gonder lotnisko

03.02.2019 – GONDER I SKALNE CUDA LALIBELI

.
ŚNIADANIE TYM RAZEM MUSIELIŚMY ZJEŚĆ W HOTELU.

GDY ZJAWILIŚMY SIĘ O UMÓWIONEJ PORZE NIC NIE BYŁO GOTOWE. NAWET STOLIKI. NAJWYRAŹNIEJ OBSŁUGA WIE, O KTÓREJ SĄ TRANSFERY LOTNISKOWE.
TO CO SERWUJĄ JEST ZUPEŁNIE PRZECIĘTNE. OCZYWIŚCIE WSZYSTKO KRĘCI SIĘ WOKÓŁ JAJKA. CENA 80 PIWEK.

NAJEDZENI WSIEDLIŚMY DO POSTAWIONEGO PRZEZ HOTEL BUSA I RUSZYLIŚMY NA LOTNISKO. DROGA ZAJĘŁA NIECAŁĄ GODZINĘ.

LOTNISKO GONDERU NIE JEST DUŻE. ODPRAWA BŁYSKAWICZNA, CHOCIAŻ JEJ ROZPOCZĘCIE MOŻE TROCHĘ POTRWAĆ. CZEKAJĄC NA SAMOLOT MOŻNA NAPIĆ SIĘ PARZONEJ LOKALNIE KAWY I KUPIĆ JAKIEŚ PAMIĄTKOSY.

POKONANIE SAMOLOTEM TRASY GONDER – LALIBELA ZAJMUJE 30 min. TO KRÓCEJ NIŻ PRZEJAZD Z MIEJSCOWEGO LOTNISKA DO HOTELU W TYM NIEZWYKŁYM MIEŚCIE.

DARMOWEGO TRANSFERU NIE MIELIŚMY WLICZONEGO W CENĘ HOTELU. ALE ZAOFEROWANO NAM PŁATNY. 100 PIWEK OD OSOBY, W ZBIORCZYM TRANSPORCIE DO HOTELI LALIBELLI. NIE WIEM CZY TO DOBRA CENA. PRZYPUSZCZAM, ŻE NIEZŁA, ALE MOŻE WARTO SPRÓBOWAĆ TARGOWAĆ SIĘ PO PRZYLOCIE.

DROGA DO HOTELU JERUZALEM ZAJMUJE ok. 50 min. JEDZIE SIĘ SPORY ODCINEK MOCNO ZAKURZONYMI GÓRZYSTYMI DROGAMI. RAZ PO RAZ WYSKAKUJĄ ZZA ZAKRĘTU WSPANIAŁE WIDOKI.

BIORĄC POD UWAGĘ CENTRUM MIEJSCOWOŚCI, HOTEL JERUSALEM LEŻY NA UBOCZU.
STOJĄ TU DWA KLOCKOWATE BUDYNKI Z KILKUNASTOMA POKOJAMI TYPU SUITE NA PARU PIĘTRACH. APARTAMENTY SĄ BARDZO PRZESTRONNE, ZE SPOREJ WIELKOŚCI ŁAZIENKAMI I DOŚĆ DUŻYMI BALKONAMI. WYPOSAŻENIE NIE OSZAŁAMIA, ALE JEST WYSTARCZAJĄCE. WYGODNE ŁÓŻKA, STOLICZKI NOCNE, KRZESŁA, STOLIK I COŚ W RODZAJU SZAFY. NA BALKONIE WYGODNE SIEDZISKA. CZYSTO. CENA ZA 3 NOCE W DWUOSOBOWYM EN SUITE – US$ 103.

BYŁO NA TYLE WCZEŚNIE, ŻE MOGLIŚMY JESZCZE SPORO ZOBACZYĆ. ALE NAJPIERW MUSIELIŚMY ODPOWIEDNIO SIĘ DO TEGO ZWIEDZANIA PRZYGOTOWAĆ.

KOŚCIOŁY LALIBELI POZA TYM, ŻE SĄ MEGA CIEKAWE, SZCZEGÓLNIE DLA NAS – BIAŁASÓW MAJĄ JEDNĄ POWAŻNĄ WADĘ. PRZYKRYWAJĄCE ICH POSADZKI DYWANY ROJĄ SIĘ OD INSEKTÓW. MNIEJ LUB BARDZIEJ UPIERDLIWYCH. NIETRUDNO STAĆ SIĘ DOMEM PUBLICZNYM np. DLA PCHEŁ. WSKOCZĄ NA CIEBIE, WYKORZYSTAJĄ I ZESKOCZĄ. ALBO I NIE …
ŻEBY NIE DOPUŚCIĆ DO SWAWOLI MAŁYCH DRANI KUPILIŚMY SOBIE W KRAJU ANTYPCHŁOWE OBROŻE DLA PIESKÓW. NADSZEDŁ CZAS NA ICH UŻYCIE. ZAŁOŻYWSZY OBROŻE NA NOGI, RUSZYLIŚMY W KIERUNKU NAJBLIŻSZYCH GODNYCH OGLĄDNIĘCIA OBIEKTÓW – KOŚCIOŁÓW WYKUTYCH W LITYCH SKAŁACH.

SZLIŚMY KIEROWANI MAPAMI GOOGLE. OD CZASU DO CZASU PYTALIŚMY MIJANYCH LOKALSÓW, CZY ABY DOBRZE NAS ONE NAWIGUJĄ. W PEWNYM MOMENCIE KTOŚ PODPOWIEDZIAŁ, BYŚMY ZESZLI Z GŁÓWNEJ DROGI I POSZLI NA SKRÓTY, WSPINAJĄC SIĘ DOŚĆ STROMO DO GÓRY PASTERSKĄ ŚCIEŻYNĄ.

FAKTYCZNIE OSZCZĘDZILIŚMY KAWAŁ DROGI DOCIERAJĄC DO KOŚCIOŁA BIETE GABRIEL-RUFAEL. NIESTETY NIE MOŻNA TU KUPIĆ BILETÓW, A BEZ NICH WEJŚCIE JEST WYKLUCZONE.

ZOSTAWIŁEM STARSZYZNĘ I JAKO NAJMŁODSZY RUSZYŁEM DO NIEODLEGŁEGO PONOĆ MUZEUM. SPRZEDAJĄ W NIM BILETY NA ZWIEDZANIE WSZYSTKICH ZABYTKOSÓW TEGO MIASTA. SZEDŁEM, SZEDŁEM, SZEDŁEM I SZEDŁEM. CELU NIE BYŁO WIDAĆ. KLARA PASTWIŁA SIĘ NADE MNĄ ZDECYDOWANIE, ZWALNIAJĄC TEMPO MARSZU. WRESZCIE DOTARŁEM DO KASY. NABYŁEM DROGĄ KUPNA 3 BILETY @ US$ 50 SZTUKA I POCZŁAPAŁEM Z POWROTEM.

DROGA POWROTNA MINĘŁA SZYBCIEJ, BO PRAWIE CAŁY CZAS BIEGŁA W DÓŁ. TYLKO OSTATNIE PARĘSET METRÓW MUSIAŁEM POKONAĆ WSPINAJĄC SIĘ POD GÓRĘ.

ZACZĘLIŚMY ZWIEDZANIE. KOŚCIÓŁ BIETE GABRIEL-RUFAEL NIE JEST DUŻY. POZNANIE GO WYMAGA JEDNAK TROCHĘ CZASU. MOŻE DLATEGO, ŻE TO PIERWSZA TAKA ŚWIĄTYNIA. JEGO OGLĄDNIĘCIE ZAJĘŁO NAM 20 min. 🙂 🙂 🙂 🙂

.

lalibela, etiopia, kościoły, skały

LALIBELA – WYCIECZKA DO KOŚCIOŁÓW WYKUTYCH W SKAŁACH

.

PRZEBITYM W SKALE TUNELEM DOTARLIŚMY DO KOLEJNEGO MIEJSCA KULTU – BETE MEKIRERIWOS. ŻEBY JE OBEJŚĆ WYSTARCZY – PODOBNIE JAK W POPRZEDNIM PRZYPADKU – RÓWNIEŻ 20 min. 🙂 🙂 🙂

OSTATNIM TEGO DNIA WIDZIANYM KOŚCIOŁEM BYŁ BETE AMANUEL. ZAPOZNANIE SIĘ Z NIM ZAJĘŁO NAM MNIEJ NIŻ 20 min. BYLIŚMY POSPIESZANI, BO NIESTETY O 17-tej ZACZYNA SIĘ CZAS MODŁÓW. 🙂 🙂 :):)

POWOLI RUSZYLIŚMY W KIERUNKU CENTRUM.

WOMBAT ZNALAZŁ W ZAKAMARKACH NETU JADŁODAJNIĘ O WIELE OBIECUJĄCEJ NAZWIE UNIQUE (UNIKALNA). IDĄC MIJALIŚMY RÓŻNE MIEJSCA SERWUJĄCE POSIŁKI, ALE ŻADNE NAS NIE ZACHWYCIŁO. PRZEDE WSZYSTKIM DLATEGO, ŻE WYGRZEBANA W NECIE KNAJPA MIAŁA SUPER WYSOKIE NOTOWANIA.

W PEWNYM MOMENCIE, DOCHODZĄC DO DUŻEGO SKRZYŻOWANIA ZOBACZYLIŚMY PO PRAWEJ MOCNO ZAROŚNIĘTY KRZEWAMI I DRZEWAMI PAGÓREK ŻE SPORĄ TABLICĄ INFORMUJĄCĄ, ŻE JEST TU HOTEL I RESTAURACJA SEVEN OLIVES. COŚ O NIEJ SŁYSZELIŚMY. DOBRZE WIEDZIEĆ GDZIE JEJ SZUKAĆ.

IDZIEMY DALEJ PATRZĄC NA BOKI. PROWADZĄ NAS MAPY GOOGLE. JESTEŚMY CORAZ BLIŻEJ CELU, ALE JEGO SAMEGO NIE WIDAĆ … BEZ PRZEKONANIA PYTAMY BARASZKUJĄCE NA SZEROKIEJ, BRUKOWANEJ ULICY DZIECI, CZY CZASEM NIE WIEDZĄ DLACZEGO UNIKALNA (“UNIQUE”) NAS UNIKA. NIE WIEDZĄ, ALE CHWILĘ PÓŹNIEJ KTOŚ KIERUJE NAS Z POWROTEM. TYM RAZEM TRAFIAMY. NIE ROZUMIEM CO PRAWDA JAK UDAŁO NAM SIĘ ‘’MISNĄĆ” TEN NIEPOZORNY BUDYNECZEK Z DOSYĆ SPORYM NAPISEM “UNIQUE” I KILKOMA SŁOWAMI W JĘZYKU POLSKIM. MOŻE DLATEGO, ŻE LITERY SĄ LEDWO WIDOCZNE?.

WCHODZIMY, A RACZEJ SCHODZIMY DO ŚRODKA. NIE JESTEM PEWIEN GDZIE WYLĄDOWAŁEM. NIC MI TUTAJ NIE PRZYPOMINA RESTAURACJI. NIE WIDAĆ STOŁÓW. NIE MA NAWET MENU. ZNAJDUJEMY SIĘ W CIEMNEJ IZBIE, NIE ZACHĘCAJĄCEJ DO JEDZENIA CZEGOKOLWIEK. CZYŻBYM JUŻ GDZIEŚ WIDZIAŁ TĘ MIEJSCÓWKĘ? NIE PRZYPOMINAM SOBIE …

NAGLE PRZYCHODZI OLŚNIENIE. ZNAM TO MIEJSCE !!! NIE ORGANOLEPTYCZNIE, ALE JAKO OPIS …

“W PIWNICZNEJ IZBIE ZMROK WCZESNY PADA,
WILGOTNY A PONURY;
MĘTNYMI SZYBY DROBNE OKIENKO
NA BRUDNE PATRZY MURY…”

ALE JAJA. NIE WIEDZIAŁEM, ŻE PODĄŻAMY ŚLADAMI KONOPNICKIEJ …  🤣🤣🤣

ROZGLĄDAMY SIĘ CHWILĘ. PYTAMY CO OFERUJĄ DO JEDZENIA. NIESTETY ODPOWIEDZI NIE ZACHWYCAJĄ. WYCHODZIMY OBIECUJĄC POWRÓT, ALE … WIEMY, ŻE TU NIE WRÓCIMY. NAWET JAK NA NASZE SKROMNE WYMAGANIA – JEŚLI CHODZI O WARUNKI, W KTÓRYCH ODWAŻAMY SIĘ JEŚĆ – TO MIEJSCE WYGLĄDA ZNIECHĘCAJĄCO.  🙁

PODĄŻAMY W KIERUNKU CENTRUM. KILKANAŚCIE MINUT PÓŹNIEJ WCHODZIMY DO MIJANEJ WCZEŚNIEJ PRZYHOTELOWEJ RESTAURACJI SEVEN OLIVES.

JEST TU OGROMNA, OKRĄGŁA SALA ZASTAWIONA WIELKIMI STOŁAMI, PRZY KTÓRYCH MOŻE SIEDZIEĆ 8 OSÓB. KRZESŁA OGROMNE I DOSYĆ WYGODNE. WYSTRÓJ DOSYĆ CIEKAWY. OPARTY NA TRADYCYJNEJ SZTUCE TEGO KRAJU. KONSTRUKCJA WEWNĘTRZNEJ CZĘŚCI DACHU NAŚLADUJE DO ZŁUDZENIA TAK SAMO BUDOWANE DREWNIANE SKLEPIENIA KOŚCIOŁÓW.
NA ŚCIANACH RYSUNKI. STOŁY PRZYKRYTE RĘCZNIE HAFTOWANYMI OBRUSAMI. WOKÓŁ BUDYNKU MASA ZIELENI NASZPIKOWANA SPRAWDZAJĄCYM SWOJE MOŻLIWOŚCI WOKALNE PTACTWEM.

OBSŁUGA W ŁADNYCH LOKALNYCH STROJACH BARDZO SZYBKO PODAJE MENU. WOMBACIK DECYDUJE SIĘ NA BEYAYNETU (በያይነቱ) – TYPOWE ETIOPSKIE DANIE. MAPNIK WYBIERA OCZYWIŚCIE SPAGHETTI, A JA ZAMAWIAM KEY WAT, ETIOPSKI GULASZ WOŁOWY.
PODANE JEDZENIE WSZYSTKIM NAM SMAKUJE. NIE MAMY ZASTRZEŻEŃ. PODOBNO HOTEL JEST TAKI SOBIE, ALE KARMIĄ TU DOBRZE.

MAMY DOŚĆ NA DZISIAJ. PRZED HOTELEM JEST POSTÓJ TUK-TUKÓW. PYTAMY O CENĘ ZA PODWIEZIENIE DO NASZEJ NOCLEGOWNI. KTÓRYŚ Z KIEROWCÓW MÓWI – 50. ŚMIEJEMY SIĘ Z NIEGO DO ROZPUKU. JESZCZE CHWILĘ USIŁUJEMY ZŁAPAĆ KOGOŚ ZA 10 PIWEK. BEZSKUTECZNIE. WRESZCIE ZNAJDUJE SIĘ JAKIŚ MŁODZIENIEC GOTÓW ZAWIEŹĆ NAS ZA 15 PIW.
POWROTNA DROGA OKAZUJE SIĘ BARDZO DŁUGA. PO DOJECHANIU NA MIEJSCE DORZUCAMY KIEROWCY NIEZŁY NAPIWEK …

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *