22.03.2018 – PIERWSZY DZIEŃ W TRICHY

.

O 7:55 MIELIŚMY POCIĄG DO TRICHY. WSIEDLIŚMY, ALE POCIĄG STOI I STOI. STALIŚMY TAK GODZINĘ. NIE BUDZIŁO TO JAKIŚ NASZYCH EMOCJI. TUTAJ CZAS MA INNY WYMIAR.
TYLE TYLKO, ŻE NIE MIELIŚMY ŻADNEJ REZERWACJI HOTELOWEJ, WIĘC IM PÓŹNIEJ PRZEJDZIEMY TYM W WIĘKSZYM UPALE BĘDZIEMY SZUKAĆ NOCLEGU.
WYSZLIŚMY Z PRZYJEMNIE ZACIENIONEGO DWORCA KOLEJOWEGO W TRICHY I ROZPOCZĘLIŚMY METODYCZNE POSZUKIWANIA JAKIEGOŚ LOKUM.

NIEKTÓRZY W RECEPCJACH HOTELOWYCH (HOTEL ASHBY) MAJĄ KOMPLETNY BRAK WYOBRAŹNI CZY TEŻ SKRUPUŁÓW, PROPONUJĄC POKÓJ TYPU CELA Z BRUDNA POŚCIELĄ ZA 1800 RUPI.
NAPOTKANY RIKSZARZ PRZEKONYWAŁ NAS DO JAKIEGOŚ SUPER NOWEGO HOTELU, ALE BYLIŚMY BARDZO OPORNI. PO 150 MINUTACH OGLĄDANIA RÓŻNYCH NOCLEGOWNI PODDALIŚMY SIĘ NIE MOGĄC ZNALEŹĆ HOTELU W POBLIŻU DWORCA.

UWAŻAŁAM, ŻE POWINNIŚMY ZMIENIĆ TEREN POSZUKIWAŃ I WYDOSTAĆ SIĘ Z tzw. CANTONMENT, CZYLI DZIELNICY PRZYDWORCOWEJ. MIAŁAM NAMIAR NA INNY HOTEL Z DOBRYMI CENAMI, KTÓRY BYŁ W ZUPEŁNIE INNEJ CZĘŚCI ROZLEGŁEGO TRICHY. CHCIELIŚMY TAM PODJECHAĆ TĄ SAMĄ RIKSZĄ, KTÓRĄ SZUKALIŚMY HOTELU. NIE BYŁO SENSU SZUKAĆ INNEGO POJAZDU. RIKSZARZ ZŁAPAŁ SIĘ ZA GŁOWĘ DOWIEDZIAWSZY SIĘ JAK DALEKO MA NAS ZAWIEŹĆ, ALE NATYCHMIAST PRZYTOMNIE ZAŻĄDAŁ STOSOWNEJ CENY. WIEDZIELIŚMY, ŻE TO RZECZYWIŚCIE JEST DALEKO, WIĘC NAWET NIE TARGOWALIŚMY SIĘ ZA BARDZO.

HOTEL APPLE PARK INN BYŁ STRZAŁEM W DZIESIĄTKĘ. NOWIUTKI, CZYSTE POKOJE, ŚNIADANIE I BLISKO DO INTERESUJĄCYCH NAS ŚWIĄTYŃ. MIESZKAJĄC POD DWORCEM PŁACILIBYŚMY DUŻE PIENIĄDZE ABY TUTAJ DOTRZEĆ, A TAK MIELIŚMY BLIŻEJ. ROCK FORT WIDZIELIŚMY Z OKIEN.

OGARNĘLIŚMY SIĘ TROCHĘ I WYRUSZYLIŚMY DO MIASTA. KIEROWALIŚMY SIĘ W STRONĘ GÓRUJĄCEGO NAD MIASTEM ROCK FORTU. NIE BYŁA BLISKO, ALE TEŻ NIE BARDZO DALEKO. DOSZLIŚMY BEZ POMOCY TRÓJKOŁOWEGO ŚRODKA TRANSPORTU.

PO DRODZE WSTĄPILIŚMY DO KATOLICKIEGO KOŚCIOŁA ST. LOURDES. BIAŁY KOŚCIÓŁ POŚRÓD HAŁAŚLIWEJ ULICY INDYJSKIEJ STANOWIŁ OAZĘ CISZY I SPOKOJU. DO ŚWIĄTYŃ ROCK FORTU DOCHODZI SIĘ PRZEZ BAZAR. TYPOWY – SETKI KRAMÓW ZE WSZYSTKIM.

GŁÓWNA ŚWIĄTYNIA ZNAJDUJE SIĘ NA WYSOKOŚCI 83 METRÓW. POWSTAŁA W EPOCE PALLAWÓW JAKO FORT. FORMACJA SKALNA NA KTÓREJ SIĘ ZNAJDUJE JEST JEDNĄ Z NAJSTARSZYCH FORMACJI NA ŚWICIE. MA 3,8 MILIARDÓW LAT.

.

TRICHY – ZWIEDZAMY ŚWIĄTYNIĘ

.

TRZEBA POKONAĆ 344 SCHODY ABY WEJŚĆ NA SZCZYT. CAŁY KOMPLEKS SKŁADA SIĘ Z WIELU ŚWIĄTYŃ – W TYM Z TRZECH ŚWIĄTYŃ NIEDOSTĘPNYCH DLA NIE HINDUSÓW. WESZLIŚMY DO KILKU A POTEM MUSIELIŚMY SIĘ ZADOWOLIĆ PANORAMĄ MIASTA OGLĄDANĄ ZE SZCZYTU. TAM ZAGADAŁ DO PIETRUSZKI MŁODY HINDUS. TAK SIĘ MU PODOBALIŚMY, ŻE  TOWARZYSZYŁ NAM PRZEZ DŁUGI OKRES CZASU UŻALAJĄC SIĘ NAD SWOIM BYTEM. TRZEBA JEDNAK  PRZYZNAĆ, ŻE MIAŁ BARDZO DUŻĄ A WIEDZĘ O EUROPIE.

WRACALIŚMY ZATŁOCZONĄ ULICĄ ROZGLĄDAJĄC SIĘ ZA JAKĄŚ APTEKĄ I SKLEPEM Z TELEFONAMI. MIMO TEGO, ŻE WYKONALIŚMY ZGODNIE Z INSTRUKCJĄ  WSZYSTKIE CZYNNOŚCI AKTYWUJĄCE, MOJA INDYJSKA KARTA TELEFONICZNA NADAL NIE POZWALAŁA NA KONTAKT ZE ŚWIATEM. DZIEŃ WCZEŚNIEJ, W JEDNYM ZE SKLEPÓW FIRMOWYCH W TAŃDŹAWURZE POWIEDZIANO NAM, ŻE MAMY JESZCZE COŚ DOPŁACIĆ.

KIEDY WIĘC ZOBACZYLIŚMY KOLEJNY SKLEP FIRMOWY, WSTĄPILIŚMY DOŃ PROSZĄC O KONTAKT ZE SPRZEDAWCĄ TELEFONU W MAMALLAPURAM. OBSŁUGA ZAJĘŁA SIĘ NAMI BARDZO TROSKLIWIE. CZEKALIŚMY ŁADNYCH PARĘ CHWIL AŻ WSZYSTKO SIĘ, WYJAŚNIŁO I KARTA ZOSTAŁA AKTYWOWANA.

WESZLIŚMY MIESZCZĄCEJ SIĘ OBOK APTEKI. PIETRUSZKA CHRYPIAŁ STRASZNIE. MOMENTAMI NAWET NIE MÓGŁ MÓWIĆ. ALBO Z TEGO WSZECHOBECNEGO KURZU, ALBO Z ZIMNEJ WODY, KTÓRĄ CZASEM UDA NAM SIĘ WYPIĆ (PO 10 MINUTACH OD WYJĘCIA Z LODÓWKI WODA ROBI SIĘ CIEPŁA).
JAK ZDĄŻYŁAM ZAOBSERWOWAĆ KLIENCI APTEKI DZIELILI SIĘ NA DWA RODZAJE: TYCH KTÓRZY MIELI RECEPTY I TYCH BEZ TAKOWYCH. DO TYCH DRUGICH PODCHODZIŁ JEDEN Z KRZĄTAJĄCYCH SIĘ SPRZEDAWCÓW. ROBIŁ WYWIAD ODNOŚNIE DOLEGLIWOŚCI. NASTĘPNIE SZUKAŁ CZEGOŚ W ROZLICZNYCH SZAFKACH, JAK ZNALAZŁ TO WYJMOWAŁ RÓŻNE TABLETKI, BUTELECZKI, PROSZKI. PAKOWAŁ TO DO MAŁYCH TOREBECZEK I PODCHODZIŁ DO DELIKWENTA I TŁUMACZYŁ MU CO I JAK MA BRAĆ. PIETRUSZKA DOSTAŁ TRZY RODZAJE TABLETEK, KTÓRE MIAŁ BRAĆ W RÓŻNYCH PRZEDZIAŁACH CZASOWYCH.

POWOLI DOCHODZILIŚMY DO NASZEJ DZIELNICY. POMYLILIŚMY TROCHĘ DROGĘ I SZLIŚMY JAKĄŚ WĄSKĄ I PONURĄ ULICZKĄ, NA KTÓREJ JEDYNĄ PLAMĄ ŚWIATŁA BYŁA MAŁA KNAJPKA. ZATRZYMALIŚMY SIĘ NA MOMENT I SIŁĄ PERSWAZJI BIESIADUJĄCYCH TAM HINDUSÓW ZOSTALIŚMY WCIĄGNIĘCI DO ŚRODKA.

MNIE TEN LOKAL NIE ZA BARDZO SIĘ PODOBAŁ. ZAMÓWILIŚMY JAKIEŚ DANIE. NA SZCZĘŚCIE MIELIŚMY PRZY SOBIE WŁASNE WIDELCE I ŁYŻKI. JEDLIŚMY OBSERWOWANI PRZEZ WSZYSTKICH.

KIEDY WYSZLIŚMY DO PIETRUSZKI DOCZEPIŁ SIĘ ZNOWU JAKIŚ HINDUS. MIAŁ PRZYJACIELSKIE ZAMIARY WYDOBYCIA OD NIEGO PARU RUPII. NA ZAMIARACH SIĘ SKOŃCZYŁO.

WYPROSTOWALIŚMY KIERUNEK I SZYBKO ZNALEŹLIŚMY SIĘ NA NASZEJ ULICY, NA KTÓREJ RUCH NA SZCZĘŚCIE NIE JEST BARDZO DUŻY, A ŻYCIE SPOKOJNE. PARĘ OTWARTYCH SKLEPIKÓW GDZIE MOŻNA KUPIĆ WODĘ, SOKI, ARTYKUŁY SPOŻYWCZE.

.

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *