kenia, amboseli, park

25.01.2019 – WIELKA PIĄTKA ?

.
ŚNIADANIE OBFITOWAŁO W JAJKA. DO TEGO CHLEB, OWOCE, SŁODKIE NALEŚNIKI.

OKOŁO 7:30 SIEDZIMY W SAMOCHODZIE GOTOWI DO JAZDY. JEDZIE Z NAM POZNANY WCZORAJ KRZYŚ. ZAJMUJE SIĘ PROJEKTAMI POMOCY UCHODŹCOM. SYZYFOWA PRACA.

WJEŻDŻAMY DO PARKU.
JEST INNY NIŻ AMBOSELI.
ROZLEGŁY, Z OLBRZYMIMI PRZESTRZENIAMI. ŁĄKI CIĄGNĄ SIĘ KILOMETRAMI. NA NICH PASĄ SIĘ STADA IMPALI, GAZELI, ANTYLOP, ZEBR, PRZEBIEGA TRUCHTEM GŁUSIEC, SNUJĄ SIĘ PTAKI ZAPRZYJAŹNIONE ZE ZWIERZĘTAMI.

JEŹDZIMY MOŻE DWIE GODZINY KIEDY KIEROWCA DOSTRZEGA ŚLADY NIEDOJEDZONEGO ŚNIADANIA. MUSI BYĆ W POBLIŻU JAKIŚ MIŁOŚNIK MIĘSA. W PEWNYM MOMENCIE WYCHODZI PROSTO NA NASZ SAMOCHÓD PIĘKNA LWICA. PO CHWILI DOSTRZEGAMY DWA LWY ŚPIĄCE W KRZAKACH, PRAWIE PRZYKRYTE LIŚĆMI.

JEDZIEMY DALEJ W STRONĘ STADA ŻYRAF, KTÓRE WIDAĆ Z ODDALI.
ŻYRAFY BYŁY DLA NAS ODKRYCIEM. DOPIERO TERAZ ZDALIŚMY SOBIE SPRAWĘ Z JAKĄ GRACJĄ, HARMONIĄ PORUSZAJĄ SIĘ TE ZWIERZĘTA, JAK BARDZO ICH MORDKI SĄ SYMPATYCZNE. W KAŻDYM RUCHU – CZY TO JAK PORUSZAJĄ SZYJĄ, CZY KIEDY SIĘ PRZEMIESZCZAJĄ, SĄ NIESŁYCHANIE ZGRABNE, LEKKIE, ELEGANCKIE. WYDAWAĆ BY SIĘ MOGŁO, ŻE ICH DŁUGA SZYJA MOŻE IM PRZESZKADZAĆ, ALE TO CHYBA TYLKO ZŁUDZENIE.
PODZIWIALIŚMY STADO DŁUŻSZĄ CHWILĘ.

POTEM BAWÓŁ. DUŻY, ZWALISTY, KANCIASTY Z ZAKRĘCONYMI ROGAMI. Z REGUŁY PASIE SIĘ SAM, CZASEM W KILKUOSOBOWYM TOWARZYSTWIE. WIDAĆ, ŻE JEST SILNY.

.

kenia, amboseli

MASAI MARA – NA GRANICY KENIJSKO – TANZAŃSKIEJ

.

PODJEŻDŻAMY DO RZEKI PRZY HIPPO POOL VIEWPOINT. DOM KROKODYLI I HIPOPOTAMÓW. NIE ŻYJĄ W ZGODZIE. KROKODYLE ZASADZAJĄ SIĘ NA MAŁE HIPKI, DORASTAJĄCE PRZY MAMIE W POZA STADEM. U HIPOPOTAMÓW MAMA Z MAŁYM PO URODZENIU ODŁĄCZA SIĘ OD STADA I WRACA KIEDY MAŁY PODROŚNIE.
WSZYSTKO TO OPOWIADA TRZYMAJĄCY W RĘKU KAŁASZNIKOWA, WYGLĄDAJĄCY JAK Z OPERACJI PUSTYNNA BURZA, STRAŻNIK REZERWATU. OCZYWIŚCIE NIE ZA DARMO.

NIERUCHOME KROKODYLE ŁYPIĄ NA NAS OCZAMI WYSTAJĄCYM Z WODY. HIPOPOTAMY TRZYMAJĄ SIĘ Z DALEKA. SŁYCHAĆ JAK POSAPUJĄ.

IDZIEMY BRZEGIEM RZEKI PATRZĄC TO NA ZWIERZĘTA, TO NA WYŻŁOBIENIA W TERENIE POZOSTAWIONE PRZEZ ZWIERZĘTA WYCHODZĄCE Z WODY.

PORA NA LUNCH. DOSTALIŚMY GO W DWÓCH EMALIOWANYCH GARNKACH.
W JEDNYM CIENKI MAKARON Z MARCHEWKĄ, W DRUGIM KAPUSTA Z MARCHEWKĄ ALE INACZEJ POKROJONĄ. W SUMIE JEDZENIE WCALE NIE BYŁO ZŁE, CHOCIAŻ JA NIE CIERPIĘ MARCHEWKI BO JESTEM NA NIĄ UCZULONA.

JEDZIEMY DALEJ. NAGLE W SAMOCHODZIE ZACZĘŁO COŚ GWAŁTOWNIE MÓWIĆ. KIEROWCY WSZYSTKICH SAMOCHODÓW MAJĄ KRÓTKOFALÓWKI PLUS TELEFONY KOMÓRKOWE. GDY WIDZĄ JAKIEŚ ZWIERZĘ Z WIELKIEJ PIĄTKI LUB INNE, TROCHĘ RZADSZE NIŻ TO CO SIĘ PASIE W OKOŁO, OD RAZU INFORMUJĄ POZOSTAŁYCH.
RUSZYLIŚMY TAM GDZIE COŚ MA BYĆ.

NA DRZEWIE LEŻY W NIEDBAŁEJ POZYCJI LAMPART. PATRZY WOKOŁO. PRZEPIĘKNY.
NIEKIEDY OBRACA ŁEB TROCHĘ W LEWO, TROCHĘ W PRAWO. TAK ABY LEPIEJ BYŁO GO FOTOGRAFOWAĆ. JEGO NONSZALANCKA POZA, SZLACHETNA MORDA, CĘTKOWANE UBARWIENIE, SĄ PO PROSTU ZJAWISKOWE. IGNORUJE OTACZAJĄCE GO GRONO LUDZI. OD CZASU DO CZASU MACHNIE OGONEM, ZNUDZONY, BĘDĄCY PONAD ZACHWYTY ŚWIATA.
CIEKAWE CO MYŚLI, CZUJE.
PO LAMPARCIE INNE ZWIERZĘTA WYDAJĄ SIĘ MNIEJ MALOWNICZE.

APETYT ROŚNIE W MIARĘ JEDZENIA. Z WIELKIEJ PIĄTKI ZOSTAŁ NAM TYLKO DO ZOBACZENIA NOSOROŻEC.

OKOŁO 17-tej WRACAMY. O 18-tej BRAMY PARKU SĄ ZAMYKANE NA NOC.

CZAS NA DRINKA. SIADAMY PRZED NAMIOTEM OTOCZONYM DRZEWAMI, KRZEWAMI, SKĄD DOCHODZĄ NAS GŁOSY WSZYSTKICH PTASZKÓW I OWADÓW TEŻ KOŃCZĄCYCH DZIEŃ.

KOLACJA JEST W FORMIE BUFETU. KURCZAK, WARZYWA, RYŻ.

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *