14.03.2018 – JAZDA NAD MORZE I ŚWIĄTYNIE NA PIASKU

.

KOLEJNY ETAP NASZEJ PODRÓŻY TO MAHABALIPURAM – INACZEJ MAMALLAPURAM, CO BRZMI BARDZIEJ SWOJSKO I WYMAWIA SIĘ LEPIEJ. ABY NIE TŁUC SIĘ CAŁĄ DROGĘ AUTOBUSEM WYBRALIŚMY WERSJĘ POCIĄGOWO – AUTOBUSOWĄ. WYDAWAŁA SIĘ BYĆ PRZYJEMNIEJSZA I MOŻE TROCHĘ KRÓTSZA. TRZEBA DOJECHAĆ DO CHENGALPATTU POCIĄGIEM, A TAM PRZESIĄŚĆ SIĘ NA JEDEN Z CZĘSTO ODJEŻDŻAJĄCYCH AUTOBUSÓW DO MAMALLAPURAM. RANNY POCIĄG ODJEŻDŻA O godz. 7:25.

POWTARZA SIĘ HISTORIA POPRZEDNIEGO DNIA Z WSIADANIEM DO POCIĄGU. TYM RAZEM MAMY GORZEJ BO JESTEŚMY Z BAGAŻAMI, ALE JAZDA TRWA TYLKO 35 MINUT. SPĘDZAMY JĄ SIEDZĄC NA PODŁODZE WAGONU BO STAĆ NIE MOŻNA.

NA DWORCU W CHENGALPATTU ROBIMY ROZEZNANIE GDZIE JEST DWORZEC AUTOBUSOWY. NA SZCZĘŚCIE W ODLEGŁOŚCI POZWALAJĄCEJ PIESZO PRZEJŚĆ Z BAGAŻAMI. AUTOBUS DO MAMALLAPURAM JUŻ STOI. WSIADAMY I JAK ZAWSZE CZEKAMY AŻ SIĘ ZAPEŁNI.

PO OKOŁO 1,5 GODZINIE JESTEŚMY NA MIEJSCU. TROCHĘ BEZ SENSU IDZIEMY NA PIECHOTĘ DO SILVER MOON GUEST HOUSE, BO MAPY WSKAZUJĄ, ŻE JEST BLISKO – 550 m – Hmmm…

.

MAMALLAPURAM – W DRODZE DO GH

.

TASZCZYMY BAGAŻE A NAD NAMI UNOSI SIĘ ATMOSFERA KURORTU. ULICZKI ZAPEŁNIONE SKLEPIKAMI, RESTAURACYJKI, NAWET KAWIARENKI. RUCH STOSUNKOWO NIEWIELKI. WIDAĆ TURYSTÓW.

BARDZO PRZYJAZNY WŁAŚCICIEL GH DELIKATNIE ZWRACA NAM UWAGĘ NA GODZINĘ ZAMELDOWANIA. ALE JEDEN Z POKOI DLA NAS JEST JUŻ PRAWIE GOTOWY. DRUGI SIĘ SPRZĄTA.
IDZIEMY NA TARAS GDZIE MIEŚCI SIĘ MAŁY BAR. NA DOLE PRZY RECEPCJI KAWIARENKA. NIEPOPRAWNEMU KARASIOWI, KTÓRY Z ODDALI WIDZI MORZE ZNOWU MARZY SIĘ PIWO. I ZNOWU MA SZCZĘŚCIE. W BARKU MOŻNA DOSTAĆ PIWO ZA 240 RUPII. UTKNĘLIŚMY WIĘC NA TYM TARASIE Z PIWEM I WIDOKIEM NA MORZE.

KIEDY JUŻ MOŻNA BYŁO, ZOSTAWILIŚMY NASZE RZECZY W JEDNYM Z POKOI I POSZLIŚMY COŚ ZJEŚĆ I ZOBACZYĆ, CO SŁYCHAĆ W OKOLICY.

ŚNIADANIE ZJEDLIŚMY W LOKALNEJ KNAJPCE PRZY NADMORSKIM PASIE. JEDZENIE BYŁO FAJNE. STAMTĄD NIE BYŁO DALEKO DO ŚWIĄTYNI NABRZEŻNEJ – SHORE TEMPLE. WSTĘP PŁATNY 500 RUPII OD OSOBY, ALE OBEJMUJE TAKŻE PANCHA RATHAS.

PRZEZ SWOJE POŁOŻENIE NAD BRZEGIEM MORZA ŚWIĄTYNIA NABIERA ZUPEŁNIE INNEGO WYMIARU. JEST ELEGANCKA, ZBUDOWANA Z GRANITU, STANOWI PIRAMIDALNĄ KONSTRUKCJĘ. POWSTAŁA W CZASACH DYNASTII PALLADÓW POŚWIĘCONA SZIWIE I WISZNU. SKŁADA SIĘ Z KILKU BUDOWLI LEŻĄCYCH NA TYM SAMYM POZIOMIE.

GŁÓWNA ŚWIĄTYNIA – SKIEROWANA NA WSCHÓD, POŚWIĘCONA JEST ŚIWIE – TAK JAK JEDNA Z MNIEJSZYCH ŚWIĄTYŃ. POMIĘDZY NIMI TRZECIA MAŁA ŚWIĄTYNIA BOGA WISZNU.
DACHY BUDYNKÓW MAJĄ BOGATĄ ORNAMENTYKĘ. RZEŹBY NANDINA, WARAHY I LWÓW USTAWIONYCH W SZEREGU, DOPEŁNIAJĄ CAŁOŚCI. CIEKAWA JEST MAŁA KAPLICZKA ZNAJDUJĄCA SIĘ W PIERSI LWA.

OBCHODZĘ CAŁY KOMPLEKS KILKA RAZY, WCHODZĘ DO ŚRODKA CHCĄC OBEJRZEĆ SŁYNNY PANEL SOMASKANDA, CZYLI ŚIWĘ, PARWATI I ICH DZIECKO. ZASTANAWIAM SIĘ SKĄD WZIĘŁA SIĘ IDEA ZBUDOWANIA TEGO MIEJSCA, KTO WPADŁ NA TAKI FANTASTYCZNY POMYSŁ, ABY UMIEŚCIĆ MIEJSCE KULTU RELIGIJNEGO NA PLAŻY. KIEDYŚ TO MIEJSCE WYGLĄDAŁO NA PEWNO INACZEJ, CHYBA PIĘKNIEJ BEZ OGRODZENIA, Z WIĘKSZĄ PERSPEKTYWĄ WIDOKU MORZA.

PO POŁUDNIU IDZIEMY OBEJRZEĆ WYKUTE W SKALE POCHODZĄCE Z VII w. ŚWIĄTYNIE PANCHA RATHAS, CZYLI PIĘCIU WOZÓW. MIESZCZĄ SIĘ, PATRZĄC NA ZATOKĘ BENGALSKĄ, PO PRAWEJ STRONIE, PRZECIWNEJ DO ŚWIĄTYNI SHORE. MIJAMY WĄSKIE ULICZKI, POTEM LATARNIĘ MORSKĄ I W MIARĘ SZEROKĄ ARTERIĄ DOCHODZIMY DO CELU. BRODZĄC W PIASKU WCHODZIMY NA TEREN SKALNYCH BUDOWLI. WEJŚCIE PO OKAZANIU ZBIORCZEGO BILETU ZE ŚWIĄTYNI SHORE JEST DARMOWE.

PIĘĆ ŚWIĄTYŃ, KAŻDA POŚWIĘCONA INNEMU BÓSTWU. OBECNIE NAZWANE SĄ IMIONAMI BRACI PANDAWÓW I ICH ŻON, BOHATERÓW EPOSU NARODOWEGO MAHABHARATY. KRĄŻYMY OD JEDNEJ DO DRUGIEJ. RÓŻNIĄ SIĘ OD SIEBIE DETALAMI ARCHITEKTONICZNYMI, W KAŻDEJ MOŻNA DOSTRZEC PŁASKORZEŹBY, POSĄGI BÓSTW. CAŁOŚĆ JEST SUPER CIEKAWA I BARDZO ŁADNA. KAMIENNY SŁOŃ NATURALNEJ WIELKOŚCI ROBI WRAŻENIE.

Z POWROTEM ABY NIE WRACAĆ TĄ SAMĄ DROGĄ, PRZEBIJAMY SIĘ PRZEZ JAKIEŚ POLE I DOCHODZIMY DO PLAŻY. WRACAMY BRZEGIEM MORZA. SĄ NIEWIELKIE FALE I FAJNA WODA. CHŁOPAKI DECYDUJĄ SIĘ NA KĄPIEL. WSKAKUJĄ DO CIEPLUTKIEJ WODY, A JA STOJĘ NA BRZEGU I ZAZDROSZCZĘ.

MIJAMY ŚWIĄTYNIĘ NADBRZEŻNĄ IDĄC ŚCIEŻKĄ WZDŁUŻ OGRODZENIA I WYCHODZIMY NA RYBACKĄ CZĘŚĆ PLAŻY. ŁADNA I PUSTA JEŚLI NIE LICZYĆ SIECI I KILKU ŁODZI. W ODDALI BUDYNKI. DOCHODZIMY DO NICH I ZNAJDUJEMY SIĘ U WYLOTU JEDNEJ Z ULIC MAMALLAPURAM.

NAD MORZEM SĄ JAKIEŚ PUNKTY JEDZENIOWE. CHCEMY ZOBACZYĆ, CO W NICH MOŻNA ZJEŚĆ. JA MARZĘ O RYBIE. WSZYSTKIE SERWUJĄ MNIEJ WIĘCEJ TO SAMO: SMAŻONE RYBY, KREWETKI RÓŻNEJ WIELKOŚCI. WYBIERAMY JEDNĄ Z NICH NA WIECZÓR.

WIECZÓR W MAMALLAPURAM TO OŚWIETLONE SKLEPIKI ZE SPRZEDAWCAMI ZACHĘCAJĄCYMI DO WEJŚCIA; PUNKTY Z NAPOJAMI, MNIEJSZY RUCH MOTORYNEK; GWAR DOCHODZĄCY Z KNAJPEK I BARÓW; TROCHĘ TURYSTÓW SZWENDAJĄCYCH SIĘ PO ULICZKACH. SEZON POWOLI SIĘ KOŃCZY.

NA KOLACJĘ W SEAROCK RESTAURANT ZAMÓWILIŚMY DUŻĄ RYBĘ (LUCJANA CZERWONEGO) Z SAŁATKĄ I FRANCUSKIMI KARTOFLAMI, CZYLI FRYTKAMI. RYBA BYŁA DOBRA. DODATKI SŁABE. SAŁATKA JAK DLA JEDNEJ OSOBY – PARĘ PLASTERKÓW POMIDORA I OGÓRKA. FRYTKI WYGLĄDAŁY TAK, JAKBY MIAŁY SILNĄ ANEMIĘ. ZAPŁACILIŚMY 1500 RUPII CO JAK NA WARUNKI INDYJSKIE JEST DOŚĆ DUŻĄ KWOTĄ.

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *