08.02.2015 – Z THAZI DO SHWENYAUNG

.

POBUDKA PRZED KURAMI NIE JEST FAJNA. WIERZCIE MI …

PO KILKU GODZINACH SNU W WARUNKACH ZBLIŻONYCH DO TYCH PANUJĄCYCH W WIĘZIENIACH O ZMNIEJSZONYM RYGORZE, WSTALIŚMY NIEZBYT WYSPANI I LEKKO PÓŁPRZYTOMNI. ŻEBY BYŁO WESELEJ WCIĘŁO TEŻ PRĄD I NIE BYŁO MOŻLIWOŚCI ZOBACZENIA CZEGOKOLWIEK. ZEBRAWSZY SIĘ PO OMACKU, WYCHODZILIŚMY Z HOTELU PEŁNI OBAW CZY CZEGOŚ NIE ZOSTAWILIŚMY. MIELIŚMY JEDNAK SZCZYPTĘ SZCZĘŚCIA – ŚWIATŁO ROZBŁYSŁO W CHWILI OPUSZCZANIA POKOJU …

DO STACJI KOLEJOWEJ NIE JEST DALEKO – MOŻE Z 500 m.
UDALIŚMY SIĘ PROSTO DO KASY. TROCHĘ ZDZIWIONĄ KASJERKĘ POPROSILIŚMY O NAJTAŃSZY BILET DO SHWENYAUNG KOSZTUJE 1 300 KICIUSIÓW / os.
POCIĄG JUŻ CZEKAŁ. PRZEBICIE SIĘ PRZEZ PERONY, OBLEPIONE ŚPIĄCYMI LUDŹMI I ROZSTAWIONYMI LUB ZŁOŻONYMI STOISKAMI, Z RÓŻNEGO RODZAJU LOKALNYMI PRZYSMAKAMI, NIE BYŁO ŁATWE. PO 10 min. SIEDZIELIŚMY W WAGONIE Z DREWNIANYMI ŁAWKAMI POMIĘDZY WSZELKIEJ WIELKOŚCI BAMBETLAMI, TOBOŁKAMI, KOSZAMI I PAKUNKAMI. WOKÓŁ SAMI TUBYLCY … 🙂

PASAŻEROWIE PO WEJŚCIU DO WAGONU I ROZLOKOWANIU BAGAŻY NATYCHMIAST WYCIĄGAJĄ JEDZENIE I ZACZYNAJĄ ŚNIADANIE….
WYGLĄDA TO NIESAMOWICIE. WSZĘDZIE SIEDZĄ LUDZIE. JEDNI MAJĄ MAŁE TOBOŁKI PEŁNE JADŁA, INNI OTWIERAJĄ KOSZE, W KTÓRYCH STOJĄ GARY. WYDOBYWAJĄ SIĘ Z NICH RÓŻNE SMAKOWITE ZAPACHY. KTOŚ OFERUJE I NAM, JEDYNYM BIAŁASOM W TYM MORZU LOKALSÓW JAKIŚ POCZĘSTUNEK. NIESTETY WYGLĄD WIĘKSZOŚCI POTRAW NIE WZBUDZA ZAUFANIA, BO NIE MA HIGIENICZNEJ MOŻLIWOŚCI DYSTRYBUCJI TYCH DAŃ.
DZIĘKUJEMY Z UŚMIECHEM NA TWARZY, POKAZUJĄC NA MIGI, KIŚĆ MALUTKICH, BARDZO SŁODKICH BANANÓW, NABYTYCH CHWILĘ WCZEŚNIEJ ZA 500 KICIUSIÓW OD PRZECHADZAJĄCEJ SIĘ PO PERONIE SPRZEDAWCZYNI. NA WSZYSTKICH MIJANYCH DWORCACH JEDZENIE  SPRZEDAJĄ KOBIETY. NOSZĄ NA GŁOWACH PŁASKIE WIKLINOWE KOSZE O ŚREDNICY OKOŁO 60 cm. OPIERAJĄ SIĘ ONE NA UFORMOWANYCH Z MATERIAŁU OBRĘCZACH, KTÓRE JE STABILIZUJĄ I ZMNIEJSZAJĄ NACISK NA GŁOWĘ. NA TYCH PLECIONKACH MAJĄ POUSTAWIANE W ODPOWIEDNIM PORZĄDKU JEDEN, DWA, TRZY LUB WIĘCEJ PRODUKTÓW. PRZECHADZAJĄC SIĘ WZDŁUŻ POCIĄGU NĘCĄ PASAŻERÓW WYSTAWIAJĄCYCH GŁOWY Z OKIEN BLISKIM WIDOKIEM TOWARÓW.
KIEDY KTOŚ O COŚ POPROSI, PEWNYM RUCHEM RĘKI ZDEJMUJĄ Z KOSZA WYBRANY PRODUKT, BEZ NARUSZANIA JEGO RÓWNOWAGI. JAKĄ TRZEBA MIEĆ WPRAWĘ BY TEGO DOKONAĆ!!!

 

[metaslider id=4332]

.

POCIĄG RUSZA O CZASIE. PIERWSZY PRZYSTANEK JEST PO KILKU KILOMETRACH. SZYBKOŚĆ, Z JAKĄ SIĘ  PORUSZAMY NIE OSZAŁAMIA. JEST DOKŁADNIE TAKA, JAKIEJ SIĘ SPODZIEWALIŚMY, tzn. ok. 20 km/godz. PRZEMIESZCZAJĄC SIĘ POWOLI MIJAMY WIĘKSZE I MNIEJSZE MIEJSCOWOŚCI. NA PIERWSZEJ DOŚĆ DUŻEJ, CHYBA PAYANGAZU, WYSIADA – WRAZ Z TOBOŁKAMI – WIĘKSZOŚĆ JADĄCYCH Z THAZI PODRÓŻNYCH. DZIELNIE POMAGAMY PRZY PODAWANIU PRZEZ OKNO BAMBETLI I POJEMNIKÓW Z PRODUKTAMI JADĄCYMI NA TARG. NIEKTÓRE SĄ BARDZO CIĘŻKIE. INNE DUŻYCH ROZMIARÓW. PO WYPAKOWANIU WSZYSTKIEGO NA PERON, LICZNA RODZINA UMIESZCZA SOBIE NA GŁOWACH BAGAŻE I RUSZA PRZED SIEBIE …
NA TEJ STACJI POCIĄG OPUSZCZA TEŻ MNICH, KTÓRY NARAZIŁ SIĘ  WOMBATOWI, BO ROZSIADŁ SIĘ JAK HRABIA NA MIEJSCU, ZROBIONYM PRZEZ NAS DLA MATKI Z DZIECKIEM NA RĘKACH. KOBITKA JECHAŁA ZE SPOKOJEM I BEZ SŁOWA NA WPÓŁ OPIERAJĄC SIĘ, NA WPÓŁ SIEDZĄC NA SWOICH PAKUNKACH, TRZYMAJĄC W PRZEWIĄZANEJ PRZEZ TUŁÓW CHUŚCIE I NA RĘKACH SPOREGO (NA MOJE OKO OKOŁO 20 kg) CHŁOPCZYKA.

NA KAŻDEJ  STACJI DO POCIĄGU WCHODZĄ NOWI PODRÓŻNI. ILOŚĆ WOLNYCH MIEJSC PRAKTYCZNIE SIĘ NIE ZMIENIA.
ZACZYNAMY BYĆ LEKKO GŁODNI, WIĘC NA KTÓREJŚ STACJI NABYWAMY DROGĄ KUPNA KILKA KOLB PIECZONEJ KUKURYDZY. 500 KICIUSIÓW / 3 szt.

FOTOGRAFUJEMY, STARAJĄC SIĘ BYĆ NIENACHALNI W STOSUNKU DO NASZYCH WSPÓŁTOWARZYSZY PODRÓŻY.
CZĘSTUJEMY CHŁOPCZYKA BANANAMI WYZWALAJĄC UŚMIECH NA LICU JEGO MAMY. FASCYNUJĄ MNIE RYSY JEJ TWARZY. W MOICH OCZACH SĄ PIĘKNE.   TA TWARZ TO MIESZANKA SPOKOJU, DUMY, ZMĘCZENIA, MIŁOŚCI, REZYGNACJI I JEDNOCZEŚNIE WOLI WALKI Z NAPOTKANYMI TRUDNOŚCIAMI. OCZY LEKKO ZMĘCZONE, ALE CZUJNE. WIDAĆ NA ICH DNIE UŚMIECH. W SPOJRZENIU DOMINUJE JEDNAK CAŁY CZAS WIDOCZNA NAWET DLA NIEZBYT WPRAWNEGO OBSERWATORA MIŁOŚĆ MATCZYNA. PATRZY NA NIEGO Z CZUŁOŚCIĄ I DUMĄ.
PRZEZ WIĘKSZOŚĆ DROGI MAŁY “HERKULES” ŚPI. GDY SIĘ BUDZI MATKA PODAJE MU COŚ DO JEDZENIA. NAKARMIONY BRZDĄC ZACZYNA WĘDRÓWKĘ PO NAJBLIŻSZYCH ŁAWKACH I TOBOŁKACH. JEST BARDZO GRZECZNY. PRZY SWOJEJ MAMIE O FIGURZE MODELKI Z PIERWSZEJ DEKADY XXI w. WYGLĄDA JAK MAŁY TYTAN. NIE DO WIARY, ŻE TAKA SZCZUPŁA DZIEWCZYNA MA TAK OGROMNE DZIECKO.
NA MIJANYCH STACJACH ZAWSZE WITA NAS TŁUM. NAJCZĘŚCIEJ SĄ TO RODZINY PASAŻERÓW, KTÓRE CZEKAJĄ BY POMÓC PRZENIEŚĆ PAKUNKI Z PRZYWIEZIONYMI TOWARAMI. WSZYSCY SOBIE POMAGAJĄ. DOŁĄCZAMY SIĘ I MY …

PO ROZŁADUNKU, GDY JUŻ WYDAJE SIĘ, ŻE WRESZCIE NA TWARDYCH, NIEWYGODNYCH DREWNIANYCH ŁAWKACH BĘDZIE MIEJSCE DLA WSZYSTKICH, WCHODZI NOWA GRUPA PODRÓŻNYCH. TEŻ Z BAGAŻAMI. SIADAJĄ, I NATYCHMIAST OTWIERAJĄ TOBOŁKI Z JEDZENIEM. ZNOWU MAMY PRAWIE ŻE “WARS” W BEZPRZEDZIAŁOWYM WAGONIE. I TAK SOBIE JEDZIEMY. GODZINAMI…

INFRASTRUKTURA MIJANYCH STACYJEK PAMIĘTA CZASY POWSTAWANIA BIRMAŃSKIEJ SIECI LINII KOLEJOWYCH BUDOWANYCH PRZEZ ANGOLI. SZCZEGÓLNIE CIEKAWIE WYGLĄDAJĄ ELEMENTY BEZPOŚREDNIO ZWIĄZANE Z RUCHEM POCIĄGÓW. RÓŻNE WAJCHY DO ZMIANY ZWROTNIC, POMPY WODY DO LOKOMOTYW WĘGLOWYCH I TYM PODOBNE OBIEKTY. SĄ NA NICH SŁABO WIDOCZNE DATY PRODUKCJI I NAZWY FABRYK. PRAWIE WSZYSTKIE EUROPEJSKICH. CIEKAWE …

PO PRAWIE 8 GODZINACH NASZ CIĄGNĘŁY PRZEZ OGROMNY SPALINOWÓZ KRÓTKI SKŁAD DOCIERA DO HEHO, NA KTÓREJ WYSIADA NASZA WSPÓŁTOWARZYSZKA PODRÓŻY WRAZ ZE SWOIM “TYTANIĄTKIEM”. JĄ TEŻ ODBIERA Z DWORCA RODZINA. POMAGAM WYŁADOWAĆ TOBOŁKI EKSPEDIUJĄC JE PRZEZ OKNO. KOBIETA UKŁADA NA SWOJEJ GŁOWIE “OBWAŻANEK” Z MATERIAŁU I KŁADZIE NA NIEGO JAKIŚ PAKUNEK. W POPRZEK, PRZEZ PIERSI MA ZAWIĄZANĄ CHUSTĘ, W KTÓREJ SPOKOJNIE ŚPI JEJ SKARB…
UŚMIECHA SIĘ DO NAS NA POŻEGNANIE I ODCHODZI. WYGLĄDA NA NAJBARDZIEJ OBJUCZONĄ, ALE TEŻ NAJBARDZIEJ ZADOWOLONĄ OSOBĄ NA TEJ STACYJCE …

KILKANAŚCIE MINUT PÓŹNIEJ I MY DOCIERAMY DO CELU NASZEJ PODRÓŻY. JESTEŚMY W SHWENYAUNG. TERAZ MUSIMY SIĘ DOSTAĆ DO TAUNGGYI
OKAZUJE SIĘ, ŻE W POCIĄGU JECHAŁO TROCHĘ TURYSTÓW, KTÓRZY WSIEDLI DOŃ NA PRZEDOSTATNIEJ STACJI (JEST TAM LOTNISKO). WSZYSCY ONI TNĄ PROSTO DO INLE LAKE. TYLKO MY MAMY INNE PLANY. CHCEMY DOJECHAĆ DO DWORCA AUTOBUSOWEGO W TAUNGGYI I ZŁAPAĆ WIECZORNY BUS DO STOLICY.

PRZED STACJĄ CZEKA KILKA MNIEJSZYCH I WIĘKSZYCH RÓŻNEGO RODZAJU TUK-TUKO TAKSÓWEK. ZACZYNAMY PERTRAKTACJE, POWTARZAJĄC Z UPOREM MANIAKA JAK MANTRĘ NAZWĘ MIEJSCOWOŚCI, DO KTÓREJ CHCEMY DOJECHAĆ – TAUNGGYI
NIKT NIE CHCE JECHAĆ W TYM KIERUNKU, CO NAS TROCHĘ DZIWI… CHODZIMY TAK OD TUK-TUKA DO TUK-TUKA PRZEZ DOBRĄ CHWILĘ, AŻ WRESZCIE JAKIŚ KIEROWCA POPRAWIA NASZĄ PRONUNCJACJĘ I WSZYSTKO STAJE SIĘ JASNE. WYMAWIALIŚMY NAZWĘ MIEJSCOWOŚCI TOTALNIE ŹLE… OKAZUJE SIĘ, ŻE PRAWIE GOTOWY DO DROGI, NAJBARDZIEJ ZAŁADOWANY LUDŹMI POJAZD TO NASZ PRZYSZŁY TRANSPORT. KIEROWCA UPYCHA NAS JAKOŚ RAZEM Z BAGAŻEM W SWOJEJ KABINIE.

WCZEŚNIEJ OCZYWIŚCIE USTALAMY CENĘ. 5 000 KICIUSIÓW / 2 os. WYDAJE MI SIĘ TROCHĘ DUŻO, ALE NIE PROTESTUJĘ, BO FACET MÓWI, ŻE WIE DOKĄD NAS ZAWIEŹĆ, A POZA TYM NIE WIEM JAK DALEKO JEDZIEMY.

RUSZAMY. DO ODJAZDU NASZEGO AUTOBUSU MAMY CIĄGLE KILKA GODZIN. NASZ POJAZD POWOLI TOCZY SIĘ PRZEZ JAKIEŚ SŁABO ZABUDOWANE OKOLICE. W PEWNYM MOMENCIE DOJEŻDŻAMY DO SPOREGO SKRZYŻOWANIA. WYGLĄDA NA TO, ŻE GDZIEŚ TUTAJ POWINIEN BYĆ NASZ DWORZEC AUTOBUSOWY. ALE KIEROWCA JEDZIE PROSTO I DYCHAWICZNA MASZYNA ZACZYNA BARDZO MOZOLNIE WSPINAĆ SIĘ NA WYSOKĄ GÓRĘ. DOJECHALIŚMY DO JAKIEGOŚ MIASTA. POJAZD ZATRZYMUJE SIĘ KOŁO JAKICHŚ ZABUDOWAŃ I SŁYSZYMY, ŻE JESTEŚMY NA MIEJSCU. COŚ NAM SIĘ ONO NIE PODOBA. PROSIMY KIEROWCĘ BY SPYTAŁ, CZY ABY NA PEWNO TO STĄD ODJEŻDŻAJĄ BUSY DO RANGUNU. SPRAWDZA. MIELIŚMY RACJĘ. TO NIE TU. KIEROWCA MÓWI, ŻE WŁAŚCIWE MIEJSCE ZNAJDUJE SIĘ NIEDALEKO. FAKTYCZNIE ZATRZYMUJE SIĘ KILKASET METRÓW DALEJ. ZNOWU NAM SIĘ TO NIE PODOBA, ALE WYSŁANY NA ZWIAD NASZ “WOŹNICA” WRACA Z INFO, ŻE TO JEST WŁAŚCIWE MIEJSCE. WIDZIMY TEŻ JAKIEGOŚ DZIADKA KIWAJĄCEGO DO NAS ZACHĘCAJĄCO… WYSIADAMY…

PODCHODZIMY DO  RADOŚNIE UŚMIECHNIĘTEGO STARSZEGO FACETA I DOWIADUJEMY SIĘ CO I JAK Z NASZYM PRZEJAZDEM DO STOLICY. WSZYSTKO JEST OK. TAK TWIERDZI NASZ ROZMÓWCA. BILETY JUŻ NAM BOOKUJE. KOSZTUJĄ 15 000 KICIUSIÓW / os., CZYLI NORMALNIE. NIESTETY MUSIMY JESZCZE ZOSTAĆ DOWIEZIENI DO DWORCA AUTOBUSÓW DALEKOBIEŻNYCH. NIE JEST DALEKO, ALE NA PIECHOTĘ NIE DOJDZIEMY. TRZEBA PODJECHAĆ JAKIMŚ TUK-TUKO PODOBNYM ŚRODKIEM LOKOMOCJI. SPRZEDAWCA BILETÓW ZAŁATWIA DLA NAS PRZEWÓZ.

NAJGORSZE JEST TO, ŻE MAMY TYLKO KILKA TYSIĘCY KICIUSIÓW, A NIC PORZĄDNEGO JESZCZE DZIŚ NIE JEDLIŚMY. PYTAM O KANTOR. NIKT NIC NIE WIE O TAKIM MIEJSCU W POBLIŻU. FATALNA SPRAWA.

POJAWIA SIĘ JAKIŚ DZIWNY, WEDŁUG WOMBATA CZŁOWIEK, I MÓWI, ŻE MOŻE KUPIĆ EWENTUALNIE KILKA BASÓW.  PYTAM PO JAKIM KURSIE. ODPOWIADA, ŻEBYM PODAŁ SWOJĄ STAWKĘ, WIĘC MÓWIĘ 1 000 KICIUSIÓW ZA US$ 1. ZAZNACZAM, IŻ W KANTORZE PŁACĄ TROCHĘ WIĘCEJ. FACET ZGADZA SIĘ KUPIĆ US$ 5, A WOMBACIK KAŻE MI DOBRZE SPRAWDZIĆ BANKNOTY I NIE WYMIENIAĆ DUŻYCH NOMINAŁÓW. PEŁNA KOMEDIA … MUSZĘ WYMIENIĆ JAKIEŚ BAKSZYSZE, BO NIE MAMY KASIORKI NA DOJAZD DO DWORCA AUTOBUSOWEGO I COŚ DO JEDZENIA. KANTORU NIE MA. CZEKAMY CORAZ BARDZIEJ ZNIECIERPLIWIENI NA OBIECANY 1/2 GODZINY TEMU TUK-TUK. NIE MAMY NA TAXI, KTÓRE BĘDZIEMY MUSIELI WZIĄŚĆ, JEŚLI ZA CHWILĘ NIE PODJEŹDZIE JAKIŚ BUSIK. PRZEZ PRZYPADEK SPOTYKAMY GOSTKA – NAJWYRAŹNIEJ ZNAJOMKA TEGO KOLESIA, KTÓRY ZAŁATWIŁ NASZ PRZEJAZD DO RANGUNU – GOTOWEGO KUPIĆ OD NAS TROCHĘ AMERYKAŃSKIEGO SIANA, ALE MAJĄCEGO OBAWY CZY SĄ ONE ABY OK. ON SIĘ BOI KUPIĆ, A WOMBAT SPRZEDAĆ. CYRK NA KÓŁKACH. … 🙂

PO 5 DOLAROWEJ TRANSAKCJI GUCIO ZNIKA. MYŚLĘ, ŻE POBIEGŁ SPRAWDZIĆ CZY OTRZYMANA PIĄTKA JEST OK. MAMY PRAKTYCZNIE BARDZO ŚWIEŻO WYGLĄDAJĄCE NOMINAŁY, KTÓRE MOGĄ WYDAWAĆ SIĘ PODRÓBKAMI W KRAJU, GDZIE LOKALNE BANKNOTY WYGLĄDAJĄ JAKBY LEŻAŁY DŁUGO W PYLE I WILGOCI.
10 min. PÓŹNIEJ NASZ DOBROCZYŃCA POJAWIA SIĘ PONOWNIE MÓWIĄC, ŻE MOŻE JESZCZE NABYĆ OD NAS TROCHĘ US $. PROPONUJĘ 10 ALBO 100. MAM OSTATNIĄ DZIESIĄTKĘ I SAME SETKI. SETKA GO PRZERAŻA. BIERZE TYLKO US $ 10. ALE I TO OKAZUJE SIĘ DLA NAS ZBAWIENNE. 🙂

OBIECANEGO 40 min. WCZEŚNIEJ BUSIKA CIĄGLE NIE WIDAĆ. NERWOWI CORAZ BARDZIEJ ZACZYNAMY PANIKOWAĆ.
WRESZCIE, NA 40 min. PRZED PLANOWĄ GODZINĄ WYJAZDU AUTOBUSU DO RANGUNU POJAWIA SIĘ NASZ BUSIK. MA NAS DOWIEŹĆ W 10 min. DO CELU. JEDZIEMY… KIEROWCA ZATRZYMUJE POJAZD TO TU, TO TAM. NAM ADRENALINA TAŃCUJE PONAD GŁOWAMI. ALE NIC. CIĄGLE JEST KILKADZIESIĄT MINUT W ZAPASIE…
DOJEŻDŻAMY DO DWORCA AUTOBUSÓW DALEKOBIEŻNYCH. NARESZCIE. DO ODJAZDU NASZEGO AUTOBUSU POZOSTAŁO 19 min. 🙂

NA PRZYSTANKU DWORCOWYM NIE MA CIĄGLE JESZCZE NASZEGO POJAZDU, ALE KTOŚ Z OBSŁUGI OGLĄDA NASZE BILETY I WSKAZUJE MIEJSCE, NA KTÓRE PO CHWILI PODJEŻDŻA DUŻY AUTOBUS LINIOWY. WSIADAMY.
OKAZUJE SIĘ, ŻE CIĄGLE MAMY KILKANAŚCIE MINUT DO ODJAZDU, LECĘ WIĘC DO ZNAJDUJĄCYCH SIĘ O KILKA METRÓW DALEJ BUD Z JEDZENIEM BY ZA TE KILKA PLĄTAJĄCYCH SIĘ PO MOICH KIESZENIACH KICIUSIÓW NABYĆ COŚ DO ŻARCIA, BO PRAKTYCZNIE CAŁY DZIEŃ PRAWIE NIC NIE JEDLIŚMY I JESTEŚMY MEGA GŁODNI …
PO DRODZE WPADAM JESZCZE NA SEK DO KLOPA. OD RAZU MI LEPIEJ, CHOCIAŻ SIKAŁEM JUŻ W LEPIEJ WYGLĄDAJĄCYCH TOALETACH.

NABYWAM DWIE POTRAWY NA GORĄCO. DLA WOMBACIKA JAKIŚ MAKARON – ONA TO LUBI, A DLA SIEBIE SAŁATKĘ. ZAPAKOWANE DO PLASTIKOWYCH WORECZKÓW PRZYNOSZĘ DO AUTOBUSU. ZACZYNAMY UCZTĘ…

LEDWO ZACZĘLIŚMY WALCZYĆ Z MAŁYM GŁODEM, WYRÓSŁ PRZED NAMI KIEROWCA. PROSI BY NIE JEŚĆ W AUTOBUSIE, BO NIE WSZYSCY LUBIĄ KUCHENNE ZAPACHY PODCZAS PODRÓŻY. JEDNOCZEŚNIE INFORMUJE, ŻE NIEDŁUGO PODJEDZIEMY DO MIEJSCA, GDZIE BĘDZIE MOŻNA SOBIE KUPIĆ JEDZENIE I PICIE…

PRZEPRASZAMY, PAKUJĄC RESZTKI NASZEJ KOLACJI.

AUTOBUS RUSZA I FAKTYCZNIE NIEDŁUGO POTEM ZATRZYMUJE SIĘ PRZY OGROMNEJ JADŁODAJNI. WSZYSCY IDĄ COŚ ZJEŚĆ. MY TEŻ. TYLE TYLKO, ŻE NIE MAJĄC WIĘCEJ “SIANA” POPRZESTAJEMY NA DOKOŃCZENIU TEGO, CO ZACZĘLIŚMY JEŚĆ WCZEŚNIEJ …

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *