02.04.2018 – KOCHIN. PLAŻA PUTHENTHODU, AILA I SŁODKIE DOMOWE WINO

.
PONIEDZIAŁEK WIELKANOCY W NASZEJ TRADYCJI INICJUJE ZAZWYCZAJ ŚNIADANIE.

TAK BYŁO I TYM RAZEM. PRZYGOTOWANE DZIEŃ WCZEŚNIEJ PRZEZ WOMBATA DOBROCI, PLUS PUSZKOWE ERSATZE: UDAJĄCA SZYNKĘ MIELONKA, JAKIŚ JAŁOWY SOS MAJONEZOWY I WSTRĘTNE PARÓWECZKI Z PUSZKI UZUPEŁNIONE ZOSTAŁY PRZEZ KILKA LOKALNYCH ELEMENTÓW.

DZISIAJ MAMY ZNOWU DZIEŃ PLAŻOWANIA. PRÓBOWAŁEM PROTESTOWAĆ, ALE ZOSTAŁEM PRZEGŁOSOWANY. JAK DEMOKRACJA, TO DEMOKRACJA.

WŁAŚCICIEL HOTELU SIEDZI PRZYLEPIONY DO FOTELA PRZED EKRANEM TELEWIZORA. PYTAMY CO GO TAK INTRYGUJE. OKAZAŁO SIĘ, ŻE JEST STRAJK TRANSPORTOWCÓW. PRZY OKAZJI STRAJKUJĄ TEŻ INNE, WSPIERAJĄCE BRANŻE. O KURCZE, TO MOŻE ZNACZYĆ IŻ BĘDZIEMY MIELI PROBLEMY Z UZUPEŁNIENIEM PIWNICZKI. MENAGO NAS POCIESZA JAK UMIE: NIE MA STRACHU, DO WIECZORA STRAJK SIĘ SKOŃCZY I SKLEPY OTWORZĄ SWOJE PODWOJE …

WOMBAT WYSZPERAŁ GDZIEŚ W INTERNECIE ADRES CIEKAWEJ PLAŻY – PUTHENTHODU BEACH. DOJAZD DO NIEJ JEST PROSTSZY OD WCZORAJSZEGO. NAJLEPIEJ TUK-TUKIEM.

WYSZLIŚMY NA GŁÓWNĄ DROGĘ ZŁAPAĆ TRANSPORT, A ONA ZIEJE PUSTKĄ. WRESZCIE COŚ SIĘ ZATRZYMAŁO. TUK-TUKOWIEC ODMASZEROWAŁ, GDY USŁYSZAŁ GDZIE I ZA ILE MA JECHAĆ. CZEKAMY DALEJ. PODJEŻDŻA KOLEJNY KOLEŚ. PODAJEMY LEKKO SKORYGOWANĄ CENĘ. ZACZYNA SIĘ TARG, POLEGAJĄCY NA TYM, ŻE MY PODNOSIMY ZNOWU KWOTĘ ZA USŁUGĘ, A GUCIO UPARCIE STOI PRZY SWOJEJ TWIERDZĄC, ŻE NIE CHCE BYĆ ŁAMISTRAJKIEM. Z JEGO TŁUMACZENIA WYNIKA, ŻE JEŚLI POJEDZIE ZA NASZĄ CENĘ TO MOŻE GO SPOTKAĆ GNIEW WSPÓŁTOWARZYSZY, A JEŚLI ZA JEGO, TO NIC MU NIE GROZI. UPIERAM SIĘ PRZY SWOJEJ, ZMODYFIKOWANEJ CENIE – 230 RUPCI. NADJEŻDŻA KOLEJNY, STARSZAWY  ZAINTERESOWANY. ZATRZYMAŁ POJAZD I PRZYSŁUCHUJE SIĘ DYSKUSJI. SŁYSZĄC NASZĄ CENĘ ZAPRASZA DO SWOJE MASZYNY. WSIADAMY DO TUK-TUKA STARSZEGO KIEROWCY. TO ROZSIERDZA JEGO POPRZEDNIKA. PODJEŻDŻA NASTĘPNY KOLEŚ I PRZYSŁUCHUJE SIĘ KŁÓTNI. MÓWIĘ STARSZEMU BY RUSZAŁ, JEDNOCZEŚNIE PRZYPOMINAJĄC PIERWSZEMU KIEROWCY, ŻE GO OSTRZEGAŁEM BY ZAAKCEPTOWAŁ MOJĄ CENĘ, BO NA PEWNO WCZEŚNIEJ CZY PÓŹNIEJ KTOŚ SIĘ NA NIĄ ZGODZI.

WRESZCIE JEDZIEMY. DZIADEK ZDAJE SIĘ NIE ZA BARDZO WIE DOKĄD MA NAS DOWIEŹĆ. KIERUNEK MA DOBRY, CO POTWIERDZA MÓJ GPS. ZATRZYMUJE SIĘ W WIOSCE NIEDALEKO CELU BY WYPYTAĆ LOKALSÓW GDZIE JEST PLAŻA NA KTÓREJ CHCEMY WYLĄDOWAĆ. NAJWYRAŹNIEJ NIE UFA MOIM WSKAZÓWKOM. KILKA MINUT PÓŹNIEJ WIDZIMY TABLICĘ WSKAZUJĄCĄ POSZUKIWANE MIEJSCE.

.

PUTHENTHODU BEACH – CO TEN KARAŚ ROBI? HMMMMMM…..

.

PLAŻA PUTHENTHODU JEST NIEWIELKA. MA KSZTAŁT LAGUNY. SĄ NA NIEJ ZNAKI OSTRZEGAJĄCE PRZED KĄPIELĄ. WYGLĄDA NA TO, ŻE TRZEBA UWAŻAĆ NA SILNE FALE W OKREŚLONYCH GODZINACH. ROZKŁADAMY RĘCZNIKI POD RESZTKAMI PALM I IDZIEMY DO WODY. JEST PRZYJEMNIE CIEPŁA. POWOLI, OSTROŻNIE SPRAWDZAMY CZY ABY NIE MA TU GWAŁTOWNIE OPADAJĄCEGO DNA. ALE NIE, NIC TAKIEGO TU NIE WYSTĘPUJE.

PRAKTYCZNIE JESTEŚMY MY I JEDNA HINDUSKA RODZINA. PO JAKIMŚ CZASIE DOCHODZI JESZCZE FRANCUSKA GRUPA Z NIEPEŁNOSPRAWNY DZIECKIEM. PRZEZ CAŁY CZAS KIEDY TU JESTEŚMY, NA CAŁEJ PLAŻY JEST MAKSYMALNIE KILKANAŚCIE OSÓB. INTERNETOWE WPISY MÓWIŁY PRAWDĘ – SUPER WYCZESANA, BARDZO SPOKOJNA, ZACISZNA PLAŻA BEZ PLAŻO-KRĄŻĄCÓW.

W PEWNYM MOMENCIE DO BRZEGU PODPŁYNĘŁA RYBACKA ŁÓDŹ. POMOGŁEM LOKALSOM WYCIĄGNĄĆ JĄ NA PIASEK. PRZY OKAZJI ZERKNĄŁEM NA UROBEK. RYBKI – AI(Y)LA (MAKRELA INDYJSKA) WYGLĄDAŁY INTRYGUJĄCO, CENA TEŻ. TROCHĘ SIĘ POTARGOWAŁEM I USTALIŁEM, ŻE ZA JAKĄŚ GODZINĘ DOSTANĘ WYPATROSZONĄ I PRZYGOTOWANĄ DO SMAŻENIA ODPOWIEDNIO DUŻĄ DLA NASZEJ TRÓJCY  PORCJĘ .

O UMÓWIONEJ PORZE PRZYSZEDŁ JAKIŚ CZŁOWIEK I ZAPROWADZIŁ MNIE DO DOMU RYBAKA. OKAZAŁO SIĘ, ŻE OPRAWIONE, WYCZYSZCZONE I DOPRAWIONE MAKRELKI SĄ WŁAŚNIE SMAŻONE. MUSIAŁEM SZYBKO REAGOWAĆ – CHCIELIŚMY ZJEŚĆ RYBY NA KOLACJĘ W HOTELU. PROSTO Z PATELNI. DZIĘKI NATYCHMIASTOWEJ INTERWENCJI DOSTALIŚMY 3 USMAŻONE I KILKA ZAMARYNOWANYCH TYLKO RYBEK. RAZEM ok. 1,5 kg @ 350 RUPCI.

CAŁA RODZINA RYBAKA, CZYLI CIĄŻĄCA WŁAŚNIE KOLEJNY RAZ ŻONA, KILKA DOROSŁYCH (Z WYGLĄDU) CÓREK I CHYBA JEDEN CHŁOPCZYK BARDZO CHCIAŁO POKAZAĆ SIĘ ZE MNĄ SWOIM PRZYJACIOŁOM. NIE PROTESTOWAŁEM. KRÓTKA SERIA SELFIKÓW POZWOLIŁA MI – DZIĘKI KILKU ZNANYM PORTALOM SPOŁECZNOŚCIOWYM, NA BŁYSKAWICZNE OSIĄGNIĘCIE SZCZYTU POPULARNOŚCI W TEJ CZĘŚCI ŚWIATA.

POWRÓT MIELIŚMY LEKKO UTRUDNIONY. NIE WIEM CZY POWODEM BYŁ STRAJK, CZY MOŻE ŚWIĄTECZNY DZIEŃ, ALE NIC NIE JECHAŁO DO FORTU KOCHIN. IDĄC KUPOWALIŚMY POTRZEBNE WARZYWA NA SAŁATKĘ DO RYB. AŻ DZIW JAK DŁUGO SZUKALIŚMY OGÓRKÓW. PIERWSZY WARZYWNIAK NIMI NIE DYSPONOWAŁ. W NASTĘPNYM BYŁY MIĘKKIE JAK SIUREK PO. WRESZCIE KOLEJNE WYGLĄDAŁY ZJADLIWIE …

PO 2 km MARSZU UDAŁO SIĘ NAM COŚ ZATRZYMAĆ. PERTRAKTACJE CENOWE POSZŁY GŁADKO. ZA 200 RUPOLASÓW DOJECHALIŚMY DO HOTELU.

OKAZAŁO SIĘ, ŻE CO PRAWDA STRAJK ZOSTAŁ ZAKOŃCZONY, ALE NIE WSZYSTKIE SKLEPY OTWARTO. MAPNIK WCZEŚNIEJ UPATRZYŁ SOBIE RODZAJ BUTIKU, W KTÓRYM CHCIAŁ PODSUMOWAĆ POBYT W INDIACH, ZAKUPIENIEM KILKU RZECZY DO UBRANIA. SZLIŚMY TAM Z DUSZĄ NA RAMIENIU. NA SZCZĘŚCIE SKLEP ZAPRASZAŁ ŚWIATŁEM SZEROKO OTWARTYCH DRZWI, KTÓRE NATYCHMIAST WESSAŁY MAPNIKA DO ŚRODKA. PRZEZ PONAD GODZINĘ KARAŚ MIOTAŁ SIĘ POMIĘDZY PÓŁKAMI PEŁNYMI CIUCHÓW, A OBSŁUGUJĄCYM GO ZE STOICKIM SPOKOJEM WŁAŚCICIELEM. FAJNIE MU POSZŁO. WYKUPIŁ CHYBA POŁOWĘ TOWARU.

NIESTETY, JAK JUŻ WSPOMNIAŁEM WYŻEJ, NIE WSZYSTKIE SKLEPY ZOSTAŁY OTWARTE. WŚRÓD NICH MONOPOLOWY. NA CAŁE SZCZĘŚCIE NASZ ZBAWICIEL – WŁAŚCICIEL SOWPARNIKA HERMITAGE – ZDOBYŁ NAM BUTELKĘ BIAŁEGO WINA, TAK BARDZO PRZYDATNEGO PRZY KONSUMPCJI RYB. DODATKOWO ZAPROPONOWAŁ DOMOWEJ ROBOTY SŁODKIE WINO PRODUKOWANE PRZEZ SWOJEGO SĄSIADA. LEKKO ZESTRESOWANY, BO SŁODKIE WINO DO RYBNYCH DAŃ TO NIE MOJA BAJKA, ZAPŁACIŁEM 60 RUPCI I WRZUCIŁEM BUTELKĘ DO ZAMRAŻALNIKA.

INDYJSKIE MAKRELE – MIMO, ŻE NIEWIELKIE OKAZAŁY SIĘ BARDZO DOBRE. ALE, JAK POWIEDZIANO W PENSJONACIE, SPORO PRZEPŁACONE. PONOĆ O 50 %.

PODANE NA DESER ZAMROŻONE SŁODKIE DOMOWE WINO OKRZYKNĘLIŚMY NAJLEPSZYM ALKOHOLEM JAKI PILIŚMY KIEDYKOLWIEK W INDIACH

.

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *