09.11.2017 – PŁAĆ, ALBO GAZRURKĄ PRZYŁOŻĘ …

.

DZIEŃ, JAK CO DZIEŃ, ROZPOCZĘŁO ŚNIADANIE. ALE NIE BYLE JAKIE, TYLKO PONOĆ NAJSŁYNNIEJSZE DANIE W CHIANG MAI: KOW SOI. PRZYNIESIONA TUTAJ WIEKI TEMU PRZEZ HANDLARZY Z JUNNANU POTRAWA, JEST ZUPĄ TYPU CURRY Z DWOMA RODZAJAMI MAKARONU: GOTOWANYM I SMAŻONYM, ZAWIERAJĄCA KISZONE WARZYWA. W ŚRODKU OCZYWIŚCIE MASA CHILI I KURKUMY. MOŻNA JĄ ZJEŚĆ W KILKU PUNKTACH MIASTA, ALE NAJLEPIEJ SMAKUJE NA ULICY HALAL GDZIE PODAJĄ JĄ W EKSTREMALNIE CZYSTYM MIEJSCU ZWANYM KHAO SOY FUENG FAH.

NAŻARCI RUSZYLIŚMY W KIERUNKU MUZEUM TUTEJSZEGO FOLKLORU. FOLKLOR, RZECZ NIBY NIEISTOTNA, ALE POMAGA LEPIEJ ZROZUMIEĆ SENS ŻYCIA TUBYLCÓW.

LANNA FOLKLIFE MUSEUM NIE JEST ANI WIELKIE, ANI NIE OSZAŁAMIA. WSTĘP 90 BATÓW. WYSTARCZY 60 min.

PRZYSZEDŁ WRESZCIE CZAS BY WYSKOCZYĆ ZA MIASTO, DO OSTATNIEJ Z NAJSŁYNNIEJSZYCH ŚWIĄTYŃ CHIANG MAISKIEGO BUDDYZMU – DOI SUTHEP. LEŻY ONA DOŚĆ DALEKO, BO ok 25 km OD CENTRUM TUTEJSZEJ STARÓWKI. NAJLEPIEJ JECHAĆ DOŃ tzw. RED TAXI. PRZEJAZD POWINIEN KOSZTOWAĆ OKOŁO 60 BATÓW OD OSOBY, LECZ O TYM DOWIEDZIAŁEM SIĘ DUŻO PÓŹNIEJ, GDY KIEROWCA ZACZĄŁ MI WYWIJAĆ PRZED NOSEM GAZRURKĄ …

ALE PO KOLEI.

ZŁAPALIŚMY w/w POJAZD PO WYJŚCIU Z MUZEUM. NA BURCIE STAŁO NAPISANE ŁACIŃSKIM ALFABETEM: DOI SUTHEP I COŚ TAM ROBACZKAMI. NA KOŃCU 30 BAT. ZROZUMIAŁEM, ŻE POJAZD JEDZIE DO ŚWIĄTYNI I ZABIERA PO DRODZE CHĘTNYCH PO 30 BATÓW OD OSOBY. NA WSZELKI WYPADEK SPYTAŁEM KIERUJĄCEGO NIM DZIADKA PO ANGIELSKU, CZY PŁACĘ 30 BATÓW OD OSOBY. DZIADEK POTWIERDZIŁ I WSADZIŁ NAS NA PAKĘ. PO DRODZE ZOSTAWIŁ JESZCZE GDZIEŚ 2 CHIŃCZYKÓW I POJECHAŁ Z NAMI NA GÓRĘ, NA KTÓREJ STOI ŚWIĄTYNIA.

KIEDY ZACZĄŁEM PŁACIĆ, ZROBIŁO SIĘ NIEMIŁO. FACIOWI NAJWYRAŹNIEJ CHODZIŁO O 300 BACIORÓW, A NIE 30-ci… ZATKAŁO MNIE… NAPRAWDĘ ZAPOMNIAŁEM JĘZYKA W GĘBIE. ZACZĄŁEM TŁUMACZYĆ, ŻE UMAWIALIŚMY SIĘ NA 30 BATÓW, CO GUCIO NATYCHMIAST POTWIERDZIŁ. WSZYSTKO BYŁO DLA MNIE JASNE – KIEROWCA NIE SŁYSZAŁ RÓŻNICY MIĘDZY THIRTY A THREE HUNDRED … WELL, CO MIAŁEM ROBIĆ… USIŁOWAŁEM ROZŁADOWAĆ JAKOŚ SYTUACJĘ, ALE NIE GODZIŁEM SIĘ NA HARACZ W WYSOKOŚCI 300 BACIORÓW. NA TO GOŚCIU WYCIĄGNĄŁ SPOD SIEDZENIA GAZRURKĘ JASNO DAJĄC DO ZROZUMIENIA, CO MI ZROBI, JEŚLI NIE ZAPŁACĘ. TROCHĘ MNIE ZIRYTOWAŁ… STOIMY W TŁUMIE PIELGRZYMÓW. NIKOGO NIE OBCHODZI CO ROBIMY, A TEN MNIE STRASZY KAWAŁKIEM METALU… ZDZIWIENIE NA MOJEJ TWARZY NAJWYRAŹNIEJ DZIADKA ZAŁAMAŁO, BO SCHOWAŁ RURKĘ I ZATRZASNĄŁ DRZWI.

POSZEDŁEM SZUKAĆ NIEŚWIADOMEGO ZAISTNIAŁEJ SYTUACJI WOMBACIKA. PO DRODZE ZOBACZYŁEM TABLICĘ Z INFORMACJĄ ILE KOSZTUJĄ PRZEJAZDY ZE ŚWIĄTYNI DO POSZCZEGÓLNYCH PUNKTÓW MIASTA. DOJAZD DO CENTRUM – Z KTÓREGO PRZYJECHALIŚMY – KOSZTUJE 60 BATÓW. CZYLI ŻE NASZ KIEROWCA CHCĄC ZAROBIĆ 300 STRACIŁ 60. SĄDZĘ, ŻE ZGUBIŁA GO NIEZNAJOMOŚĆ ANGIELSKIEGO. GDY TO DO MNIE DOTARŁO, ZAWRÓCIŁEM BY DOPŁACIĆ TAKSÓWKARZOWI 60 BATÓW, ALE GO JUŻ NIE BYŁO. JEST MI CIĄGLE BARDZO GŁUPIO Z POWODU ZAISTNIAŁEJ SYTUACJI, PO PIERWSZE DLATEGO, ŻE TEŻ JESTEM TAKSÓWKARZEM. DO TEGO Z ZACHOWANIA GOŚCIA WNIOSKUJĘ, ŻE MA BARDZO DUŻE DOŚWIADCZENIE ZAWODOWE I NA PEWNO NIE CHCIAŁ MNIE OSZUKAĆ. POZA TYM TAJOWIE GENERALNIE SĄ SUPER UCZCIWI I PRZYKRO MI JEST, ŻE AKURAT MNIE TRAFIŁA SIĘ TAKA IDIOTYCZNA HISTORIA. WELL. C’EST LA VIE …

ŚWIĄTYNIA DOI SUTHEP NIE DOŚĆ, ŻE STOI NA GÓRZE, TO JESZCZE PROWADZĄ DO NIEJ SPORE SCHODY. UWAGA: JEST I WINDA. ZWIEDZANIE ZAJMUJE ok GODZINY. RAZEM Z WEJŚCIEM. WSTĘP DLA BIAŁASÓW PŁATNY 30 BATÓW. GENERALNIE UWAŻAM, ŻE MOŻNA SOBIE ODPUŚCIĆ.

WRACAJĄC ROZGLĄDAŁEM SIĘ ZA POJAZDEM, KTÓRY NAS TU PRZYWIÓZŁ – ZAPAMIĘTAŁEM NUMER. BEZSKUTECZNIE. NIE DZIWOTA, BO ZAPOTRZEBOWANIE NA TAKSÓWKI W TYM MIEJSCU JEST OGROMNE. TYM RAZEM WSIEDLIŚMY DO AUTA NA POSTOJU PŁACĄC Z GÓRY ZA PRZEWÓZ.

WOMBACIK CHCIAŁ DZISIAJ ZJEŚĆ KOLACJĘ W RESTAURACJI AROON RAI SPECJALIZUJĄCEJ SIĘ W TUTEJSZEJ KUCHNI. JADŁ TU KIEDYŚ SAM BURDAIN. ZACZĘLIŚMY SZUKAĆ MIEJSCA, KTÓREGO NIKT NAM NIE POTRAFIŁ WSKAZAĆ. W LP TEŻ NIEZBYT JASNO TO TŁUMACZONO. WRESZCIE PO GODZINNYM SZUKANIU, DZIĘKI POMOCY DZIEWCZYNKI Z MAŁEGO BIURA OBSŁUGI TRAFILIŚMY… I ODBILIŚMY SIĘ OD ZAMKNIĘTYCH DRZWI LOKALU MAJĄCEGO PRZERWĘ URLOPOWĄ …

.

CHIANG MAI – TRZEBA COŚ ZJEŚĆ …

.

TRZEBA BYŁO ZJEŚĆ COŚ NA ULICY. NIE WYBRALIŚMY NAJLEPIEJ. MOJE CURRY POZA OSTROŚCIĄ BYŁO PŁYTKIE I NIECIEKAWE. MAKARON WOMBATA TEŻ MIAŁ SPORO WAD. W SUMIE TANIE (170) I PRZECIĘTNIE ŻARCIE …

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *