKIEM ROZMAITEM, WYZŁACANYCH SŁOŃCEM, NIESKAŻONYCH ŻYTEM
GDZIE BURSZTYNOWE KAKAOWCE, KWIATÓW  KĘPKA MAŁA, GDZIE PANIEŃSKIM RUMIEŃCEM PEPERONI PAŁA,
CZASEM PRZEPASANYCH JAKBY WSTĘGĄ, MIEDZĄ ZIELONĄ;
NA KTÓREJ Z RZADKA SMUKŁE PALMY SIEDZĄ”.
.

SAN AGUSTIN – W DRODZE DO EL PURUTAL

.

WLEKLIŚMY SIĘ DOŚĆ DŁUGO, BO KONIKI – A SZCZEGÓLNIE TEN WOMBATA – NAJWYRAŹNIEJ NIE ODCZUWAŁ POTRZEBY ZWRACANIA UWAGI NA JEŹDŹCA. GDY TYLKO MÓJ ZWIERZAK PRZYSPIESZAŁ (CO OCZYWISTE; DŹWIGAŁ PRAWIE 80 kg), NOŚNIK WOMBATA ZACZYNAŁ GO GONIĆ, NIE  PRZEJMUJĄC SIĘ ZMARTWIAŁYM Z OBAWY ŻE SPADNIE, JEŹDŹCEM. MOŻE PRZYPOMNIAŁ SOBIE BERKA?

DOTARLIŚMY WRESZCIE DO OSTATNIEGO, PRZEWIDZIANEGO PROGRAMEM INTERESUJĄCEGO MIEJSCA – EL PURUTALLA PELOTA. TU NIESTETY TRZEBA BYŁO PŁACIĆ ZA WEJŚCIE (NIE PAMIĘTAM ILE, ALE NIEWIELE).

NA SPORYM POLU, JAKIEŚ 300 m OD WEJŚCIA STOI ZADASZONY RZĄD KILKU KAMIENI WIZUALIZUJĄCYCH POSTACI BÓSTW (?).
KILKASET METRÓW DALEJ ZNAJDUJE SIĘ ZDECYDOWANIE WIĘKSZE I RÓWNIE CIEKAWE STANOWISKO ARCHEOLOGICZNE. MALOWANE NATURALNYMI BARWNIKAMI POSĄGI BÓSTW.

OBOK JEST SPORA CHAŁUPA GDZIE KUPISZ PAMIĄTKOSY I COŚ DO PICIA. NA PRZYKŁAD WINO RYŻOWE …
OGLĄDNIĘCIE TEGO TO KWESTIA MAXIMUM 40 min Z DOJŚCIEM.

RUSZYLIŚMY W DROGĘ POWROTNĄ. TERAZ I JA ZACZĄŁEM MIEĆ KŁOPOTY Z MOIM NOSICIELEM. BEZ PRZERWY SZEDŁ W SZKODĘ, CZYLI TAM, GDZIE WIEDZIAŁ ŻE ROSNĄ SMAKOWITE KŁĄCZA. CHYBA ZA BARDZO MU POFOLGOWAŁEM NA POCZĄTKU, BO ZUPEŁNIE PRZESTAWAŁ MNIE SŁUCHAĆ. NAJWIĘKSZY PROBLEM MIAŁEM, GDY Z TYŁU NADJEŻDŻAŁ JAKIŚ POJAZD. USIŁOWAŁEM SKIEROWAĆ ZWIERZĘ NA PRAWO, A ONO SZŁO W LEWO. NA CAŁE SZCZĘŚCIE TUTEJSI KIEROWCY ZNAJĄ TE ZWYCZAJE I ZE STOICKIM SPOKOJEM CZEKAJĄ NA MOŻLIWOŚĆ PRZEJAZDU. MANIANA !!!!!

WRESZCIE DOTARLIŚMY DO CELU. CAŁA KONNA WYCIECZKA ZAJĘŁA 5 I 1/2 GODZINY. POKONALIŚMY W TYM CZASIE JAKIEŚ 20 km.  WEWNĘTRZNE STRONY UD PARZYŁY, OJ PARZYŁY.

TROCHĘ NA UGIĘTYCH NOGACH WRÓCILIŚMY DO HOSTELU. PRZEBRANI I WYKĄPANI POSZLIŚMY DO WYNALEZIONEJ W NECIE PRZEZ WOMBATA BARDZO REKLAMOWANEJ RESTAURACJI – DONDE RICHARD.

WYDAWAŁO SIĘ NAM, ŻE LOKALE TUTAJ SĄ OTWARTE W MIARĘ DŁUGO, CHOCIAŻBY ZE WZGLĘDU NA PANUJĄCY W CIĄGU DNIA UPAŁ. A TU PIERWSZY NAPOTKANY PRZECHODZIEŃ WYLAŁ NA NAS KUBEŁ LODOWATEJ WODY TWIERDZĄC, ŻE RESTAURACJĘ U RICHARDA ZAMYKAJĄ O 20:00. FAKTYCZNIE, MIEJSCE CHOCIAŻ PEŁNE LUDZI BYŁO JUŻ ZAMKNIĘTE. JAKIŚ RODZINNY ZJAZD ROBIŁ TŁUM. SPYTALIŚMY NA WSZELKI WYPADEK, CZY NIE DAŁOBY SIĘ  ZJEŚĆ CZEGOŚ DOBREGO, Z CZEGO SŁYNĄ. NAWINĘLIŚMY TROCHĘ KOMPLEMENTÓW NA ŁAŃCUCH ZASŁYSZANYCH I PRZECZYTANYCH POCHWAŁ I DOSTALIŚMY DWA WSPANIAŁE DANIA. OBSŁUGA REWELKA. CENY TAKŻE (DWA DUŻE DANIA + @ 90 ).
GORĄCO POLECAMY.

POWRÓT DO SYPIALNI BYŁ DŁUGI I WYKOŃCZYŁ NAS TOTALNIE, SZCZEGÓLNIE ŻE BYLIŚMY PO NOCY W AUTOBUSIE.

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *