30/31.01.2015 – MRAUK-U I MANDALAY

.

ZAPLANOWALIŚMY ROZPOCZĄĆ DZIEŃ  OD PODZIWIANIA ŚWIĄTYŃ W BLASKU WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA. WSTALIŚMY O JAKIEJŚ STRASZNEJ PORZE I W CIEMNOŚCIACH  DOSZLIŚMY DO HARIDAUNG PAYA BO WYDAWAŁO NAM SIĘ, ŻE STAMTĄD BĘDZIE NAJLEPSZY WIDOK NA OTACZAJĄCE WOKOŁO STUPY. BYŁO TO NASZE PIERWSZE ZETKNIĘCIE ZE WSCHODEM SŁOŃCA W BIRMIE. WSPIĘLIŚMY SIĘ NA WZGÓRZE NA KTÓRYM ZBUDOWANA ZOSTAŁA STUPA. ZROBIŁO SIĘ SZARO TAK, ŻE MOGLIŚMY ROZRÓŻNIĆ KONTURY POSZCZEGÓLNYCH STUP. POCZĄTKOWO WYDAWAŁY SIĘ ZAMGLONE.

WSCHÓD SŁOŃCA WIDZIANY Z HARIDAUNG PAYA

WSCHÓD SŁOŃCA WIDZIANY Z HARIDAUNG PAYA

.

POWOLI Z OPADAJĄCEJ MGŁY ZACZĘŁY WYŁANIAĆ SIĘ DOKŁADNE KSZTAŁTY ŚWIĄTYŃ. DOPIERO PO CHWILI WSCHÓD SŁOŃCA ZABARWIŁ JE NA ZŁOTY KOLOR. TO BYŁ PIĘKNY WIDOK. NAJŁADNIEJ WYGLĄDAŁY TE, KTÓRYCH CZUBKI BYŁY JUŻ PODŚWIETLONE SŁOŃCEM A PODSTAWA NADAL POGRĄŻONA BYŁA WE MGLE. NAWET WTEDY, KIEDY SŁOŃCE USTABILIZOWAŁO SWOJĄ POZYCJĘ NA NIEBIE WARTO BYŁO PATRZEĆ DALEJ.
JESZCZE CHCEMY DOJECHAĆ DO POŁOŻONEJ POZA OBRĘBEM MIASTECZKA STUPY KOMPLEKSU KOE-THAUNG. PO OBEJRZENIU WSCHODU SŁOŃCA SCHODZIMY NA DROGĘ W PRZEKONANIU, ŻE ZARAZ ZŁAPIEMY JAKIŚ POJAZD. ULICA JEST PUSTA. IDZIEMY PARĘ ULIC W LEWO – TO SAMO. PARĘ PRAWO – TAKŻE NIC NIE JEDZIE. STAJEMY NA SKRZYŻOWANIU ULIC W NADZIEI, ŻE ZARAZ POJAWI SIĘ JAKIŚ TRANSPORT. MAMY MAŁO CZASU, BO MUSIMY WRÓCIĆ DO HOSTELU NA ŚNIADANIE. PO ŚNIADANIU WYJEŻDŻAMY DO MANDALAY. AUTOBUS JEST O GODZINIE 9.30.

PO POWROCIE DO HOSTELU DOSTAJEMY NA NASZE ŻYCZENIE BIRMAŃSKIE ŚNIADANIE. SMAŻONE W CIEŚCIE BANANY, MAKARON I COŚ W DOŚĆ DUŻYCH KAWAŁKACH, LEKKO SMAŻONE. SMAKUJE DOBRZE. JEMY I UBOLEWAMY, ŻE BYLIŚMY TUTAJ TAK KRÓTKO. NIE WIDZIELIŚMY WSZYSTKIEGO CO WARTO TUTAJ ZOBACZYĆ. RESZTA MIESZKAŃCÓW ZACZYNA SIĘ SCHODZIĆ NA ŚNIADANIE. ZAPRASZAMY NA BALKON SZWAJCARA, KTÓREMU POLECAMY WCZORAJSZĄ WYCIECZKĘ. DOSIADA SIĘ ALICJA. W MIĘDZYCZASIE OKAZUJE SIĘ, ŻE NIE TYLKO MY JEDZIEMY DZISIAJ AUTOBUSEM I DO TEGO W STRONĘ MANDALAY. TA TRASA, TO ZNACZY Z MRAUK U (MRAUK OO, MRAUK-U, MYAUK U) DO MANDALAY LUB BAGANU JEST PRZEDMIOTEM LICZNYCH ZAPYTAŃ PODRÓŻNIKÓW W INTERNECIE. NAJPIERW TRASA WYMAGAŁA POZWOLENIA, POTEM W MIMO UWALNIANIA RÓŻNYCH REGIONÓW KRAJU OD KONIECZNOŚCI POSIADANIA ZEZWOLENIA JESZCZE PARĘ TEMU UZNAWANA BYŁA ZA NIEPRZEJEZDNĄ DLA TURYSTÓW. EWENTUALNE PRÓBY JAZDY ZACZYNAŁY SIĘ OD KUPNA BILETU AUTOBUSOWEGO PRZEZ MIEJSCOWYCH DLA TURYSTÓW. W CZASIE JAZDY BYŁY KONTROLE WOJSKOWE. OBECNIE PODRÓŻOWANIE PO REGIONIE ARAKANU NIE WYMAGA POZWOLENIA. KUPNO BILETU NIE NASTRĘCZA TRUDNOŚCI. WEDŁUG ZAPEWNIEŃ AGENTA PODRÓŻ MA TRWAĆ 9 GODZIN. AUTOBUS JEDZIE PRZEZ MIEJSCOWOŚĆ O NAZWIE MAGWE. TAM JEŻELI KTOŚ CHCE JECHAĆ DO BAGANU LUB RANGUNU MUSI WYSIĄŚĆ I ŁAPAĆ AUTOBUS, CZY MINIVAN DO SWOJEGO PUNKTU DOCELOWEGO.
ZABIERAMY DO ZAMÓWIONEGO WCZEŚNIEJ TUK-TUKA ALICJĘ ORAZ PARĘ HOLENDRÓW, FRANCUZA I JEDZIEMY NA DWORZEC AUTOBUSOWY. DWORZEC JEST DUŻY, MA STANOWISKO ODPRAWY AUTOBUSÓW, KRZESEŁKA NA ZEWNĄTRZ NA KTÓRYCH USADAWIAMY SIĘ W OCZEKIWANIU NA AUTOBUS. STOI TEŻ TERMOS Z HERBATĄ. ROZMOWA ZACZYNA SIĘ OD NIEŚMIERTELNEGO TEMATU. KTO, JAK I GDZIE PODRÓŻUJE.

 

ALICJA ODJEŻDŻA DO RANGUNU

ALICJA ODJEŻDŻA DO RANGUNU

.

OKAZUJE SIĘ, ŻE PARA HOLENDRÓW – LILY I JACK, ORAZ ZAPRZYJAŹNIONY Z NIMI PODRÓŻNICZO FRANCUZ JONATAN JADĄ TAK JAK MY O 9.30 DO MANDALAY A ALICJA DO RANGUNU (JANGON). PO PÓŁ GODZINIE OCZEKIWANIA PRZYJEŻDŻA AUTOBUS ALICJI, Z KTÓRĄ SIĘ SERDECZNIE ŻEGNAMY.

PIJĄC CZWARTĄ HERBATĘ CZEKAMY NASTĘPNE DWIE GODZINY. HOLENDRZY SĄ OD BARDZO DAWNA W DRODZE. WRACAJĄ DO DOMU W MARCU. W TRAKCIE PODRÓŻY PO BIRMIE POZNALI JONATANA Z KTÓRYM SIĘ ZAPRZYJAŹNILI. JONATAN CHCE OTWORZYĆ NA MORZEM SZKOŁĘ SURFINGU. BYĆ MOŻE POŁĄCZONE Z CENTRUM MEDYTACJI. TUŻ PRZED PRZYJAZDEM AUTOBUSU ALICJI ZGADAŁ SIĘ Z NIĄ O TYM. OKAZAŁO SIĘ ŻE ALICJA STUDIUJE RELIGIOZNAWSTWO I BYŁA W BUDDYSTYCZNYM CENTRUM MEDYTACJI, CO TEŻ INTERESUJE JONATANA. LUDZKIE LOSY SPLATAJĄ SIĘ CZASEM ZUPEŁNIE NIEOCZEKIWANIE. ZACZYNA SIĘ ROBIĆ CORAZ WIĘKSZY UPAŁ. SIEDZIMY KOLEJNE GODZINY. AUTOBUS PRZYJEŻDŻA Z CZTEROGODZINNYM SPÓŹNIENIEM TJ O 13.30. POZA NAMI PODRÓŻUJE 4, 5 OSÓB. NA PODŁODZE AUTOBUSU ZNAJDUJĄ SIĘ WORKI Z ORZESZKAMI. KIEROWCA I JEGO POMOCNIK USADAWIAJĄ NAS NA NUMEROWANYCH MIEJSCACH. PO OKOŁO GODZINIE JAZDY POSTANAWIAMY ZMIENIĆ NASZE MIEJSCA TAK, ŻE KAŻDY MA DLA SIEBIE 2 SIEDZENIA. JEST WYGODNIEJ A AUTOBUS NIE LICZĄC WORKÓW I NAS JEST PRAWIE PUSTY. PO OKOŁO PÓŁTOREJ GODZINIE JAZDY AUTOBUS ŁAPIE GUMĘ. WYSIADAMY ABY POPATRZEĆ NA ZMIANĘ KOŁA. NASTĘPNY PRZYSTANEK TO OBIAD. PRZYDROŻNA RESTAURACJA MA DOŚĆ DUŻY WYBÓR DAŃ.

 

OBIAD W PRZYDROŻNEJ KNAJPCE

OBIAD W PRZYDROŻNEJ KNAJPCE

.

ZAMAWIA JONATAN KTÓRY STARA SIĘ NAUCZYĆ BIRMAŃSKIEGO, PRZYDA MU SIĘ GDY OTWORZY BIZNES. WIDAĆ, ŻE MA ZDOLNOŚCI JĘZYKOWE. OBSŁUGA RESTAURACJI JEST ZACHWYCONA. WYBIERAMY RÓŻNE WARZYWA, TROCHĘ KURCZAKA. DANIA SERWOWANE SĄ W MAŁYCH MISECZKACH. WŁAŚCICIEL STAWIA MISECZKI Z INNYMI  DANIAMI. JEDZENIE JEST PRZECIĘTNE. PŁACIMY  7000 KYATÓW, KTÓRA TO KWOTA JAK NA PRZYDROŻNĄ RESTAURACJĘ I SMAK JEDZENIA WYDAJE SIĘ BYĆ WYGÓROWANA. KONTYNUUJEMY JAZDĘ. NAGLE STOP – ZNOWU GUMA !!! ZASTANAWIAMY SIĘ ILE ZAPASOWYCH KÓŁ MA TEN AUTOBUS. ROBI SIĘ CIEMNO. ILUZJĄ STAJE SIĘ 9 GODZIN JAZDY. STAJEMY ZNOWU. TYM RAZEM OKAZUJE SIĘ, ŻE JEST TO CZAS NA KOLACJĘ. KUPUJEMY MAKARON NA WYNOS BO POSTÓJ MA BYĆ KRÓTKI, A POZA TYM PO PÓŹNYM OBIEDZIE NIE JESTEŚMY GŁODNI.  ZAPADA NOC. JEMY MAKARON I UKŁADAMY SIĘ JAK MOŻEMY NA SIEDZENIACH. BUDZĘ SIĘ W ŚRODKU NOCY, BO AUTOBUS STAJE KOLEJNY RAZ. MUSZĘ IŚĆ DO TOALETY. MIEJSCOWY MĘŻCZYZNA WSKAZUJE MI KIERUNEK. IDĘ DO NIEJ PRZEZ JAKIŚ WARSZTAT, ODNOSZĘ WRAŻENIE, ŻE NASZE KOŁO JEST W NIM ŁATANE. TOALETA JEST CHWIEJĄCĄ SIĘ DREWNIANĄ BUDKĄ POGRĄŻONĄ W CIEMNOŚCI.  NIEZAPOMNIANE PRZEŻYCIE. WRACAJĄC MYŚLĘ SOBIE CO BĘDZIE JAK AUTOBUS ODJECHAŁ. NIKT Z NASZYCH NIE ZAUWAŻYŁ MOJEGO WYJŚCIA. AUTOBUS JEDNAK STOI I CZEKA NA MNIE.

BUDZIMY SIĘ OKOŁO 8 RANO. DO DWORCA (KYWE SE KAN) W MANDALAY DOJEŻDŻAMY OKOŁO 8.30. PODRÓŻ TRWAŁA 18 GODZIN!!! PO WYJŚCIU Z AUTOBUSU OBLEGAJĄ NAS KIEROWCY WSZELAKICH POJAZDÓW PROPONUJĄC SWOJE USŁUGI. DWORCE AUTOBUSOWE W WIĘKSZOŚCI MIAST W AZJI POŁOŻNE SĄ POZA CENTRUM MIASTA. JONATAN PROPONUJE JAZDĘ DO HOSTELU RICH QUEEN PODANEGO W LONELY PLANET, NA CO SIĘ ZGADZAMY.
NIE JESTEŚMY JEDNAK W STANIE ZABRAĆ SIĘ JEDNĄ TAKSÓWKĄ. MIMO, ŻE TAKSÓWKARZ JEST CHĘTNY DO ZABRANIA 5 OSÓB NIE ZGADZAMY SIĘ NA TO. PIETRUSZKA JEDZIE MOTORYNKĄ Z KOLEGĄ TAKSÓWKARZA. JONATAN PODAJE ADRES I NAZWĘ HOSTELU. ULICE W MANDALAY NIE MAJĄ NAZW, TYLKO NUMERY. JAK W NY. PO KRÓTKIEJ JEŹDZIE ORIENTUJEMY SIĘ, ŻE KIEROWCA NIE WIE GDZIE JEST HOSTEL I CO ISTOTNIEJSZE NIE POTRAFI SIĘ PORUSZAĆ PO MIEŚCIE. STAJE. DZWONI DO KOLEGI Z MOTORYNKĄ. Z TONU GŁOSU WNIOSKUJEMY, ŻE JEST BEZRADNY. JONATAN ZMUSZA GO DO ZATELEFONOWANIA DO HOSTELU ABY PODANO MU DROGĘ. NIE DAJE TO REZULTATU. WYSIADAMY Z TAKSÓWKI. KIEROWCA ZAPEWNIA, ŻE JUŻ WIE JAK JECHAĆ. ZNOWU DZWONI DO KOLEGI. JONATAN POKAZUJE MU NUMERY ULIC. PO CHWILI JAZDY KIEROWCA SIĘ GUBI. ZNOWU WYSIADAMY. ZACZYNAMY WYCIĄGAĆ BAGAŻE. JONATAN WZBURZONY MA PRETENSJE DO TAKSÓWKARZA. TAKSÓWKARZ DRAMATYCZNYMI GESTAMI BŁAGA ABYŚMY WSIEDLI Z POWROTEM.
SCENY ŻYWCEM WZIĘTE Z JAKIEJŚ TRAGIKOMEDII. W KOŃCU DOJEŻDŻAMY. PIETRUSZKA ZDĄŻYŁ JUŻ WYBRAĆ POKÓJ ORAZ WYTARGOWAĆ CENĘ 20 $ ZA NOC I PYTA CO SIĘ DZIEJE

HOSTEL JEST PEŁNY, WIEC HOLENDRZY PRZYJACIELSKO DZIELĄ TRZYOSOBOWY POKÓJ Z JONATANEM. NASZ POKÓJ JEST FAJNY, DOŚĆ DUŻY, WYPOSAŻONY W LODÓWKĘ. ŁAZIENKA JEST TAKŻE NIEZŁA. WYCHODZIMY COŚ ZJEŚĆ A TAKŻE CHCEMY DOTRZEĆ DO ŚWIĄTYNI, W KTÓREJ JEST BUDDA MAHAMUNI (CANDASÃRA).

MANDALAY JEST DUŻE. MA SZEROKIE ULICE, DOŚĆ WYSOKĄ ZABUDOWĘ. RUCH NA ULICY OGROMNY. JEMY ULICZNE ŚNIADANIE W JADŁODAJNI PRZY PAŁACU KRÓLEWSKIM, KTÓREGO MURY ROZCIĄGAJĄ SIĘ NA OKOŁO 3 KM DŁUGOŚCI. ROZPOCZYNAMY MARSZ W KIERUNKU MAHAMUNI PAYA, W KTÓREJ ZNAJDUJE SIĘ PONAD TRZYMETROWEJ WIELKOŚCI POSĄG BUDDY. POSĄG POWSTAŁ W KSIĘSTWIE ARAKANU I TAM SIĘ ZNAJDOWAŁ DO CZASU KIEDY KRÓL BODAWPAYA W 1784 r. DOKONAŁ PODBOJU KSIĘSTWA, ZABIERAJĄC POSĄG. IDZIEMY ULICAMI OKOŁO 3 GODZIN STALE PYTAJĄC O DROGĘ I DOWIADUJĄC SIĘ, ŻE CIĄGLE IDZIEMY WE WŁAŚCIWYM KIERUNKU. ZACZYNAMY JEDNAK WĄTPIĆ, WIĘC POZA PYTANIEM O KIERUNEK DOKŁADAMY PYTANIE JAK DALEKO JESZCZE. I TU UZYSKUJEMY ODPOWIEDZI KTÓRE NIE NAPAWAJĄ NAS OPTYMIZMEM. PO CZTERECH GODZINACH ŁAPIEMY JAKIŚ SAMOCHÓD Z MŁODYMI CHŁOPAKAMI, KTÓRZY ZA DARMO PODWOŻĄ NAS DO ODLEGŁEJ PAGODY. NIE DOSZLIBYŚMY CHYBA NA PIECHOTĘ. ŚWIĄTYNIA MAHAMUNI BUDDHA JEST DUŻA.

 

MANDALAY - LEŻĄCY BUDDA W ŚWIĄTYNI MAHAMUNI

MANDALAY – LEŻĄCY BUDDA W ŚWIĄTYNI MAHAMUNI

.

OBCHODZIMY JĄ PAROKROTNIE W OKOŁO, ZA KAŻDYM RAZEM ODKRYWAJĄC NOWE SZCZEGÓŁY. PEŁNO MODLĄCYCH SIĘ WIERNYCH. ZŁOTY POSĄG BUDDY O WADZE OKOŁO 6 TON, MIERZĄCY OKOŁO 3,5 m WYSOKOŚCI ROBI OGROMNE WRAŻENIE. JEST POKRYTY ZŁOTYMI PŁATKAMI, LICZNYMI KLEJNOTAMI. NAKLEJANIE PŁATÓW ZŁOTA NA POSAG, ZAWIESZANIE KLEJNOTÓW Z ŻYCZENIAMI, MYCIE BUDDY JEST PRZYWILEJEM TYLKO MĘŻCZYZN. PRZYGLĄDAM MU SIĘ SIEDZĄC WŚRÓD INNYCH WIERNYCH I ZASTANAWIAM SIĘ CZY TA WIELKOŚĆ POSĄGU UTRWALA W NICH PRZEKONANIE O SILE TEGO W TO CO WIERZĄ, CZY POGŁĘBIA ICH WIARĘ, DĄŻENIE DO CORAZ TO LEPSZYCH UCZYNKÓW. A MOŻE WIARA W TO, ŻE TO WIZERUNEK PRAWDZIWEGO BUDDY, KTÓRY BĘDĄC W ARAKANIE ZOBACZYŁ POSĄG I TCHNĄŁ W NIEGO ŻYCIE, W WYNIKU CZEGO POSĄG STAŁ SIĘ JEGO WIZERUNKIEM I MA DZIEWIĘĆ CUDOWNYCH WŁAŚCIWOŚCI. DAJE SIŁĘ WIERNYM. IDĄC Z POWROTEM DO GŁÓWNEJ DROGI MIJAMY LICZNE PRACOWNIE, A ZARAZEM SKLEPY Z RZEŹBAMI W KTÓRYCH TWORZY SIĘ POSĄGI BUDDY, ELEMENTY ŚWIĄTYŃ, OZDOBY.

ŁAPIEMY JAKIEGOŚ TUK-TUKA I DOCIERAMY W OKOLICE NASZEGO MIEJSCA ZAMIESZKANIA. ZROBIŁO SIĘ CIEMNO I SZUKAMY CZEGOŚ DO JEDZENIA ALE SZCZĘŚCIE NAM NIE SPRZYJA.

 

PIERWSZA KOLACJA W MANDALAY

PIERWSZA KOLACJA W MANDALAY

.

MIJAMY KOLEJNE ULICE NIE MOGĄC TRAFIĆ DO ŻADNEJ RESTAURACJI. W KOŃCU DOSTRZEGAMY NI TO BAR NI TO JADŁODAJNIĘ. SIEDZĄ W NIEJ SAMI MĘŻCZYŹNI, PIJĄ WHISKY I NA BILBORDZIE OGLĄDAJĄ MECZ PIŁKI NOŻNEJ. SIADAMY JAKO JEDYNI TYŁEM DO MECZU I NARESZCIE COŚ JEMY NIE CZUJĄC NÓG …

.

>     ZOBACZ FOTY     <

>    ZOBACZ FOTY 2    <

.

.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *