san cristobal, galapagos, see lion

08.11.2019 – GALAPAGOS. CO IGUANA MA NA MYŚLI

.

ZWYCZAJOWO ZJEDLIŚMY ŚNIADANIE NA OLBRZYMIM TARASIE, KTÓREGO – CO MNIE DZIWIŁO – POZA NAMI NIKT W TYM CELU NIE UŻYWAŁ.

POTEM PIETRUSZKA POBIEGŁ PO KARTĘ TELEFONICZNĄ BO JAK WIADOMO POTRZEBUJE DOSTĘPU DO INTERNETU JAK TLENU.

KARTA KTÓRĄ KUPIŁ W GUAYAQUIL MIAŁA PROBLEM: NIE UDAŁO SIĘ JEJ ZAREJESTROWAĆ, MIMO, ŻE UPRZEJMY FABRIZIO DOSTARCZYŁ NAM SWOJE WRAŻLIWE DANE. NAJPROŚCIEJ BYŁOBY GDYBY SPRZEDAWCA ZAREJESTROWAŁ KARTĘ NA SIEBIE. TO BYŁA RADA LOURDES I MIGUELA, KTÓRZY WŁAŚNIE TAK – DZIĘKI UPRZEJMOŚCI WŁAŚCICIELA HOTELU W KTÓRYM MIESZKALI – AKTYWOWALI SWOJĄ KARTĘ, I TYM SAMYM DOSTĘP DO INTERNETU.

ZMITRĘŻYLIŚMY TEŻ TROCHĘ CZASU, BO LINIE LATAM PRZYSŁAŁY INFO Z PROŚBĄ O DOKONANIE ODPRAWY NA JUTRZEJSZE LOTY. TO WSZYSTKO SPOWODOWAŁO, ŻE WYSZLIŚMY Z HOSTELU BARDZO PÓŹNO.

TAKSÓWKA NA PLAŻĘ KOSZTUJE US$ 4, ALE WOLELIŚMY IŚĆ TE 1,5 km. PIECHOTĄ.

POCZĄTKOWO DROGA BIEGŁA MIĘDZY DOMAMI, POTEM ZMIENIŁA SIĘ W ASFALTOWĄ SZOSĘ O MAŁO CIEKAWYM POBOCZU. NA KOŃCU DOSZLIŚMY DO PIASZCZYSTEGO TERENU. ZA NIM ROZCIĄGAŁA SIĘ PLAŻA LOBERIA.

NA NIEJ CZTERY OSOBY I LWY MORSKIE. DUŻE, MAŁE, I ZUPEŁNIE MALUTKIE. TE OSTANIE LEŻAŁY W PŁYTKIEJ WODZIE KOŁYSANE JEJ RUCHAMI. FALE BYŁY JEDNAK NA TYLE DUŻE, ŻE NIKT SIĘ NIE KĄPAŁ. RUSZYLIŚMY DALEJ WZDŁUŻ BRZEGU. DOSZLIŚMY DO SŁUPA Z INFORMACJĄ O SZLAKU DO LAS NEGRITAS ODLEGŁEGO O 900 m. LAS NEGRITAS TO TEREN USIANY ODŁAMKAMI SKAŁY WULKANICZNEJ OBEJMUJĄCY TEŻ KLIF I PUNKT WIDOKOWY ACANTILADO LA LOBERIA.

DROGA ZAZNACZONA BYŁA PALIKAMI I PROWADZIŁA MIĘDZY ŁĄKAMI I KAMIENIAMI WULKANICZNEGO POCHODZENIA POKRYWAJĄCYMI BRZEG …

IDZIEMY, A TU NAGLE NIEWIELKA IGUANA, POTEM DRUGA. LEŻĄ PRZYLEPIONE DO KAMIENI. 

.

SAN CRISTOBAL – SPOTKANIE Z LEGWANEM PODCZAS SPACERU PO LAS NEGRITAS

.

PO CHWILI KRAJOBRAZ SIĘ ZMIENIŁ.
PO OBU STRONACH ŚCIEŻKI POJAWIŁY SIĘ CZARNE GŁAZY. W TLE KRZAKI PRZYPOMINAJĄCE NASZĄ BOŻONARODZENIOWĄ ZIELONĄ JEMIOŁĘ. MIAŁY BIAŁE WĄSKIE KONARY. CIEKAWE.
POTEM WŁAŚCIWIE SZLIŚMY JUŻ TYLKO PO KAMIENIACH.

LEGWANÓW BYŁO CORAZ WIĘCEJ. TRZEBA BYŁO BARDZO UWAŻAĆ ABY NIE NADEPNĄĆ KTÓREMUŚ NA OGON. CO RUSZ ZATRZYMYWALIŚMY PRZY JAKIEJŚ PIĘKNEJ UBARWIONEJ JASZCZURCE. NIEKTÓRE MAJĄ KOLOROWE PANCERZE: CZERWONE, ZIELONE, ŻÓŁTE ALBO RÓŻNOKOLOROWY. IROKEZY TEŻ SĄ RÓŻNEJ WIELKOŚCI.
NIE BOJĄ SIĘ, NIE UCIEKAJĄ. ALE TRZEBA SZANOWAĆ ICH PRZESTRZEŃ.

ROBIŁAM JEDNEJ ZDJĘCIE I CHYBA BYŁAM ZA BLISKO BO SPLUNĘŁA NIE RUSZAJĄC SIĘ Z MIEJSCA. NIE WE MNIE, ALE W PRZESTRZEŃ. NIE WIEM CZY MNIE OSTRZEGAŁA CZY MOŻE PRZECIWNIE, CHCIAŁA ZE MNĄ NAWIĄZAĆ STOSUNKI TOWARZYSKIE. ONE SPECYFICZNIE SIEDZĄ NA KAMIENIACH OBEJMUJĄC JE ŁAPAMI PRZEDNIMI A TYLNE MAJĄ CAŁY CZAS ZGIĘTE. NIEKIEDY CHOWAJĄ GŁOWY POD KAMIEŃ. MOŻE IM SIĘ WYDAJE, ŻE JAK SCHOWAJĄ GŁOWĘ TO ICH NIE MA.

POTEM TO JUŻ BYŁO TYLKO GORZEJ, BO WSPINALIŚMY SIĘ PO CZARNYCH SKAŁACH, PRAWIE WYCZYNOWO I POD GÓRĘ. DŁUGO TO WSZYSTKO TRWAŁO BO ZATRZYMYWALIŚMY SIĘ PRZY PRAWIE KAŻDEJ JASZCZURCE.

W KOŃCU PALIKI ZNACZĄCE DROGĘ DOPROWADZIŁY NAS NA SZCZYT KLIFU LAS NEGRITAS – ACANTILADO LA LOBERIA. WIDOK BYŁ PIĘKNY. MORZE, KTÓREGO FALE ROZBIJAJĄ SIĘ O SKAŁY, SZYBUJĄCE PTAKI. WOKÓŁ NAS WYSTAJĄCE GŁAZY, GDZIENIEGDZIE TRAWA, KRZAKI. NOSTALGICZNE PUSTKOWIE.

Z POWROTEM SZLIŚMY SZYBCIEJ. PILNOWALIŚMY TEŻ BY NIE WYSTRASZYĆ ZWIERZĄT. ONE TAK SIĘ ZLEWAJĄ Z KAMIENIAMI, ŻE NIE ZAWSZE MOŻNA JE W PORĘ DOSTRZEC.

OCEAN ZROBIŁ SIĘ SPOKOJNIEJSZY I NA PLAŻY POJAWIŁO SIĘ WIĘCEJ NURKUJĄCYCH OSÓB. KĄPIĄCYCH SIĘ LWÓW TEŻ.

LWY SĄ TAK UROKLIWE, ŻE MOŻNA GODZINAMI PATRZEĆ JAK PRZEWRACAJĄ SIĘ Z BOKU NA BOK, JAK SUNĄ PO PLAŻY, WCHODZĄ DO WODY, PRZYTULAJĄ DO SIEBIE, KARMIĄ MŁODE, BAWIĄ SIĘ. NIEKTÓRE PŁYWAŁY ALBO LEŻAŁY NA PLECACH PRZY BRZEGU POZWALAJĄC ABY WODA JE UNOSIŁA. KOMPLETNY RELAKS. PEŁNIA SZCZĘŚCIA.

ZREFLEKTOWALIŚMY SIĘ: MUSIMY SZYBKO WRACAĆ, ABY ZDĄŻYĆ PRZED ZACHODEM SŁOŃCA NA PLAŻĘ MANN LUB PUNTA CAROLA. Z KROKOMIERZA W TELEFONIE PIETRUSZKI – MÓJ NIE WIEDZIEĆ CZEMU SIĘ ZATRZYMAŁ – WYNIKAŁO ŻE ZROBILIŚMY PONAD 10 km.

NIESTETY PLAŻA CAROLA BYŁA ZA DALEKO. ALE ZDĄŻYLIŚMY NA PLAŻĘ MANN

USIEDLIŚMY NA PIASKU W OTOCZENIU LWÓW, KTÓRE TAK JAK MY – ULEGŁY CZAROWI ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA. NAWOŁYWAŁY SIĘ, KŁADŁY OBOK SIEBIE, PATRZYŁY W MORZE. MY, LUDZIE, BYLIŚMY DODATKIEM DO ICH ŚWIATA. SIEDZIELIŚMY TAK AŻ SIĘ ZROBIŁO ZUPEŁNIE CIEMNO. BYŁO PIĘKNIE.

KOŁO 18-tej PRZYSZLI JACYŚ PILNOWACZE I PROSILI ABY OPUŚCIĆ PLAŻĘ. PRZESZLIŚMY JESZCZE KAWAŁEK DREWNIANYM POMOSTEM PO LEWEJ STRONIE PLAŻY WZDŁUŻ BRZEGU PATRZĄC W CIEMNOŚCI NA OŚWIETLONE PUERTO. WIDOK JAK Z POCZTÓWKI.

CHODZĄC PO MIASTECZKU MIJALIŚMY CZĘSTO MAŁĄ RESTAURACJĘ, W KTÓREJ BYŁY STALE JAKIEŚ PROMOCJE. PRZYCIĄGAŁY NASZĄ UWAGĘ. DANIA Z CENAMI WYPISANO DUŻYMI LITERAMI NA TABLICACH STOJĄCYCH NA CHODNIKU. MENU WYDAWAŁO SIĘ BYĆ CIEKAWE, A CENY PRZEKONYWUJĄCE. BYĆ MOŻE DAWALIŚMY SIĘ PONIEŚĆ MOCY ODDZIAŁYWANIA REKLAM.

POSZLIŚMY TAM COŚ ZJEŚĆ. NAZYWAŁO SIĘ TO J & J RESTAURANTE. W PROMOCYJNEJ CENIE US$ 5 BYŁA RYBA Z FRYTKAMI I SAŁATKĄ. BYŁO TEŻ CEVICHE MIXTO. ZAMÓWILIŚMY TE DWA DANIA.

WSZYSTKO BYŁO BARDZO DOBRE O WYRAZISTYCH SMAKACH. RYBA BYŁA RYBĄ, A SUROWE MORSKIE STWORY NIE POZOSTAWIAŁY WĄTPLIWOŚCI CO DO ICH POCHODZENIA. MOIM ZDANIEM LEPSZE I WIELE TAŃSZE NIŻ W EL DESCANSO MARINERO. RAZEM Z DWOMA MAŁYMI BUTELKAMI ENDEMICZNEGO PIWA ZAPŁACILIŚMY US$ 19, BIORĄC JEDNO Z DROŻSZYCH DAŃ JAKIM BYŁO CEVICHE MARISCOS @ US$ 12. BYŁY TEŻ TAŃSZE CEVICHE, KURCZAK, INNE DANIA O RÓWNIE NIEWYGÓROWANYCH CENACH. POLECAM.

.

>     ZOBACZ FOTY    <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *