23.01.2019 – AMBOSELI SAFARI

.

SPANIE PO DŁUGIEJ PODRÓŻY POSTAWIŁO NAS NA NOGI. NOC MINĘŁA BŁYSKAWICZNIE. SŁYSZAŁEM MOŻE ZE 2 RAZY PRZECHODZĄCEGO KOŁO NAMIOTU STRÓŻA, I JUŻ TRZEBA BYŁO WSTAWAĆ.
KOŁO 6:00 ROZPOCZĘTO SERWOWAĆ ŚNIADANIE. ZDECYDOWANIE BOGATSZE I ZNACZNIE BARDZIEJ INTERESUJĄCE OD WCZORAJSZEJ SMĘTNEJ KOLACJI.
NIESTETY KILIMANDŻARO ZASNUWAŁY CHMURY I MGŁA. Z RZADKA PRZEBIJAŁ SIĘ PRZEZ NIE ZARYS WIELKIEJ GÓRY I OD CZASU DO CZASU POŁYSKIWAŁ ŚNIEG.

NAJEDZENI WYRUSZYLIŚMY NA PIERWSZE AFRYKAŃSKIE SAFARI.

WIELKA GÓRA CORAZ TO UWALNIAŁA SIĘ BARDZIEJ I BARDZIEJ Z WELONU MGŁY, KREUJĄC NIESAMOWÌTE WRAŻENIE. NIE BYŁO NAM DANE ZOBACZYĆ JEJ BEZ CAŁUNU MGŁY I CHMUR W CAŁOŚCI, ALE TO CO WIDZIELIŚMY ROBIŁO WRAŻENIE.
NAWET Z TAK DUŻEJ ODLEGŁOŚCI (ok. 40 km W LINII PROSTEJ) KILIMANDŻARO WYGLĄDA NA OGROMNY WYGASŁY WULKAN WYRASTAJĄCY TUŻ PRZED NOSEM OBSERWATORA. OD RAZU PRZYPOMNIAŁY MI SIĘ NIEZLICZONE OPISY TEGO SZCZYTU CZYTANE NIE PAMIĘTAM JUŻ KIEDY.

MĘCZYLIŚMY SIĘ DOSYĆ DŁUGO USIŁUJĄC STRZELIĆ ROZSĄDNĄ FOTĘ Z KILIMANDŻARO W TLE. NIEZBYT TO SZŁO. WRESZCIE ZREZYGNOWANIA RUSZYLIŚMY W STRONĘ NAJBLIŻSZEGO WJAZDU DO WNĘTRZA PARKU.

Z NASZEGO NAMIOTOWEGO OBOZU DO NAJBLIŻSZEGO WJAZDU NA TEREN PARKU NARODOWEGO JEST MAKSYMALNIE 6 km.
KIEROWCA ZATRZYMAŁ POJAZD NA PLACYKU PRZED BRAMĄ I POSZEDŁ ZAŁATWIAĆ WEJŚCIÓWKI. POBIEGŁEM ZA NIM ZOBACZYĆ JAK WYGLĄDA PROCES WEJŚCIA DO PARKU W OPARCIU O  PRZEDPŁATĘ, KTÓRĄ ZROBILIŚMY WCZORAJ.
FAKTYCZNIE NA BUDYNKU GRAJĄCYM ROLĘ KASY POMIĘDZY BRAMĄ WJAZDOWĄ I WYJAZDOWĄ, JEST CAŁA MASĘ INFORMACJI MÓWIĄCYCH O ALTERNATYWNYCH FORMACH PŁATNOŚCI ZA SAFARI. O M-PESA TEŻ. JEDNAK NIE ZNALAZŁEM  NIGDZIE ŻADNEJ WZMIANKI O TYM, JAKOBY TO PRZEDPŁATA ??? MIAŁA JAKIKOLWIEK WPŁYW NA PRZYSPIESZENIE PROCESU WJAZDU.

TYMCZASEM STOJĄCEGO PRZY SAMOCHODZIE KARASIA OBSIADŁY JAK MUCHY DYŻURUJĄCE PRZED WEJŚCIEM MASAJKI I ZACZĘŁY GO NAMAWIAĆ DO ZAINWESTOWANIA W PAMIĄTKOSY. DOBRZE IM SZŁO, BO OD RAZU WYCZUŁY W NASZYM PRZYJACIELU DOBREGO CZŁOWIEKA, LUBIĄCEGO ZASPOKAJAĆ PRAGNIENIA TUBYLCÓW. W ZAKUPOSACH POMAGAŁ KARASIOWI WOMBACIK DORADZAJĄC PRZY WYBORZE INTERESUJĄCYCH GO RZECZY.

.

KUPOWANIE PAMIĄTEK MOŻE BYĆ BOLESNE …

.

OBIECANY – DZIĘKI WCZEŚNIEJSZEJ PRZEDPŁACIE – BŁYSKAWICZNY PRZEJAZD PRZEZ BRAMKI OKAZAŁ SIĘ MRZONKĄ. CZEKALIŚMY TYLE SAMO CO INNI – TO ZNACZY ok. 15 min. PRZEZ TEN CZAS KARAŚKO ZOSTAŁ OSKUBANY NA DOBRY POCZĄTEK Z KILKUDZIESIĘCIU DOLCÓW.

WRESZCIE KIEROWCA-PRZEWODNIK WRÓCIŁ I PO ODGONIENIU OD SAMOCHODU MASAJEK, NIE CHCĄCYCH ROZSTAĆ SIĘ ZE SWOIM “ZŁOTYM JAJEM” – KARASIEM, RUSZYLIŚMY.

PARK NARODOWY AMBOSELI TO KRÓLESTWO SŁONI I FLAMINGÓW (TYCH OSTATNICH CORAZ RZADZIEJ). SŁONI JEST TU NAPRAWDĘ DUŻO. NATKNĄĆ SIĘ NA NIE MOŻNA WSZĘDZIE. TAK WŁAŚNIE DZIAŁO SIĘ PRZEZ NASTĘPNE KILKA GODZIN. JEŹDZILIŚMY PO CAŁYM PARKU SPOTYKAJĄC NA SWOJEJ DRODZE RÓŻNE ZWIERZĘTA, ALE SŁONI BYŁO ZDECYDOWANIE NAJWIĘCEJ.

NASZ SAFARI-MAN JOSPHAT PRZEZ CAŁY CZAS PILNIE NASŁUCHIWAŁ RADIA, SZUKAJĄC SYGNAŁÓW MÓWIĄCYCH O BLISKOŚCI JAKIEJŚ FAUNY.
KIEROWCY OBSŁUGUJĄCY SAFARI WYMIENIALI MIĘDZY SOBĄ BEZ PRZERWY INFO NA TEMAT MIEJSC POBYTU TRUDNIEJSZYCH DO PODGLĄDANIA ZWIERZĄT. DZIĘKI TEMU UDAŁO NAM SIĘ ZOBACZYĆ np. SERWALA SAWANNOWEGO.

MNIEJ WIĘCEJ W PORZE LUNCHU  WESZLIŚMY NA WZGÓRZE NAZYWANE “OBSERVATION HILL“. SPĘDZILIŚMY TAM JAKIEŚ 60 min. NA GÓRZE ZNAJDUJE SIĘ OSŁONIĘTA DACHEM SPORA PRZESTRZEŃ Z MIEJSCAMI DO SIEDZENIA. ZE SZCZYTU ROZTACZA SIĘ WSPANIAŁY WIDOK NA CAŁĄ OKOLICĘ. NA DOLE, KOŁO PARKINGU ZNALEŹLIŚMY NADSPODZIEWANIE CZYSTE TOALETY.

KONTYNUOWALIŚMY DALEJ BEZKRWAWE ŁOWY. APARATY STRZELAŁY CAŁY CZAS.
W SUMIE W PRZECIĄGU OKOŁO 9 godz. WIDZIELIŚMY BARDZO DUŻO RÓŻNYCH ZWIERZĄT. NAJWIĘCEJ SŁONI. RAZ UDAŁO NAM SIĘ ZOBACZYĆ HIPOPOTAMA. SPORO ZEBR, ŻYRAF, STRUSI, BAWOŁÓW, RÓŻNEGO RODZAJU ANTYLOP, MAŁP I WIELE PTACTWA.

JEŻDŻĄC PO PARKU TRAFILIŚMY TEŻ NA NIEWIELKIE LOTNISKO I LEŻĄCY W GRANICACH REZERWATU WYPASIONY HOTEL.

WRACAJĄC KIEROWCA ZAPROPONOWAŁ SZYBKI WYPAD DO WIOSKI MASAJSKIEJ,  ALE ODMÓWILIŚMY WIEDZĄC, ŻE TO PEŁNA KOMERCJA.

UDAŁO MU SIĘ JEDNAK – JUŻ POZA TERENEM PARKU, NATRAFIĆ I PODJECHAĆ BLISKO DO DWÓCH ŻYRAF. MOGLIŚMY WRESZCIE OGLĄDAĆ TE PIĘKNE, PORUSZAJĄCE SIĘ Z OGROMNĄ GRACJĄ I WDZIĘKIEM ZWIERZĘTA ZOBACZYĆ NAPRAWDĘ Z BLISKA.

W “OBOZIE” CZEKAŁA NIESPODZIANKA. PODANO ZUPEŁNIE INNY NIŻ WCZORAJ OBIAD. DO WYBORU MIELIŚMY KILKA DAŃ. KOŹLINĘ. ZUPEŁNIE NIEZŁY MAKARON I TROCHĘ WARZYW PRZYGOTOWANYCH NA RÓŻNE SPOSOBY. SPORYM ZAINTERESOWANIEM CIESZYŁY SIĘ BATATY.
RÓWNIEŻ OWOCE – SZCZEGÓLNIE ARBUZ – MIAŁY WIELU FANÓW.

USIEDLIŚMY POD ROZŁOŻYSTYM DRZEWEM, W KTÓREGO GAŁĘZIACH PTASZKI UWIŁY SOBIE KILKA GNIAZD. PODESZŁA JAKAŚ KOBITKA. CHYBA MENAGO. A MOŻE WŁAŚCICIELKA? ZACZĘŁA WYPYTYWAĆ O NASZE WRAŻENIA Z SAFARI I OCENĘ OBOZOWISKA – SYPIALNI.
SZCZERZE POWIEDZIELIŚMY, ŻE WCZORAJSZA KOLACJA ZA US$ 10 NIESPECJALNIE NAS ZACHWYCIŁA. DOWIEDZIELIŚMY SIĘ IŻ SERWOWANIE KOLACJI ROZPOCZYNA SIĘ ok. 18-tej I O 20-tej WSZYSTKO JUŻ JEST POZAMIATANE. SZCZEGÓLNIE JEŚLI PRZYJEŻDŻAJĄCY GOŚCIE NIE ZAORDYNUJĄ WCZEŚNIEJ CHĘCI JEDZENIA … MIELIŚMY PECHA 🙁

WIELKĄ POMOCĄ BYŁA MOŻLIWOŚĆ DOŁADOWANIA KOMPA I BATERII Z APARATÓW I TELEFONÓW. NIESTETY NIE MA TU WI-FI …

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *