24.03.2018 – TRICHY I OKOLICE. ERUMBEESHWARAR TEMPLE.

.

PO WCZORAJSZYM INTENSYWNYM OGLĄDACTWIE MILIONA ŚWIĄTYŃ PRZYSZEDŁ DZIEŃ LENISTWA INTELEKTUALNEGO. NA TAPECIE MAMY DZISIAJ TYLKO JEDNĄ, ZA TO LEŻĄCĄ TROCHĘ POZA CENTRUM TRICHY ŚWIĄTYNIĘ.

OBJEDZENI WSPANIAŁYM HOTELOWYM ŚNIADANKOSEM RUSZYLIŚMY W KIERUNKU DWORCA AUTOBUSOWEGO. IDĄC ULICZKAMI POŁOŻONYMI PRZY APPLE PARK INN, MIAŁEM WRAŻENIE ŻE WSZYSCY NAS ZNAJĄ. MIJANI SPRZEDAWCY – NAWET ZUPEŁNIE NAM NIEZNANI – MIELI NA USTACH UŚMIECHY OD UCHA DO UCHA. CHĘTNIE POZOWALI I PROSILI O MOŻLIWOŚĆ STRZELENIA SOBIE Z NAMI SELFIKA.

SZLIŚMY DOSYĆ DŁUGO, BO TAKIE FOTOGRAFOWANIE ZABIERA SPORO CZASU, A JAK TU NIE WALNĄĆ FOCI np. ULICZNEMU SPRZEDAWCY RYB, KTÓREGO CAŁY SKLEPIK SKŁADA SIĘ Z ROWERU, WORKA Z POŁOWEM, NOŻA, DESKI I NAJPROSTSZEJ WAGI SZALKOWEJ.

NA DWORCU LEKKIE SZALEŃSTWO. CAŁA MASA OGROMNYCH, KANCIASTYCH AUTOBUSÓW CZEKA NA ZAPEŁNIENIE. WSZYSTKIE WYGLĄDAJĄ PODOBNIE. POMALOWANE, ALBO RACZEJ POOBDRAPYWANE Z CIEMNO ZIELONO-BRĄZOWEJ FARBY I TROCHĘ POOBIJANE GDZIENIEGDZIE, PRZYPOMINAJĄ MI TROCHĘ CZASY HŁASKI I SCENOGRAFII DO FILMU “BAZA LUDZI UMARŁYCH“.

ZNALEZIENIE WŁAŚCIWEGO POJAZDU NIE STWARZA PROBLEMU. WYSTARCZY SPYTAĆ KTÓREGOŚ Z KIEROWCÓW, WYMAWIAJĄC W MIARĘ POPRAWNIE NAZWĘ MIEJSCOWOŚCI DO KTÓREJ CHCEMY DOJECHAĆ.

SIADAMY NA FOTELACH OBOK KIEROWCY. MOŻE TO DZIWNE, ALE WIELE RAZY UDAŁO SIĘ NAM JECHAĆ WŁAŚNIE NA TYCH MIEJSCACH. Z REGUŁY ŚWIECĄ PUSTKAMI. WYGLĄDA NA TO, ŻE LOKALSI WOLĄ SIADAĆ JAK NAJDALEJ OD KIEROWCY. CZYŻBY TAM BYŁO BEZPIECZNIEJ? MUSIMY JAK ZWYKLE POCZEKAĆ AŻ AUTOBUS SIĘ ZAPEŁNI. NIE TRWA TO DŁUGO.

CHCEMY DOJECHAĆ DO ODLEGŁEJ O JAKIEŚ 11 km ŚWIĄTYNI ERUMBEESHWARAR (TEMPLE). NIE SPIESZYMY SIĘ ZA BARDZO, BO INTERESUJĄCA NAS ŚWIĄTYNIA JEST PONOĆ OTWARTA CAŁY DZIEŃ.

PO OPUSZCZENIU CENTRUM POJAZD RUSZA ZDECYDOWANIE RAŹNIEJ. JAZDA TRWA 40 min.

JESZCZE PRZED ZATRZYMANIEM SIĘ AUTOBUSU, NA PRAWO OD GŁÓWNEJ DROGI SPOSTRZEGAMY CEL NASZEJ PODRÓŻY.

ŚWIĄTYNIA ERUMBEESHWARAR STOI NA WYSOKIEJ SKALE. TRZEBA DO NIEJ PODEJŚĆ 700 METRÓW. WEJŚCIE LEŻY PO PRZECIWNEJ STRONIE DROGI. ŁATWO TU TRAFISZ. PRZED BRAMĄ DUŻY ZBIORNIK WODNY, TAK CHARAKTERYSTYCZNY DLA HINDUSKICH MIEJSC KULTU.

WDRAPUJEMY SIĘ WYSOKIMI SCHODAMI W TOWARZYSTWIE KILKU KÓZ. CZYŻBY CZYTAŁY W MOICH MYŚLACH? CHĘTNIE BYM ZJADŁ KAWAŁEK KOŹLINY. TYM JEDNAK MÓJ APETYT NIE ZAGRAŻA – SĄ ZA CHUDE.

DOCIERAMY NA GÓRĘ W MOMENCIE KIEDY KAPŁAN-STRAŻNIK ZAWIERA ŚWIĄTYNNE PODWOJE. CHCEMY GO NAMÓWIĆ BY NAS WPUŚCIŁ CHOCIAŻBY NA 15 MINUT. ZAPŁACIMY. ODMAWIA. MUSIMY CZEKAĆ 4 GODZINY …

NIESTETY, BLOGERZY PODAJĄ NAGMINNIE BŁĘDNE DANE NA TEMAT GODZIN OTWARCIA MIEJSC KULTU. WOMBAT WYJĄTKOWO SCEPTYCZNIE PODCHODZI DO TAKICH INFORMACJI SPRAWDZAJĄC JE WIELE RAZY, ALE I TAK CZĘSTO GĘSTO WPADAMY W CZASOWĄ ZASADZKĘ. NIEKIEDY DAJE TO POZYTYWNE REZULTATY – ALE NIE TYM RAZEM.

MUSIELIŚMY JAKOŚ ZAGOSPODAROWAĆ CZAS. USTALILIŚMY, ŻE PÓJDZIEMY DO ODLEGŁEGO O PRAWIE 2 KILOMETRY CENTRUM MIASTECZKA NABYĆ TROCHĘ BUTELKOWANYCH ŚRODKÓW ODURZAJĄCYCH. NIESPIESZNY SPACER DO MONOPOLOWEGO DOPROWADZIŁ NAS DOŃ W MOMENCIE KIEDY PRZYJMOWANO TOWAR. I TU TRZEBA BYŁO CZEKAĆ …

LECIUTKIE CIEPEŁKO – JAKIEŚ 36°C – WALI Z NIEBA, WILGOTNOŚĆ TEŻ SPORA. SCHRONILIŚMY SIĘ POD DASZKIEM ZAMKNIĘTEGO AKURAT STOISKA. MIELIŚMY NAWET ŁAWECZKĘ. BARDZO NAM POMOGŁA, BO ROZŁADOWANIE CIĘŻARÓWKI ALKOHOLU TROCHĘ TRWA. CZEKAJĄC OBSERWOWALIŚMY PRACĘ SPRZEDAWCÓW DROBIU. NIE PRZEMĘCZALI SIĘ. WŁAŚCIWIE TO TYLKO OD CZASU DO CZASU POLEWALI WODĄ STŁOCZONE W KLATCE CHERLAWE PTAKI. PRZYPUSZCZAM, ŻE Z POWODU GORĄCA KLIENCI ROBIĄ ZAKUPY PÓŹNYM POPOŁUDNIEM.

WRESZCIE CIĘŻARÓWKA ZOSTAŁA ROZŁADOWANA I MOGLIŚMY SPOKOJNIE SCHŁODZIĆ GARDŁA NIEZBYT ZIMNYM PIWEM.

MONOPOLOWY W INDIACH TO COŚ, CO PRAWIE ZAWSZE WYGLĄDA TAK SAMO. TU, NA POŁUDNIU, ZDECYDOWANIE GORZEJ NIŻ NA PÓŁNOCY I W ŚRODKOWEJ CZĘŚCI SUBKONTYNENTU. NAJCZĘŚCIEJ LEŻY NA UBOCZU. OKOLICA PRZYPOMINA PRZEDPOLE WYSYPISKA ŚMIECI. JAKIŚ GRUZ, PAPIERY, KAMIENIE. DO TEGO CZASEM BETONOWE, CZĘŚCIEJ STALOWE KONSTRUKCJE INFRASTRUKTURY BAROWEJ W MNIEJSZYM LUB WIĘKSZYM STOPNIU ZDEWASTOWANIA. POŚRÓD TYCH IDIOTO-ODPORNYCH ELEMENTÓW STOJĄ KLIENCI TRZYMAJĄCY W DŁONIACH MAŁPKI (NAJCZĘŚCIEJ) Z TUTEJSZYM BRANDY @ 100 – 110 RUPOLI (US$ 1,6).

SAM “SKLEP” PRZYPOMINA DO ZŁUDZENIA PRZYSZŁOŚCIOWE PUNKTY SPRZEDAŻY GDZIEŚ NA OBRZEŻACH GALAKTYK, WIDZIANE KILKADZIESIĄT LAT TEMU W NIEKTÓRYCH FILMACH SCIENCE FICTION – NP. “BLADE RUNNER” CZY “UCIECZKA Z N.Y.”. MUROWANY, CAŁY OBITY BLACHĄ BUDYNEK MA Z PRZODU SILNIE OKRATOWANE OKIENKO Z OTWOREM WIELKOŚCI DWÓCH, NAJWYŻEJ TRZECH BUTELEK PIWA. ZAŁOGA TEJ FORTECY TO Z REGUŁY DWÓCH FACETÓW. PIERWSZY CZŁOWIEK KASUJE, DRUGI WYDAJE.

GDY WESZLIŚMY NA OTOCZONE ZE WSZYSTKICH STRON PODWÓRKO MONOPOLOWEGO POWITAŁY NAS – CO NORMALNE TUTAJ – RADOSNE OKRZYKI PIJĄCEJ GAWIEDZI. NIGDY NIE WIEM, CZY TO DOWÓD UZNANIA DLA NASZEJ ODWAGI, CZY RADOŚĆ Z FAKTU, ŻE NIE TYLKO ONI – TUBYLCY – PIJĄ.

ZAKUPY ODPOWIEDNIEGO TRUNKU MOGĄ BYĆ TRUDNE. PO PIERWSZE DLATEGO, ŻE NA ZEWNĄTRZ JEST JASNO, A W ŚRODKU FORTECY PANUJE PÓŁMROK I NIE WIDAĆ ZBYT DOBRZE ETYKIET WYSTAWIONYCH BUTELEK. DRUGIM POWODEM JEST FAKT NIECHĘTNEGO PODAWANIA KLIENTOM PRZEZ OBSŁUGĘ ALKOHOLI – W OBAWIE (CHYBA) PRZED ZBYT DŁUGĄ OKUPACJĄ OKIENKA – PRAKTYCZNIE JEDYNEJ ARTERII KOMUNIKACYJNEJ Z KLIENTAMI.

.

THIRUVERUMBUR – PRZED SKLEPEM MONOPOLOWYM

.

SKONSUMOWAWSZY ŚRODKI DEZYNFEKUJĄCO-ROZWESELAJĄCE RUSZYLIŚMY W KIERUNKU ŚWIĄTYNI – JAK ZWYKLE NA SKRÓTY. PRZESZEDŁSZY NA SKOS POD WIADUKTEM PRZEZ JAKIEŚ TORY WYSZLIŚMY NA TRICHY – TANJORE Rd. PO STRONIE ŚWIĄTYNI NA SKALE. IDĄC POBOCZEM, KILKA MINUT PÓŹNIEJ MINĘLIŚMY MAŁĄ ODLEWNIĘ (BARDZO CIEKAWA, RADZĘ ZAJRZEĆ I ZOBACZYĆ JAK ODLEWA SIĘ RĘCZNIE METAL UŻYWAJĄC PRADAWNYCH METOD) I WYLĄDOWALIŚMY PRZED MALUTKĄ LOKALNĄ JADŁODAJNIĄ.

ZJEDLIŚMY TUTAJ CIEKAWIE WYGLĄDAJĄCE DANIE. POLECAMY TEN LOKAL.

GDY DOTARLIŚMY DO ŚWIĄTYNI BYŁO CIĄGLE SPORO CZASU DO JEJ OTWARCIA. KARAŚ-MAPNIK BIORĄC PRZYKŁAD Z LOKALSÓW UŁOŻYŁ SIĘ NA ZACIENIONYCH SCHODACH ODPOCZĄĆ TROCHĘ, A MY Z WOMBATEM POSTANOWILIŚMY POPISAĆ BLOGA.

ŚWIĄTYNIĘ OTWARTO PO 16-tej. NIE JEST DUŻA. NA JEJ OGLĄDNIĘCIE WYSTARCZY 15 MINUT. MIMO WSZYSTKO TO CIEKAWE MIEJSCE I MYŚLĘ, ŻE WARTO JE ZOBACZYĆ. NIESTETY WEWNĄTRZ NIE WOLNO ROBIĆ ZDJĘĆ. 🙁

POWRÓT DO TRICHY JEST PROSTY. WYSTARCZY WYJŚĆ NA DROGĘ KTÓRĄ PRZYJECHALIŚMY, PRZEJŚĆ NA JEJ DRUGĄ STRONĘ I PODEJŚĆ DO PRZYSTANKU. OKOLICZNA LUDNOŚĆ I OBSŁUGA PODJEŻDŻAJĄCYCH AUTOBUSÓW PODPOWIEDZĄ DO KTÓREGO NALEŻY WSIĄŚĆ.

WRACAJĄC Z DWORCA DO HOTELU NIE NATKNĘLIŚMY SIĘ NA ŻADNE CIEKAWE ŻAREŁKO. POSTANOWILIŚMY WIĘC, PODOBNIE JAK WCZORAJ IŚĆ NA KOLACJĘ DO “HILTONA”.

TYM RAZEM DO KURCZAKOSA OPRÓCZ ICHNIEGO CHLEBA – PYSZNEGO NIESAMOWICIE PAPER ROAST DOSA WZIĘLIŚMY SOBIE WIĘCEJ SMAŻONYCH JARZYN. POSILENI POSTANOWILIŚMY PRZYJRZEĆ SIĘ BLIŻEJ WSZYSTKIM OKOLICZNYM JADŁODAJNIANYM STOISKOM. DZIĘKI TEMU ODKRYLIŚMY GARKUCHNIĘ SERWUJĄCĄ SMAKOWICIE WYGLĄDAJĄCE DANIA RYBNE I KREWETKOWE. MUSIELIŚMY SPRAWDZIĆ CZY KREWETKOSY SĄ TAK DOBRE NA JAKIE WYGLĄDAJĄ. BYŁY SPOKO. BĘDZIE CO ZAMAWIAĆ JUTRO …

.

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *