24.03.2018 – THIRUVERUMBUR. MRÓWKI I PIWO

.

TYM RAZEM, NA ŚNIADANIU, POZA NAMI BYŁO PARĘ OSÓB W RESTAURACJI. TEGO DNIA SERWOWANO INNE ALE RÓWNIE DOBRE DANIA ŚNIADANIOWE. DOSTALIŚMY TEŻ ŚNIADANIE KONTYNENTALNE. MAPNIK ZJADAŁ INDYJSKIE POTRAWY, CO NIE PRZESZKADZAŁO MU NA KONIEC ŚNIADANIA OPYCHAĆ SIĘ MOIM I SWOIM TOSTEM Z DŻEMEM. POZA TYM SIALIŚMY SPUSTOSZENIE PIJĄC PO KILKA SZKLANEK PRZYGOTOWANEGO SOKU. AŻ SIĘ SKOŃCZYŁ …

TRICHY JEST BARDZO ROZLEGŁE. ŚWIĄTYNIE ZLOKALIZOWANE W RÓŻNYCH PUNKTACH MIASTA. CZĘSTO STOJĄ W PODMIEJSKICH MIEJSCOWOŚCIACH LUB ODDALONYCH OD CENTRUM DZIELNICACH ODLEGŁYCH DO KILKUNASTU KILOMETRÓW OD CENTRUM.

MIELIŚMY W ZAMIARZE DOJAZD DO TRZECH ŚWIĄTYŃ: ARULMIGU SAMAYAPURAM MARIAMMAN, VEKKALI AMMAN (VEKKALIYAMMAN TEMPLE), ERUMBEESWARAR (TEMPLE). ZAPYTALIŚMY W RECEPCJI JAK TAM DOTRZEĆ. RECEPCJONISTA WYTŁUMACZYŁ ŻEBY IŚĆ NA DWORZEC AUTOBUSOWY CHATHRAM (CHATHIRAM BUS STATION) I STAMTĄD JECHAĆ DO POSZCZEGÓLNYCH MIEJSC. ZAPISAŁ NA KARTCE PO ANGIELSKU I HINDUSKU NAZWY MIEJSC GDZIE CHCEMY JECHAĆ. POKAZANIE KARTKI KIEROWCY, MIAŁO NAM UŁATWIĆ ŻYCIE.

NA DWORZEC DOTARLIŚMY PIECHOTĄ I ZŁAPALIŚMY AUTOBUS DO MALAIKOIL (THIRUVERUMBUR). NIESTETY UTKNĘLIŚMY W KORKU I 11 km JECHALIŚMY DOBRZE PONAD 40 min. NA DOMIAR WSZYSTKIEGO MUSIELIŚMY POKONAĆ 700 m Z PRZYSTANKU DO ŚWIĄTYNI. W EFEKCIE PRZYSZLIŚMY NA MOMENT POŁUDNIOWEGO ZAMYKANIA. NIE POMOGŁY BŁAGANIA. NIE CHCIANO NAS WPUŚCIĆ. MAMY PRZYJŚĆ O 16-tej.

.

MALAIKOIL – WEJŚCIE DO ŚWIĄTYNI ERUMBEESHWARAR

.

ZASTANAWIALIŚMY SIĘ CO ROBIĆ. WRACAĆ, CZY CZEKAĆ NA POPOŁUDNIOWE OTWARCIE. OKOLICA NIE BYŁA ZACHĘCAJĄCA. ZA SUGESTIĄ PIETRUSZKI POSTANOWILIŚMY ZOSTAĆ. ALE COŚ TRZEBA BYŁO ROBIĆ. MOŻE DOJŚĆ DO CENTRUM TEJ MIEJSCOWOŚCI?

WŁAŚNIE PYTALIŚMY O DROGĘ, KIEDY NAGLE KTÓREŚ Z NAS WPADŁO NA LEKKO ABSURDALNY POMYSŁ: SKOCZMY NA PIWO, CZYLI DO SKLEPU Z ALKOHOLEM. OCZYWIŚCIE NIE MIELIŚMY POJĘCIA CZY TAKI SKLEP JEST TUTAJ. TRAKTOWALIŚMY TO JAKO FORMĘ ŻARTU.

BODAJ W MAMALLAPURAM, JEDEN ZE SPRZEDAWCÓW ULICZNYCH WDAŁ SIĘ Z NAMI W DYSKURS O ALKOHOLU, JEGO DYSTRYBUCJI. SZCZEGÓLNIE W TAMIL NADU. LOKALNY RZĄD CHCE OGRANICZENIA KONSUMPCJI ALKOHOLU PRZEZ TUBYLCÓW. SKLEPY MONOPOLOWE CZEKA CIĘŻKI LOS. MAJĄ BYĆ ZAMYKANE.

POPULARNA ŻARGONOWA NAZWA TAKIEGO SKLEPU JEST ZLEPKIEM PIERWSZYCH LITER NAZWY PROWINCJI I SŁOWA SKLEP – TASKMAC. KIEDY PRZYPOMNIELIŚMY SOBIE JAK SIĘ TO WYMAWIA ZAPYTALIŚMY O SKLEP. JAKIEŻ BYŁO MOJE ZDZIWIENIE, KIEDY NIE TYLKO OD RAZU ZROZUMIANO O CO NAM CHODZI, TO JESZCZE ODLEGŁOŚĆ DO MONOPOLOWEGO OKAZAŁA SIĘ DO PRZEJŚCIA. CO PRAWDA TROCHĘ DALEKO JAK NA TAKI UPAŁ, ALE I TAK NIC LEPSZEGO NIE MIELIŚMY DO ROBOTY.

SZLIŚMY DOŚĆ PUSTĄ DROGĄ MIĘDZY JEZIOREM A POLAMI. Z RZADKA MIJAŁY NAS JAKIEŚ POJAZDY, A MY NIE ZRAŻENI CZŁAPALIŚMY DALEJ. W KOŃCU DOTARLIŚMY DO SPOREGO SKRZYŻOWANIA. ZNOWU WYMÓWILIŚMY MAGICZNĄ NAZWĘ. SKIEROWANO NAS DALEJ. NAJPIERW KLUCZYLIŚMY MIĘDZY STRAGANAMI, POTEM PRZESZLIŚMY POD WIADUKTEM I WRESZCIE CHŁOPAKI WESZŁY KONSPIRACYJNIE W ŚCIEŻKĘ MIĘDZY DOMAMI.

WYSZLI Z BUTELKAMI PIWA. PIWO TO NIE MÓJ TRUNEK ALE NIE PO TO SZŁAM TYLE CZASU, I JESZCZE TYLE SAMO BĘDĘ MUSIAŁA WRACAĆ, ŻEBY SIĘ TERAZ NIE NAPIĆ TEGO PIWA. POSIEDZIELIŚMY W ZACISZU JAKIEGOŚ KRAMU ZAGADYWANI PRZEZ MIEJSCOWYCH I OBSERWOWALIŚMY JAK NA MOTORYNKACH I ROWERACH PODJEŻDŻAJĄ KLIENCI DO SKLEPU.

WRÓCILIŚMY – TAK MI SIĘ WYDAWAŁO – NA PÓŁ GODZINY PRZED OTWARCIEM ŚWIĄTYNI. PO JAKIMŚ CZASIE PRZYSZLI PIERWSI WIERNI, ALE NIKT NIE KWAPIŁ SIĘ BY NAS WPUŚCIĆ. NAWET ŚWIĄTYNNY ŻEBRAK OBUDZIŁ SIĘ Z POŁUDNIOWEJ DRZEMKI. OSTATNI PRZYSZLI STRÓŻE TEGO MIEJSCA KULTU I JE OTWORZYLI.

ISTOTĄ TEJ ŚWIĄTYNI JEST LIGAM W POSTACI MRÓWKI. WIĄŻE SIĘ Z TYM LEGENDA, ŻE JEDEN Z DEMONÓW PODBIŁ NIEBO I ZIEMIĘ. BOGOWIE SZUKALI RATUNKU U BRAHMY, KTÓRY NAKAZAŁ IM CZCIĆ ŚIWĘ. DEWY PRZEMIENIŁY SIĘ W MRÓWKI ALE NIE BYŁY W STANIE WSPIĄĆ SIĘ NA ŚLISKI LIGAM WOBEC CZEGO ŚIWA PRZEKSZTAŁCIŁ SIĘ W MROWISKO I WYSUNĄŁ GŁOWĘ, NA KTÓRĄ MRÓWKI MOGŁY SIĘ WSPIĄĆ. W ŚWIĄTYNI CZCI SIĘ ŚIWĘ, A JEJ NAZWA JEST POŁĄCZENIEM SŁÓW OKREŚLAJĄCYCH ŚIWĘ I MRÓWKĘ. ZBUDOWANO JĄ NA PRZEŁOMIE IX I X w. MIEŚCI SIĘ NA SKALNYM WZGÓRZU O KTÓRYM MÓWI SIĘ, ŻE JEST CZĘŚCIĄ LEGENDARNEJ GÓRY MERU.

WCHODZI SIĘ SZEROKIM DZIEDZIŃCEM DO GÓRY. KOMPLEKS MA DWA ZEWNĘTRZNE DZIEDZIŃCE I DWUPOZIOMOWĄ WIEŻĘ BRAMY. NA MURACH WIDAĆ LEŻĄCE BYKI NANDIN.

NA MNIE TA ŚWIĄTYNIA ZROBIŁA WRAŻENIE BARDZIEJ FORTU, CZY NAWET JAKIEJŚ FORMY ZAMKU. MOŻE PRZEZ SWOJĄ SUROWOŚĆ WNĘTRZA, FORMĘ BUDOWLI, MURÓW.

W DRODZE POWROTNEJ KORKÓW NIE BYŁO I W MIARĘ SPRAWNIE DOTARLIŚMY DO MIASTA.

NA KOLACJĘ OCZYWIŚCIE POSZLIŚMY DO NASZEGO HILTONA. BYLIŚMY JUŻ BARDZIEJ OBEZNANI Z TYM ZAKĄTKIEM I DOSTRZEGLIŚMY KOLEJNY WÓZEK JEDZENIOWY, A NA NIM NIE LADA SMAKOŁYK – KREWETKI. NATYCHMIAST KUPILIŚMY JE NA DESER. BYŁY ŚWIETNE.

PO KOLACJI ZROBILIŚMY NARADĘ WOJENNĄ I ZDECYDOWALIŚMY SIĘ ZOSTAĆ TUTAJ JESZCZE JEDEN DZIEŃ. DZISIAJ NIE ZDĄŻYLIŚMY OBEJRZEĆ WSZYSTKICH ŚWIĄTYŃ, KTÓRE MIELIŚMY W PLANIE. SZKODA BY BYŁO JE POMINĄĆ.

.

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *