02.04.2018 – KOCHIN. STRAJK, PLAŻA PUTHENTHODU I SŁODKIE WINO.

.

NA ŚNIADANIE POZA OGÓLNODOSTĘPNYM CHLEBEM, MASŁEM I DŻEMEM NIC NIE DOSTALIŚMY. OKAZAŁO SIĘ, ŻE JEST STRAJK GENERALNY, A RZĄD OBRADUJE W SPRAWIE UMÓW O PRACĘ I BEZROBOCIA. CHODZI TEŻ O TRANSPORT.

POINFORMOWAŁ NAS O TYM PRZYKLEJONY DO EKRANU TELEWIZORA WŁAŚCICIEL HOTELU. POWIEDZIAŁ TEŻ, ŻE MOŻE DOJŚĆ DO POROZUMIENIA Z RZĄDEM I WSZYSTKO ZAKOŃCZY SIĘ KOŁO 15 – 16-tej. CO TO MIAŁO WSPÓLNEGO Z NASZYM ŚNIADANIEM TEGO NIE WIEM. NIE MIELIŚMY O TO PRETENSJI, BO GOŚCINNOŚĆ I ZACHOWANIE WŁAŚCICIELA HOTELU PRZEWYŻSZAŁA WSZELKIE STANDARDY.

OTWORZYLIŚMY CZEKAJĄCE NA DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT KIEŁBASKI. BYŁO OKROPNE. SMAKOWAŁY JAK SŁABEJ JAKOŚCI PAPIER TOALETOWY. Z MASŁEM, POMIDORAMI ORAZ NIEDOBRYM MAJONEZEM CZY SOSEM TATARSKIM KTÓRY KUPIŁ PIETRUSZKA, PRZEKONUJĄC NAS ŻE JEST NAJLEPSZY NA ŚWIECIE, MOŻNA BYŁO TO PRZEŁKNĄĆ, CHOCIAŻ Z TRUDEM.

KOCZIN PLAŻAMI NIE ZACHWYCA, ALE WYCZYTAŁAM, ŻE NA POŁUDNIE OD NIEGO JEST PLAŻA O NAZWIE PUTHENTHODU (BEACH). PIETRUSZKA, CO PRAWDA PROTESTOWAŁ PRZECIWKO KOLEJNEMU DNIU NA PLAŻY, ALE W KOŃCU ULEGŁ.

KIEDY WYSZLIŚMY NA ULICĘ BYŁO PUSTO. SKŁADALIŚMY TO NA KARB ŚWIĄT I STRAJKU. STOIMY PARĘ MINUT. NIC NIE JEDZIE, A JEŻELI NAWET, TO SIĘ NIE ZATRZYMUJE. NIE MA TEŻ LUDZI.

ZASTANAWIALIŚMY SIĘ CO ROBIĆ, KIEDY ZATRZYMAŁ SIĘ PRZY NAS JAKIŚ ZAGUBIONY MOTO-RIKSZARZ. NIE BARDZO WIEDZIAŁ GDZIE CHCEMY JECHAĆ, ALE NA WSZELKI WYPADEK WINDOWAŁ CENĘ. PIETRUSZKA TARGOWAŁ SIĘ OSTRO. RIKSZARZ NIE MÓGŁ SIĘ ZDECYDOWAĆ CZY BYĆ ŁAMISTRAJKIEM CZY NIE, CZY ZNA TRASĘ, CZY NIE.

PODJECHAŁ KTOŚ DRUGI. STARSZY MĘŻCZYZNA. POWIEDZIELIŚMY MU GDZIE I ZA ILE CHCEMY JECHAĆ. ZGODZIŁ SIĘ. KIEDY WSIEDLIŚMY PIERWSZY KIEROWCA ZACZĄŁ PROTESTOWAĆ. JESZCZE PRZED CHWILĄ NIE BYŁO NIKOGO, KTO BY NAS ZAWIÓZŁ A TERAZ DWÓCH SIĘ KŁÓCI O TO, KTO MA JECHAĆ. NIESTETY, W USŁUGACH DZIELENIE WŁOSA NA CZWORO KOŃCZY SIĘ WYGRANĄ KONKURENCJI. STARSZY KIEROWCA WYGLĄDAŁ NA TAKIEGO, CO TO Z NIEJEDNEGO PIECA JADŁ CHLEB I NIE ZA BARDZO PRZEJMOWAŁ SIĘ STRAJKIEM ORAZ TYM GDZIE MA JECHAĆ.

PO KILKU KILOMETRACH ZAINTERESOWAŁ SIĘ NAZWĄ PLAŻY I ZACZĄŁ PYTAĆ NIELICZNYCH MIEJSCOWYCH O DROGĘ. MIMO ICH TŁUMACZEŃ CIĄGLE NIE BYŁ PRZEKONANY CZY NA PEWNO MA JECHAĆ DALEJ PROSTO. POPYTAŁ JESZCZE KILKA RAZY I ZATRZYMAŁ SIĘ PRZED ZNAKIEM, KTÓRY MY TEŻ DOSTRZEGLIŚMY. NA PRAWO JEST BYŁA, KTÓREJ SZUKALIŚMY.

PLAŻA OKAZAŁA SIĘ BYĆ CZAROWNYM MIEJSCEM. NIE BYŁO NA NIEJ NIKOGO. ZATOCZKA Z BŁĘKITNĄ WODĄ, MAŁY LASEK, PIASEK.

PO CHWILI POJAWIŁA SIĘ JAKAŚ WIELOOSOBOWA RODZINA FRANCUZÓW Z NIEPEŁNOSPRAWNĄ NASTOLATKĄ ORAZ GRUPA TUBYLCÓW. HINDUSI ZACZĘLI GRAĆ W WODZIE W PIŁKĘ I ZAPROSILI DO GRY CHŁOPAKÓW. FAJNIE SIĘ BAWILI. BYŁO SIELSKO.

JAK NA MNIE TROCHĘ ZA DUŻE FALE. PARĘ RAZY MNIE RZUCIŁO O DNO, CHOCIAŻ BARDZO SIĘ PILNOWAŁAM.

.

PUTHENTHODU BEACH – TRZEBA POMÓC RYBAKOM …

.

W PEWNYM MOMENCIE PODPŁYNĘŁA DO BRZEGU RYBACKA ŁÓDKA. PARU LOKALSÓW WYCIĄGAŁO JĄ NA BRZEG. PIETRUSZKA W SPOŁECZNYM CZYNIE POBIEGŁ IM POMÓC. PRZEPCHALI ŁÓDKĘ NA PIASEK, A JEMU ZAPROPONOWANO KUPNO RYB. WYPATROSZONE I OSKROBANE MIAŁY BYĆ GOTOWE ZA GODZINĘ. RYBY NA KOLACJĘ, CZEMU NIE.

WYKĄPALIŚMY SIĘ OSTATNI RAZ. PIETRUSZKA POSZEDŁ DZIERŻĄC GOTÓWKĘ W RĘCE, KUPOWAĆ KOLACJĘ. WRÓCIŁ PO DŁUŻSZEJ CHWILI. MIAŁ ŁADNIE ZAPAKOWANE ŚWIEŻE RYBY I TRZY UPIECZONE W GRATISIE. OPOWIADAŁ O GOŚCINNOŚCI RYBACKIEJ RODZINY, U KTÓREJ KUPOWAŁ RYBY.

WRACALIŚMY GŁÓWNĄ DROGĄ W STRONĘ FORTU KOCZIN. NIE WIEDZIELIŚMY CZY JUŻ JEST PO STRAJKU, CZY WSZYSTKO WRACA DO NORMY. RUCH BYŁ TROCHĘ WIĘKSZY, ALE BEZ SZALEŃSTW. ZNOWU NIC SIĘ NIE CHCIAŁO ZATRZYMAĆ, CHOCIAŻ STALE MACHALIŚMY RĘKAMI.

PO DRODZE MIJALIŚMY – O DZIWO OTWARTE SKLEPIKI – W TYM DWA WARZYWNIAKI. KUPILIŚMY POMIDORY, OGÓRKI, CEBULĘ NA SAŁATKĘ DO RYB.

ZATRZYMAŁ SIĘ W KOŃCU WIELOOSOBOWY SAMOCHÓD, KTÓRY PODWIÓZŁ NAS DO FORTU.

ZNIEŚLIŚMY RYBY DO DOMU I ZDEPONOWALIŚMY W LODÓWCE. USTALILIŚMY Z WŁAŚCICIELEM HOTELU, ŻE SPRZEDA NAM BUTELKĘ WINA DO TYCH RYB, KTÓRE WEDŁUG JEGO OPINII, OCZYWIŚCIE PRZEPŁACILIŚMY.

W GRATISIE MOGLIŚMY JESZCZE KUPIĆ BUTELKĘ SŁODKIEGO DOMOWEGO WINA. ZARYZYKOWALIŚMY.

DO KOLACJI POZOSTAŁO JESZCZE TROCHĘ CZASU, WIĘC POSZLIŚMY DO SKLEPU Z CIUCHAMI, KTÓRY SOBIE UPATRZYŁ MAPNIK. NIE MIELIŚMY PEWNOŚCI CZY SKLEP BĘDZIE OTWARTY. RANO BYŁ ZAMKNIĘTY. PYTANE PRZEZ NAS OSOBY PODAWAŁY BLIŻEJ NIEOKREŚLONE PORY OTWARCIA WSZYSTKIEGO. NIE BARDZO BYŁO WIADOMO CZY TO STRAJK CZY ŚWIĘTA POWODUJĄ, ŻE WSZYSTKO CO NORMALNIE FUNKCJONUJE JEST ZAMKNIĘTE.

SKLEP BYŁ CZYNNY. KIEDY MAPNIK WDAŁ SIĘ W PRZYMIERZANIE KOSZULEK WE WSZYSTKICH KOLORACH TO MYŚLELIŚMY, ŻE KUPI CAŁY SKLEP. HINDUS SPRZEDAWCA CHYBA BRAŁ W NIEWIDOCZNY DLA NAS SPOSÓB ŚRODKI NA USPOKOJENIE I CIERPLIWOŚĆ.

NA KOLACJĘ MIELIŚMY SAŁATKĘ Z CEBULI, POMIDORA, OGÓRKA I OCZYWIŚCIE SMAŻONE RYBY. POMIDORY, OGÓRKI, CEBULĘ SPARZYLIŚMY I OBRALIŚMY ZE SKÓRKI. RYBY OKAZAŁY SIĘ BARDZO DOBRE, ALE TROCHĘ OŚCISTE. WINO NATOMIAST BYŁO ŚWIETNE I ZNACZNIE POPRAWIAŁO NASZĄ KOLACJĘ.

NA KONIEC DEGUSTOWALIŚMY SŁODKIE WINO DOMOWEJ PRODUKCJI. CZEKAŁO NA NAS KILKA GODZIN W ZAMRAŻALNIKU. Z LEKKĄ OBAWĄ WYPILIŚMY PIERWSZE ŁYKI, NO BO KTO ZACHWYCA SIĘ TAKIMI SŁODYCZAMI. KU NASZEMU ZADZIWIENIU NAPÓJ OKAZAŁ SIĘ PYSZNY. ŻADNE Z NAS NIE PIŁO TAK DOBREGO SŁODKIEGO WINA.

.

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *