02.03.2015 – OSTATNI DZIEŃ W SYDNEY

.

TO NASZ OSTATNI DZIEŃ W SYDNEY. ZDECYDOWALIŚMY, ŻE POJEDZIEMY NA NAJSŁYNNIEJSZĄ I NAJMODNIEJSZĄ PLAŻĘ MIASTA – BONDI. NIEBO BYŁO ZACHMURZONE, PANOWAŁ LEKKI WIATEREK, ALE NIE ZANOSIŁO SIĘ NA DESZCZ. JECHALIŚMY Z NASZEJ DZIELNICY KINGS CROSS OKOŁO 30-40 MINUT AUTOBUSEM Z PRZESIADKĄ.

PLAŻA MA KSZTAŁT BUMERANGU, A JEJ NAZWA OZNACZA W JĘZYKU ABORYGENÓW HAŁAS WYWOŁANY UDERZENIEM FAL.

TŁUMU PLAŻOWICZÓW NIE BYŁO, NIKT SIĘ TEŻ ZA BARDZO NIE KĄPAŁ.

NAJPIERW OBEJRZELIŚMY WZRUSZAJĄCE TABLICE PAMIĘCI TYCH, KTÓRZY ZGINĘLI PODCZAS TERRORYSTYCZNEGO ATAKU W DYSKOTECE NA BALI. ZANURZYLIŚMY STOPY W WODZIE, ŻEBY SIĘ NIE NAZYWAŁO, ŻE NIE ZOSTALIŚMY SKAŻENI, CHOCIAŻ KROPLĄ OCEANU. POSIEDZIELIŚMY NA ŁAWECZCE ZASTANAWIAJĄC SIĘ, CO ROBIĆ DALEJ.

Z MAPY WYNIKAŁO, ŻE JESTEŚMY NIEDALEKO WATSON BAY – ZATOKI, KTÓREJ NIE OBEJRZELIŚMY WCZORAJ. A WATSON BAY SŁYNIE ZE SWOICH OSTRYG I OWOCÓW MORZA.

Z MAPY WYNIKAŁO, ŻE TO NIEZBYT DALEKO. PODCHODZIMY POD PRZYSTANEK AUTOBUSOWY I OKAZUJE SIĘ, ŻE AUTOBUS BĘDZIE ZA 25 MINUT. NIE CHCIAŁO NAM SIĘ CZEKAĆ, WIĘC POSTANOWILIŚMY PÓJŚĆ DO NASTĘPNEGO PRZYSTANKU. Z NASTĘPNEGO ZNOWU DO NASTĘPNEGO I TAK DALEJ. ZROBIŁO SIĘ TROCHĘ CIEPLEJ, WIĘC ZDJĘŁAM OKRYCIE WIERZCHNIE. IDZIEMY DZIARSKO OGLĄDAJĄC DOMY, PRZYDOMOWE OGRODY, ROŚLINNOŚĆ. MIJA NAS NASZ AUTOBUS, ALE STWIERDZAMY, ŻE NIE WARTO NAM WSIADAĆ A NASTĘPNY W RAZIE, CZEGO I TAK PRZYJEDZIE.

PO OKOŁO DWÓCH GODZINACH ZACZĘLIŚMY SIĘ ZASTANAWIAĆ CZY ABY NA PEWNO JUŻ SIĘ ZBLIŻAMY TO TEJ ZATOKI. PYTANI LUDZIE SIALI W NAS ZIARNO NIEPOKOJU OKREŚLAJĄC ODLEGŁOŚĆ. DROGA – ULICA, KTÓRĄ SZLIŚMY ZACZĘŁA SKRĘCAĆ I NIE WIEDZIELIŚMY CZY IŚĆ DALEJ ZAKOLAMI CZY NA WPROST BOJĄC SIĘ, ŻE ZGUBIMY SZLAK PRZYSTANKÓW AUTOBUSOWYCH.

W KOŃCU NASZE ROZWAŻANIA PRZERWAŁ NADJEŻDŻAJĄCY AUTOBUS, DO KTÓREGO Z OSTROŻNOŚCI WSIEDLIŚMY. OKAZAŁO SIĘ TO NAJLEPSZĄ DECYZJĄ, BO DO ZATOKI BYŁO JESZCZE TAK DALEKO, ŻE NA PIECHOTĘ SZLIBYŚMY JESZCZE, CO NAJMNIEJ GODZINĘ, A PRZECIEŻ WIECZOREM MIELIŚMY SAMOLOT. WYSIEDLIŚMY NA ULICY PROWADZĄCEJ DO PRZYSTANI. PRZED NAMI ROZCIĄGAŁ SIĘ TRAWIASTY ZIELONY CAŁUN SCHODZĄCY DO ZATOKI. PO PRAWEJ – KLIF Z PIĘKNYM WIDOKIEM.

 

[metaslider id=4139]

.

PRZY PRZYSTANI – DOYLES ON THE BEACH – RESTAURACJA O DOŚĆ EKSKLUZYWNYCH CENACH, A OBOK COŚ DLA MNIEJ BOGATYCH – DOYLES ON THE WHARF. FIRMA JEST TA SAMA. RÓŻNICA – POZA CENĄ – POLEGA NA TYM, ŻE W DOYLES ON THE WHARF KUPUJESZ JEDZENIE W ZESTAWACH, NA PLASTIKOWYCH TACKACH, KTÓRE WYBIERASZ Z CHŁODNICZEJ LADY STOJĄCEJ NA DREWNIANYM POMOŚCIE. NA TYM SAMYM POMOŚCIE SĄ STOLIKI Z WIDOKIEM NA ZATOKĘ.

WATSON BAY JEST DLA SMAKOSZY OSTRYG RAJEM.

TAK FANTASTYCZNYCH JESZCZE NIGDZIE NIE JADŁAM. MIŁOŚNICY KREWETEK, KALMARÓW I INNYCH MORSKICH PRZYSMAKÓW TEŻ BĘDĄ TUTAJ USATYSFAKCJONOWANI.

POSILIWSZY SIĘ PO TAK DŁUGIM SPACERZE WSIEDLIŚMY NA PROM I SZYBKO ZNALEŹLIŚMY SIĘ NA PRZYSTANI W SYDNEY. MIELIŚMY JESZCZE TROCHĘ CZASU WIEC POSTANOWILIŚMY SIĘ POŻEGNAĆ Z PRZYTUPEM, JAK SZALEĆ TO SZALEĆ. POSZLIŚMY WIEC DO SYDNEY OPERA KITCHEN GDZIE ZAMÓWILIŚMY – ABY NIE WYJŚĆ Z WPRAWY – OSTRYGI I MUSUJĄCE WINO. OSTRYGI, NIESTETY, NIE BYŁY TEJ KLASY, CO W WATSON BAY, ALE MAGIA MIEJSCA DZIAŁAŁA.

TRANSPORT NA LOTNISKO MIELIŚMY SPOD HOSTELU. WYSTARCZYŁO WYJŚĆ NA JEZDNIĘ I ZATRZYMAĆ BUSIK KURSUJĄCY O OKREŚLONYCH GODZINACH  ZBIERAJĄCY PO DRODZE MIESZKAŃCÓW RÓŻNYCH HOSTELI.

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *