10.03.2018 – PIWO I KOLOR WŁOSÓW MAJĄ SWOJĄ CENĘ …

.
DOJEŻDŻAMY DO ARAKKONAM. TERAZ MUSIMY SIĘ DOSTAĆ DO KANCHIPURAM. NA DWORCU ZA 500 RUPI WYNAJMUJEMY TUK-TUKA, CZYLI MOTORIKSZĘ, CZYLI PIŹDZIKA. TROCHĘ DROGO, ALE MAMY DO PRZEBYCIA OKOŁO 30 km, A POJAZD MUSI WRÓCIĆ DO SWOJEGO MIASTA. JAZDA JEST PRZYJEMNA, CHOCIAŻ DŁUGA.

W KANCHIPURAM MAMY ZAREZERWOWANY HOTEL. JEDYNA JAK NA RAZIE NASZA REZERWACJA.

VASANTH VILLA, RELATYWNIE NOWY HOTEL STOI PRZY JEDNEJ Z GŁÓWNYCH, A WIĘC BARDZO RUCHLIWYCH ULIC MIASTA.

KANCHIPURAM TO JEDNO ZE ŚWIĘTYCH MIAST INDII. PANUJE W NIM ZARÓWNO KULT WISZNU JAK I ŚIWY. ZIEMIA TUTEJSZA JEST ŚWIĘTA I POSIADA MOC UMOŻLIWIAJĄCĄ PRZEJŚCIE W STAN MOKSZY, CZYLI WYZWOLENIA OD SANSARYKOŁA WCIELEŃ.
KRÓLOWIE Z DYNASTII PALLAWÓW USTANOWILI TUTAJ SWOJĄ STOLICĘ MIĘDZY III A IX w. DBALI O MIASTO, ROZBUDOWYWALI JE. HANDLOWALI Z CHIŃSKIMI KUPCAMI. KIEDY W XI w. DYNASTIA ĆOLÓW PRZEJĘŁA PANOWANIE, NADAL ROZBUDOWYWAŁA MIASTO POSZERZAJĄC JEGO GRANICE. PÓŹNIEJ PRZECHODZĄC POD PANOWANIE INNYCH DYNASTII NIE TRACIŁO ONO NA ZNACZENIU.

PO DOPROWADZENIU SIĘ DO STANU CZYSTOŚCI IDZIEMY ROZPOZNAĆ MIASTO.
NAJPIERW WYMIANA ŚRODKÓW PŁATNICZYCH WYDRUKOWANYCH PRZEZ MENNICĘ STANÓW ZJEDNOCZONYCH. RZEKOMO W MIEŚCIE JEST TYLKO JEDEN KANTOR. NA SZCZĘŚCIE NA NASZEJ ULICY, ALE O TEJ PORZE NIECZYNNY.

WSZĘDZIE TŁUM LUDZI IDĄCYCH WE WSZYSTKIE MOŻLIWE STRONY. NIEZLICZONE ILOŚCI PORUSZAJĄCYCH SIĘ POJAZDÓW. UPAŁ.

MAMY ZE SOBĄ RUPIE, KTÓRE KUPILIŚMY W POLSCE. CZASEM KANTORY MIEWAJĄ TAKIE DZIWNE WALUTY. DECYDUJEMY SIĘ WEJŚĆ DO JAKIEJŚ KNAJPKI, ABY COŚ ZJEŚĆ. RYŻ Z SOSEM JEMY PALCAMI PROSTO Z LIŚCIA BAMBUSOWEGO. TYPOWY SMAK INDII.

UPAŁ CAŁY CZAS DAJE ZNAĆ O SOBIE. JESTEŚMY ZMĘCZENI PODRÓŻĄ I  TEMPERATURĄ. KIERUJEMY KROKI DO HOTELU OCHŁODZIĆ SIĘ TROCHĘ. KARAŚ MARZY O ZIMNYM PIWIE I MARUDZI CAŁĄ DROGĘ CHCĄC JE KUPIĆ. JEST ZDZIWIONY, ŻE NIE MA GO W SKLEPACH. NIE WIERZY, ŻE W INDIACH TYLKO W MONOPOLOWYM I BARZE HOTELOWYM MOŻNA DOSTAĆ ALKOHOL, A MONOPOLOWYCH JEST NIEWIELE I SĄ UKRYTE. TRZEBA ZAPYTAĆ I TO TAKĄ OSOBĘ, KTÓRA WIE GDZIE ON JEST.

KARAŚ WCHODZI DO KAŻDEGO SPOŻYWCZEGO Z GŁĘBOKĄ NADZIEJĄ NA PIWO I NASZ BRAK RACJI. W KOŃCU DOCHODZI DO WNIOSKU, ŻE PIWO DOSTANIE W RESTAURACJI. ALE I TUTAJ NIE JEST LEPIEJ. ROZCZAROWANIA W UPALE BYWAJĄ BOLESNE.
MIJAMY JAKIŚ WYPASIONY HOTEL Z RESTAURACJĄ. KARAŚ PATRZY BŁAGALNIE, NO DOBRA…, WCHODZIMY DO HOTELU REGENCY. PIWA W RESTAURACJI NIE MA, ALE JEST BAR W PODZIEMIACH. ZACHODNI STYL, KLIMA. PATRZYMY Z PIETRUSZKĄ NA SIEBIE. NIE DLA NAS.

KARAŚ NATOMIAST RADOŚNIE SIADA PRZY STOLIKU GOTOWY DO ZAMAWIANIA. CENA PIWA ZA BUTELKĘ ZGROZA – 350 RUPI. NO, ALE CZEGO SIĘ NIE ROBI DLA PRZYJACIELA. DOSTAJEMY ZIMNE PIWO I PRZEKĄSKI, CZYLI ORZESZKI, JAKIEŚ CHRUPANKI, COŚ ZIELONEGO. OCZYWIŚCIE, KIEDY PRZYCHODZI DO PŁACENIA CENA JESZCZE WZRASTA (VAT + SERWIS). NASZE DWA PIWA KOSZTUJĄ TYLE ILE BUTELKA ZUPEŁNIE NIEZŁEJ INDYJSKIEJ WHISKY LUB BRANDY.

.

KANCHIPURAM – PRZED HOTELEM REGENCY

.

WRACAMY DO HOTELU KUPUJĄC PO DRODZE WODĘ GAZOWANĄ. DOSTAĆ ZIMĄ WODĘ GAZOWANĄ WCALE NIE JEST PROSTO. NIE WSZYSCY SPRZEDAWCY MAJĄ LODÓWKĘ, A CI, KTÓRZY MAJĄ WKŁADAJĄ DO NICH GÓRA 2 BUTELKI.

ROBI SIĘ PÓŹNO. ZACZYNA ZAPADAĆ ZMROK. ŁAPIEMY PIŹDZIKA. JEDZIEMY DO ŚWIĄTYNI KAMAKSHI AMMAN. PIETRUSZKA ZACZYNA TARGI O CENĘ. KARAŚ JEST ZUPEŁNIE OSZOŁOMIONY. WIDZI, ŻE ODCHODZIMY OD POJAZDU I WOŁAMY, ABY TEŻ SZEDŁ. NIE ROZUMIE, DLACZEGO. TŁUMACZYMY MU ZASADY, A W TYM CZASIE KIEROWCA PODJEŻDŻA GODZĄC SIĘ NA NASZĄ CENĘ.

PRZED WEJŚCIEM ZDEJMUJEMY BUTY. W SANKTUARIUM CHROPOWATY CHODNIK POZWALA BOSĄ STOPĄ CHODZIĆ PO NAGRZANEJ KAMIENNEJ POSADZCE. NA CAŁE SZCZĘŚCIE JUŻ OSTYGŁA. NIE POPARZYMY SIĘ.

OBCHODZIMY ŚWIĄTYNIĘ WOKOŁO, PRZYGLĄDAMY SIĘ PO RAZ PIERWSZY GOPURZE, TAK CHARAKTERYSTYCZNEJ DLA ŚWIĄTYŃ W TAMILNADU. GOPURA TO WIEŻA WIEŃCZĄCA BRAMĘ WEJŚCIOWĄ, PRZEZ KTÓRĄ WCHODZI SIĘ NA DZIEDZINIEC ŚWIĄTYNI. POKRYTA JEST NAJCZĘŚCIEJ POSTACIAMI, SCENAMI Z MITOLOGII INDYJSKIEJ. JEJ WIERZCHOŁEK MA KOLEBKOWE ZWIEŃCZENIE. PIĘKNIE WYGLĄDA OŚWIETLONA. SIADAM NA ŁAWCE SKĄD MAM WIDOK NA ZBIORNIK WODY I GOPURĘ.

NA CHWILĘ PRZYSIADA OBOK MNIE MAŁY CHŁOPCZYK, UŚMIECHA SIĘ FILUTERNIE I UCIEKA. PO CHWILI PODCHODZI CAŁĄ RODZINA POWTARZAJĄC “FOTO, FOTO”. NIE JEST TO NIESKROMNOŚĆ Z MOJEJ STRONY, ALE JESTEM PRZYZWYCZAJONA DO TAKICH ZACHOWAŃ. ŚREDNIO PIĘĆ, SZEŚĆ RAZY DZIENNIE KTOŚ SOBIE ROBI ZDJĘCIE ZE MNĄ, ALBO PROSI ABYM TAKIE ZDJĘCIE ZROBIŁA. TO Z POWODU KOLORU WŁOSÓW. PODOBNIE MA PIETRUSZKA.

POMYŚLAŁAM, ŻE NIE MAM APARATU, BO PIETRUSZKA ZABRAŁ MI GO DO ZROBIENIA JAKIEGOŚ ZDJĘCIA. WIDZĘ GO, TO PRAWDA, ALE MUSIAŁABYM NIE KRZYCZEĆ, ALE WRZESZCZEĆ, ABY MNIE USŁYSZAŁ. WYJMUJĘ, WIĘC TELEFON, ABY ZROBIĆ ZDJĘCIE, ALE OKAZUJE SIĘ, ŻE RODZINA JEST SAMOWYSTARCZALNA I MA SWÓJ APARAT. KŁADĘ TELEFON I MOJĄ SZMACIANĄ TOREBKĘ KOŁO SIEBIE. BABCIA SADZA OBOK MNIE DZIEWCZYNKĘ, CHŁOPCZYK SIĘ WSTYDZI. KOBIETA PROSI BYM OBJĘŁA DZIECKO I PO PARU PSTRYKNIĘCIACH JESTEM WOLNA. RODZINA ODCHODZI.

PODCHODZI KARAŚ. SIADA OBOK MNIE, PO CHWILI PRZYCHODZI PIETRUSZKA. W MILCZENIU PODZIWIAMY ŚWIĄTYNIĘ. CHWILĘ PÓŹNIEJ WSTAJEMY I IDZIEMY DO WYJŚCIA. JEST JUŻ CIEMNO. ŁAPIEMY RIKSZĘ I WRACAMY DO DOMU.

W DOMU ORIENTUJĘ SIĘ, ŻE NIE MAM TELEFONU. UŚWIADAMIAM SOBIE, ŻE MUSIAŁAM GO ZOSTAWIĆ NA ŁAWCE, KIEDY GO ODŁOŻYŁAM POZUJĄC DO ZDJĘCIA. POPULARNOŚĆ MA SWOJĄ CENĘ…

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *