05.11.2019 – ŚNIADANIE W AMSTERDAMIE – GRILL W GUAYAQUIL

.
WSTALIŚMY PRZED CZASEM. ZGODNIE Z WCZORAJSZĄ PROPOZYCJĄ JOE DOWOZI NAS NA LOTNISKO JADĄC DO PRACY.
DZIĘKI JOE. JESTEŚ WIELKI.

CHOCIAŻ JADĄC DO AIRPORTU TRAFIAMY NA LEKKIE KORKI, TO MAMY SPORO CZASU, BO DZIĘKI NADANIU “CIĘŻKICH WALIZ” JESZCZE WCZORAJ W BARCELONIE, NIE MUSIMY SIĘ MARTWIĆ DŁUGOŚCIĄ KONTROLI BEZPIECZEŃSTWA, KTÓRA ZWYKLE W NASZYM PRZYPADKU TRWA WIEKI.

POSTANOWILIŚMY OD RAZU PRZEJŚĆ PRZEZ BRAMKI. WOMBAT MIAŁ PRZY SOBIE SKŁAD KOSMETYKÓW, JAKIEGO NIE WIDZIAŁA NA OCZY NIEJEDNA EKSPEDIENTKA “SEPHORY” I CHCIAŁ JAK NAJPRĘDZEJ MIEĆ JUŻ ZA SOBĄ DENERWUJĄCĄ KONTROLĘ.

POMIMO TEGO, ŻE LUDZI BYŁO SPORO, CAŁA PROCEDURA POSZŁA BARDZO SZYBKO. ODSTAWIWSZY DO POJEMNIKÓW WSZELKIE POSIADANE PRZY SOBIE DOBRA, WSZEDŁEM DO PRZEŹROCZYSTEJ TUBY PEŁNIĄCEJ ROLĘ ROZBIERACZA-WYKRYWACZA. PO DOSYĆ DOKŁADNYM ELEKTRONICZNYM WYMACANIU PRZEZ MASZYNĘ, PRZYSZŁA KOLEJ NA GUCIA W GUMOWYCH RĘKAWICZKACH. RAŹNIE ZABRAŁ SIĘ ON, DO W MIARĘ DOKŁADNEGO I DŁUGIEGO OBMACYWANIA MOJEGO UTYTEGO CIAŁA. WIDAĆ, ŻE PROFESJONALISTA.
OCZYWIŚCIE ANI U WOMBATA, ANI U MNIE NICZEGO NIE ZNALEŹLI. NATOMIAST TORBY – ZGODNIE Z PRZEWIDYWANIAMI WOMBACIKA NIE UNIKNĘŁY ZATRZYMANIA. ILOŚĆ KOSMETYKÓW BRANYCH PRZEZ NAS NA PODRÓŻE MOŻE NIEJEDNEGO ZADZIWIĆ. ALE TAK TO JUŻ JEST, GDY SIĘ MA PROBLEMY Z UCZULENIAMI. DO KUPIONYCH W AMSTERDAMIE PRZEPISOWYCH BUTELECZEK MOJA PARTNERKA PRZELAŁA WSZYSTKO, CO SIĘ DAŁO I TERAZ SŁUŻBY BĘDĄ MIAŁY ROBOTĘ.
TEN SAM GUCIO, KTÓRY BADAŁ MNIE, RZUCIŁ SIĘ TERAZ JAK OWCZAREK NIEMIECKI NA ZAWARTOŚĆ DWÓCH WZBUDZAJĄCYCH SYGNAŁY SKANERA TOREB. POWOLI, BARDZO DOKŁADNIE, W PRZEMYŚLANY SPOSÓB PRZEPROWADZIŁ KONTROLĘ. PRZYJEMNIE BYŁO POPATRZEĆ…

.

AMSTERDAM – DZIĘKI ZA WSZYSTKO KOCHANI. DO ZOBACZYSKA !!!

.

GDYBYŚCIE KIEDYKOLWIEK MIELI SPORO BAGAŻU PODRĘCZNEGO, A W NIM DUŻO KOSMETYKÓW, TO PRZYJDŹCIE NA ODPRAWĘ BEZPIECZEŃSTWA TROCHĘ WCZEŚNIEJ. BO NIE WIERZĘ, BY WSZYSCY CELNICY BYLI TAKIMI PROFESJONALISTAMI JAK TEN OBSŁUGUJĄCY NAS …
LOT DO GUAYAQUIL TRWA DOSYĆ DŁUGO, BO PONAD 12 GODZIN. TYM RAZEM KLM NIE ZAWIÓDŁ. PODRÓŻ – Z KRÓCIUTKIM, 60 min STOPEM W QUITO, MINĘŁA BEZPROBLEMOWO. JEDZENIE BYŁO NIEZŁE, OBSŁUGA MIŁA I UPRZEJMA. PLANOWO WYLĄDOWALIŚMY. JEDYNYM EWENTUALNYM MANKAMENTEM BYŁA ILOŚĆ PASAŻERÓW NA POKŁADZIE. ALE TO MÓJ, A NIE ICH – KLM PROBLEM.

KONTROLA PASKÓW POSZŁA SPRAWNIE.

PONIEWAŻ W EKWADORZE OFICJALNĄ WALUTĄ JEST US$, NIE TRACI SIĘ CZASU NA WYMIANĘ.

POZOSTAWIŁEM WOMBATA Z BAGAŻEM PRZY PUSTYM KONTUARZE OBSŁUGUJĄCYM PASAŻERÓW CHĘTNYCH DO SKORZYSTANIA Z TAXI, I POSZEDŁEM ZOBACZYĆ JAK WYGLĄDA SPRAWA NABYCIA KARTY SIM DO KOMÓRKI. NAJTAŃSZA KOSZTOWAŁA US$ 15. ODPUŚCIŁEM. WYDAWAŁY MI SIĘ ZBYT DROGIE.

W BIURZE TAXI CIĄGLE NIE BYŁO NIKOGO. WYSZEDŁEM ZOBACZYĆ PRZED BUDYNEK JAK WYGLĄDA SPRAWA PRZEJAZDU. ZANIM ZDĄŻYŁEM PODEJŚĆ DO KIEROWCÓW, POJAWIŁ SIĘ URZĘDAS PYTAJĄC GDZIE CHCĘ JECHAĆ. CENA JAKĄ PODAŁ, BYŁA IDENTYCZNA ZE ZNANĄ NAM Z NETU.

WRZUCILIŚMY GRATY DO PIERWSZEJ WOLNEJ TAKSÓWKI, SPRAWDZAJĄC CZY KIEROWCA WIE GDZIE MA NAS DOSTARCZYĆ. NIE BYŁ CHYBA PEWIEN, BO O COŚ WYPYTYWAŁ INNYCH. RUSZYLIŚMY. 5 min PÓŹNIEJ DOJECHALIŚMY NA MIEJSCE. PRAWIE. TAKSIARZ NIE POTRAFIŁ BOWIEM ZLOKALIZOWAĆ NUMERU, POD KTÓRYM MIAŁ NAS WYSADZIĆ. ULICA WŁAŚCIWA, A BUDYNKU NIE MA …
PODSUNĄŁEM GOŚCIOWI ODKRYWCZY POMYSŁ, BY ZASIĘGNĄŁ JĘZYKA OD KOGOŚ NA ULICY. UDAŁO MU SIĘ TRAFIĆ ZA PIERWSZYM RAZEM NA ODPOWIEDNIEGO CZŁOWIEKA. MINUTY PÓŹNIEJ BYLIŚMY TAM GDZIE TRZEBA. MUSZĘ PRZYZNAĆ – JAKO CZŁOWIEK ZNAJĄCY ZAWÓD TAKSÓWKARZA – ŻE FAKTYCZNIE ZNALEZIENIE TEJ MIEJSCÓWKI, MAJĄCEJ BYĆ NASZĄ SYPIALNIĄ PRZEZ JEDNĄ NOC, NIE JEST PROSTE.

TAXI STANĘŁO NA KRÓTKIEJ ULICZCE WYPEŁNIONEJ W CAŁOŚCI MUROWANĄ ZABUDOWĄ DODATKOWO ZABEZPIECZONĄ WYSOKIMI MURAMI Z DRUTEM KOLCZASTYM NA SZCZYCIE.
POCZUŁEM SIĘ OD RAZU JAK KILKA LAT TEMU NA DOMINIKANIE. TAM TEŻ MIESZKALIŚMY W CZYMŚ JAK FORTECA.
NAWET TEN SAM SZARY KOLOR. JEDYNA RÓŻNICA, TO DOBRZE WIDOCZNA NAZWA.

ZADZWONIŁEM NA ZABEZPIECZONY ŻELAZNYMI PRĘTAMI DOMOFON CASA SERENA. PO CHWILI KTOŚ ZAREAGOWAŁ, A POTEM ŻELAZNE, PANCERNE WROTA UCHYLIŁY SIĘ I STANĘLIŚMY TWARZĄ W TWARZ Z WŁAŚCICIELKĄ I JEJ SIKAJĄCYM GDZIE POPADNIE PIESKIEM.

SYPIALNIA, KTÓRĄ NAM POKAZANO NIE WZBUDZIŁA NASZEGO ZACHWYTU, CHOCIAŻ NIE BYŁA ZŁA. NIEZBYT DUŻA, PRZEZNACZONA DLA CO NAJMNIEJ 3 os. TOTALNIE ZAGRACONA I JAK DLA MNIE CIEMNA. NATOMIAST ŁAZIENKA JASNA I WYGLĄDAJĄCA CZYSTO.
W POKOJU TV, CZAJNIK ELEKTRYCZNY, TROCHĘ PODNISZCZONA LODÓWKA I CZARNE, ŻELAZNE DRZWI.

NA DWORZE JUŻ ZAPADŁ ZMROK. NIEZBYT UŚMIECHAŁO SIĘ NAM WAŁĘSANIE W CIEMNOŚCIACH PO OKOLICY. PRAWDĘ POWIEDZIAWSZY NIE WYGLĄDAŁA ZACHĘCAJĄCO, A Z INFORMACJI JAKIE POSIADAMY TO MIASTO NIE NALEŻY DO BEZPIECZNYCH. ALE BYLIŚMY GŁODNI. PO KRÓTKIM WYWIADZIE POSTANOWILIŚMY ZARYZYKOWAĆ I PODEJŚĆ DO REKOMENDOWANEJ RESTAURACJI CHIMICHURRY RESTAURANTE & GRILL LEŻĄCEJ TUŻ ZA ROGIEM. MIEJSCE, DO KTÓREGO TRAFILIŚMY TO DOBRZE WYGLĄDAJĄCA ULICZNA GARKUCHNIA W DOSYĆ SOLIDNYM BUDYNKU. WŁASNOŚĆ SYNA WŁAŚCICIELKI NOCLEGOWNI, W KTÓREJ ŚPIMY. WYBÓR BYŁ PRAWDĘ POWIEDZIAWSZY NIEWIELKI: KIEŁBASA LUB KURCZAK Z ROŻNA, ZWANEGO TU GRILLEM. KURCZAKA NIE CHCIELIŚMY. DALSZE POSZUKIWANIE WYKLUCZYLIŚMY. SYN WŁAŚCICIELKI BYŁ BARDZO MIŁY I POMOCNY, WIĘC ZGODZILIŚMY SIĘ NA KIEŁBASĘ, NA KTÓRĄ TAK NAPRAWDĘ NIE MIELIŚMY OCHOTY. DO TEGO SAŁATKA I PIWO (JAKO PIERWSZY ZAPOBIEGASZ). PODANA KIEŁBASA OKAZAŁ SIĘ LEPSZA NIŻ SĄDZILIŚMY. KOSZT PORCJI KIEŁBACHY, SAŁATKI I MAŁEGO PIWA – US$ 5,75

KELNER BYŁ TAK UPRZEJMY, ŻE ZAPROWADZIŁ NAS DO SKLEPU, GDZIE DROGĄ KUPNA NABYLIŚMY COCA-COLĘ.
SKLEP, JEGO OTOCZENIE, A WŁAŚCIWIE CAŁA DZIELNICA KOJARZY MI SIĘ NIEODPARCIE Z “UCIECZKĄ Z NOWEGO YORKU”.

W POKOJU ROZCIEŃCZYLIŚMY COLĘ WHISKACZEM I WYPILIŚMY PO DRINKOSIKU, NA WYPADEK GDYBY KIEŁBASKA CHCIAŁA WYWOŁAĆ REWOLUCJĘ W NASZYCH BRZUCHACH. WHISKACZ Z KOLEI OSŁABIŁ TROCHĘ DZIAŁANIE COLI, KTÓRA JAK WSZYSCY WIEDZĄ WYŻERA WSZYSTKO…

JUTRO GALAPAGOS …

.

>     ZOBACZ FOTY    <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *