22.11.2017 – ZWIEDZANIE KOH CHANG

.
RANO, PO WYJŚCIU Z HOSTELU, SPODZIEWAŁAM SIĘ PRAŻĄCEGO SŁOŃCA, A TU CHMURY. CIEPEŁKO OWSZEM, ALE GDZIE TO SŁOŃCE ODBIJAJĄCE SIĘ OD MORSKICH FAL I PALMY?
ZACZĘLIŚMY OD WYNAJMU SKUTERA. DROGI TUTAJ KRĘTE, OSTRE ZAKRĘTY, CZĘSTO JEST POD GÓRĘ, WIĘC CHCIELIŚMY COŚ W MIARĘ SILNEGO, CO UTRZYMA NAS DWOJE.

NIE MOGŁAM NARZEKAĆ, BO PIETRUSZKA WYRAŹNIE POPRAWIŁ SWÓJ STOSUNEK DO MNIE I ANI RAZU MNIE NIE ZRZUCIŁ Z PIŹDZIKA, ALE BYŁAM CZUJNA CAŁY CZAS.
NA  MOTORACH ZNAM SIĘ TYLE, CO NA SILNIKACH SPALINOWYCH, ALE DZIURĘ W BRZUCHU ABY SKUTER BYŁ MOCNY ZAWSZE MOGĘ WIERCIĆ.

DRAKULA WYNAJĄŁ SKUTER @ 140 THB / DZIEŃ – ALE NA TYDZIEŃ. PIETRUSZKA ZA PUNKT HONORU POSTAWIŁ SOBIE WYNAJĘCIE NA TRZY DNI MNIEJ WIĘCEJ TEŻ W TEJ CENIE. WYPOŻYCZALNIE, KTÓRYCH JEST WIELE, OFERUJĄ TEGO TYPU POJAZDY ZA 200, A NAWET 300 THB / DOBA. NAM UDAŁ SIĘ WYNAJEM ZA 150 THB OD FRYZJERKI. DORABIA WYPOŻYCZANIEM. CHYBA BIZNES FRYZJERSKI NIE IDZIE NAJLEPIEJ. MUSIELIŚMY ZOSTAWIĆ U NIEJ PASZPORT. LEKKO BYLIŚMY TYM SKONSTERNOWANI, ALE DZIEWCZYNA POKAZAŁA KILKA ZDEPONOWANYCH PASZPORTÓW, WIĘC SKAPITULOWALIŚMY.

WSZYSCY JEŻDŻĄ PIŹDZIKAMI. NIELICZNI ROWERAMI. TO PODSTAWA TUTAJ. BRAK UMIEJĘTNOŚCI JEŻDŻENIA TAKĄ RAKIETĄ LUB NA KOLE OGRANICZA PORUSZANIE SIĘ DO ŚRODKÓW TRANSPORTU PUBLICZNEGO. WTEDY NIE MA WOLNOŚCI ANI FRAJDY. OCZYWIŚCIE NIKT NIE PYTA CZY UMIESZ PROWADZIĆ.

POMKNĘLIŚMY MOTORKIEM TROCHĘ W POSZUKIWANIU PLAŻY, TROCHĘ ŻEBY SIĘ ROZEJRZEĆ, ZJEŚĆ COŚ. BYLIŚMY CO PRAWDA GOTOWI DO PÓJŚCIA NA PLAŻĘ, ALE POGODA NIE ZACHĘCAŁA. DROGA MOMENTAMI BYŁA BARDZO STROMA Z OSTRYMI ZAKRĘTAMI. TO NIE BYŁA ŁATWA JAZDA.

ZATRZYMYWALIŚMY SIĘ OD CZASU DO CZASU. OGLĄDALIŚMY STRAGANY, SKLEPIKI, KANTORY WYMIANY WALUT. NAGLE ZAUWAŻYLIŚMY SZYLD INFORMUJĄCY O FARMIE SŁONI. PODJECHALIŚMY PARĘ METRÓW W BOK OD DROGI GŁÓWNEJ. FAKTYCZNIE SŁONIE SĄ. STOJĄ SOBIE POD WIATAMI. SZKODA TYLKO, ŻE SĄ PRZYKUTE I NIE MOGĄ SIĘ SWOBODNIE RUSZYĆ. 
MOŻNA KUPIĆ ZA 100 THB JEDZENIE I JE NAKARMIĆ.

SŁOŃ MA TRUDNE ŻYCIE. ZJADA 300 kg DZIENNIE. JEST WEGETARIANINEM, MOŻE NAWET WEGANEM. PRACUJE I ZARABIA NA SIEBIE. NATYCHMIAST KUPILIŚMY JEDZENIE. W OKRĄGŁYM KOSZYKU UŁOŻONE SĄ BANANY, OGÓRKI, ANANAS. ZWIERZĘTA JADŁY, DELIKATNIE BIORĄC TO CO IM DAWALIŚMY.

W TYM OŚRODKU MOŻNA KĄPAĆ SIĘ ZE SŁONIAMI. TAK PIETRUSZKA WYCZYTAŁ W FOLDERZE REKLAMOWYM.
JEDZIE SIĘ NA SŁONIU DO RZEKI. W RZECE SŁOŃ SIĘ KĄPIE A JEGO PASAŻER RAZEM Z NIM. POKAZANO NAM NAWET FILM Z TAKIEJ KĄPIELI.

DOJECHALIŚMY DO PRZYSTANI PROMOWEJ. TAM POSTANOWILIŚMY KONTYNUOWAĆ WYCIECZKĘ. WYSPY NIE DA SIĘ OBJECHAĆ WOKOŁO BITĄ DROGĄ, ALE MOŻNA PRZYNAJMNIEJ ZOBACZYĆ JEJ WSCHODNIĄ  STRONĘ.

.

KO(H) CHANG – PRZYDROŻNE KAPLICZKI

.

JADĄC ZAUWAŻYLIŚMY KAMIENNE MOLO. PODJECHALIŚMY DO JEGO KOŃCA. PROWADZIŁ Z NIEGO POMOST DO WODY. BARDZO ŁADNIE TO WYGLĄDAŁO.
 PIETRUSZKA CHCIAŁ SIĘ WYKĄPAĆ, ALE WIDZĄC OSTRY KAMIENNY BRZEG, ZASTANAWIAŁ SIĘ  JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁO JEGO WYJŚCIE Z WODY.

W PEWNY MOMENCIE POJAWIŁA SIĘ JAKAŚ PARA. BYLI TO SZWEDZI, KTÓRZY TEŻ CHCIELI SIĘ WYKĄPAĆ. PIETRUSZKA JAKO PIERWSZY WSKOCZYŁ DO WODY. ONI ZA NIM. KIEDY WYCHODZILI Z WODY, DZIEWCZYNA ZADRAPAŁA BRZUCHU I UDA, PIETRUSZKA STOPĘ. TROCHĘ KRWI NA CIELE A WYGLĄDALI JAK BOJOWNICY O WOLNOŚĆ OSTRYG. POMOST JEST ZDRADLIWY.

RUSZYLIŚMY DALEJ. DOJECHALIŚMY MNIEJ WIĘCEJ DO 2/3 DRUGIEJ STRONY WYSPY. TA CZĘŚĆ JEST ZNACZNIE MNIEJ ZABUDOWANA I ZAGOSPODAROWANA, ALE BARDZIEJ ZIELONA.

W PEWNYM MOMENCIE USŁYSZELIŚMY JAKIEŚ KRZYKI. PIETRUSZKA SIĘ ZATRZYMAŁ. KRZYCZELI ZA NAMI KLEMENS I TI. SIEDZIELI W PRZYDROŻNYM BARZE. POSIEDZIELIŚMY Z NIMI, NAPILIŚMY SIĘ TAJSKIEJ HERBATY. MOŻE I DOBRA, ALE PIEKIELNIE SŁODKA.

CHŁOPAKI POTWIERDZIŁY, ŻE NIE MOŻNA OBJECHAĆ  KOH CHANG, BO NIE MA DROGI DOOKOŁA. OBEJRZELIŚMY WSPÓLNIE TROCHĘ ZIELENI: KRZEWÓW, DRZEW I ŁĄKI W RAMACH POZNAWANIA PRZYRODY NA KO CHANG. POTEM WRÓCILIŚMY RAZEM DO NAS, CZYLI NA LONELY BEACH. PO DRODZE POWIADOMILIŚMY DRAKULĘ  O WSPÓLNEJ KOLACJI. MIELIŚMY NADZIEJĘ, ŻE JUŻ SIĘ WYNURZYŁ Z MORSKIEGO DNA.

USIEDLIŚMY W RESTAURACJI NA PLAŻY. MNIE MARZYŁA SIĘ RYBA.

PYTAMY DRAKULĘ JAK BYŁO. ON ZACZYNA NAM OPOWIADAĆ MROŻĄCĄ KREW W ŻYŁACH HISTORIĘ. CZUŁ NA KARKU JAKIEŚ PIECZENIE. SĄDZIŁ, ŻE SŁOŃCE GO PRZYPIEKŁO, WIĘC POSMAROWAŁ SIĘ JAKIMŚ BALSAMEM PO OPALANIU. 
W NOCY MIEJSCE ZACZĘŁO GO BOLEĆ, ŹLE SIĘ POCZUŁ. RANO BYŁO JESZCZE GORZEJ. SFOTOGRAFOWAŁ KARK KOMÓRKĄ I JAK ZOBACZYŁ CO TAM MA TO POBIEGŁ NATYCHMIAST DO LEKARZA. LEKARZ POWIEDZIAŁ, ŻE UKĄSIŁ GO OWAD. DOSTAŁ ANTYBIOTYK, KTÓRY MA BRAĆ PIĘĆ DNI. Z NURKOWANIA NICI. OGLĄDNĘLIŚMY GO WSZYSCY. FAKTYCZNIE MIAŁ DUŻĄ BARDZO CZERWONĄ PLAMĘ. WYGLĄDAŁO JAK POPARZENIE.

KLEMENS NATYCHMIAST ZNALAZŁ W INTERNECIE BESTIĘ, KTÓRA GO TAK URZĄDZIŁA. FAKTYCZNIE BYŁA OKROPNIE JADOWITA, CHOCIAŻ NIEBRZYDKA. NAJPRAWDOPODOBNIEJ STAŁO SIĘ TO W CHIANG MAI, W DŻUNGLI, PO KTÓREJ JEŹDZIŁ.

ZAMÓWILIŚMY JEDZENIE. JA RYBĘ Z LAMPKĄ WINA, A CHŁOPAKI PIWO, NA KTÓRE TĘSKNIE ZZA ANTYBIOTYKU PATRZAŁ DRAKULA. MIMO, ŻE CIERPIAŁ PODWÓJNIE, BYŁO WESOŁO.

.

►ZOBACZ FOTY◀︎

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *