12.02.2016 – JODHPUR – ŻEGNAMY NIEBIESKIE MIASTO

.

OSTATNI DZIEŃ W RADŻASTANIE, TYM PIĘKNYM, INDYJSKIM STANIE (RYMUJE MI SIĘ OD SAMEGO RANA  ?)

DZIŚ TRZEBA BYŁO WSTAĆ TROCHĘ WCZEŚNIEJ, BY ZDĄŻYĆ WSZYSTKO SPAKOWAĆ I ODDAĆ DO PRZECHOWALNI W BHAVYAM HERITAGE GUEST HOUSE, BO CHECK-OUT JEST O 10:00.

ZARAZ POTEM RUSZYLIŚMY W STRONĘ DWORCA. RIKSZARZE NUDZĄCY SIĘ NA PARKINGU 100 METRÓW OD HOSTELU PROPONOWALI NA POCZĄTKU 2 STÓWKI, ALE NIE DALIŚMY SIĘ I W REZULTACIE PODJECHALIŚMY POD STACJĘ KOLEJOWĄ ZA 80 RUPOLI.

NASZ BILET OD 4 TYGODNI NIE ZMIENIŁ STATUSU I CIĄGLE BYLIŚMY NA LIŚCIE OCZEKUJĄCYCH. TRZEBA BYŁO COŚ Z TYM ZROBIĆ. W KASIE POWIEDZIANO ŻEBYŚMY PRZYSZLI KOŁO 16-tej – WTEDY WSZYSTKO SIĘ WYJAŚNI.

RUSZYLIŚMY W KIERUNKU WIEŻY ZEGAROWEJ, BY TAM KONIECZNIE SPRÓBOWAĆ PRODUKTU SŁYNNEGO OMLET-MAN-a, JEDNEJ Z CIĄGLE ŻYWYCH LEGEND TEGO MIASTA. SKLEPIK OMLETOWY JEST PO LEWEJ STRONIE PATRZĄC OD FRONTU (OD STRONY FORTU) NA BRAMĘ. TO WAŻNE, BO TAK JAK WSZYSTKO CO DOBRE, TAK I OMLET-MAN MA PODSZYWAJĄCĄ SIĘ POD NIEGO KONKURENCJĘ. SAMO ŻYCIE.

KIEDY WRESZCIE DOTARLIŚMY TUTAJ KOŁO 11-tej, TŁOKU NIE BYŁO. DWA Z PIĘCIU STOJĄCYCH PRZY JAJO-KUCHNI STOŁÓW BYŁY WOLNE. PRZESTUDIOWAWSZY MENU I POSŁUCHAWSZY RAD POMOCNIKA WIELKIEGO JAJCARZA, WYBRALIŚMY DANIA DLA SIEBIE. USADOWIENI NA RYCZKACH CZEKALIŚMY NA JEGO REALIZACJĘ, GDY POD “RESTAURACJĘ” PODJECHAŁA SZAMBO-CIĘŻARÓWKA I KILKU CHŁOPKÓW ZACZĘŁO PRÓBOWAĆ DOSTAĆ SIĘ DO ZNAJDUJĄCEGO SIĘ TUŻ PRZY NAS ŚCIEKU. NA NASZE SZCZĘŚCIE, GOŚCIE ZAJMUJĄCY STOŁKI 2 METRY DALEJ SKOŃCZYLI SIĘ OPYCHAĆ I MOGLIŚMY ODSUNĄĆ SIĘ TROCHĘ OD PRACOWITYCH SZAMBO-LUDKÓW.

OMLETO-DANIA BYŁY BARDZO DOBRE. CO PRAWDA MOJE MOGŁO BY BYĆ DUŻO OSTRZEJSZE, ALE I TAK MI SMAKOWAŁO.

.

JODHPUR - SŁYNNY SKLEPIK OMLET-MANA

JODHPUR – SŁYNNY SKLEPIK OMLET-MANA

.

NAJEDZENI POSZLIŚMY POZNAWAĆ NOWE KWARTAŁY MIASTA, W INNYM NIŻ POPRZEDNIO KIERUNKU. PRZY OKAZJI TRAFILIŚMY NA KILKA ZABYTKÓW, NIE KWALIFIKUJĄCYCH SIĘ MOŻE NA LISTĘ ŚWIATOWEGO DZIEDZICTWA, ALE BĘDĄCYCH CIEKAWYM DOPEŁNIENIEM TEGO, CO JUŻ W TYM MIEŚCIE WIDZIELIŚMY. JESZCZE BARDZIEJ NIŻ ZABYTKI RAJCOWAŁY NAS ULICZNE SCENY RODZAJOWE. Np. UCIECZKA WĄSKIMI ULICZKAMI DWÓCH OSŁÓW, ALBO GOSTEK PODAJĄCY SIĘ ZA KUSTOSZA HISTORYCZNEJ STUDNI, WMAWIAJĄCY NAM, ŻE PRACUJE NA PAŃSTWOWEJ POSADZIE, ALE NIE DOSTAJE ANI KASY NA WYDATKI ZWIĄZANE ZE STUDNIĄ ANI PENSJI … Hmmmmmm … – A U NAS LUDZIE NARZEKAJĄ NA ŚMIECIÓWKI, BO PRACODAWCY MAŁO PŁACĄ …

ZATOCZYLIŚMY SPORY ŁUK, TRAFIAJĄC PO DRODZE DO INTERESUJĄCEGO JODHPUR HERITAGE HAVELI GUEST HOUSE NA PIWO. Z RESTAURACJI NA JEGO DACHU ROZTACZA SIĘ NIESAMOWITY PEJZAŻ MIASTA I GÓRUJĄCEGO NAD NIM FORTU. MEGA BAJKA. CHOĆBY TYLKO DLA TEGO NIEZAPOMNIANEGO WIDOKU WARTO WEJŚĆ NA DACH WSPOMNIANEGO BUDYNKU (WIECZOREM BĘDZIE TU BARDZO HALO).

NAPOJENI UDALIŚMY SIĘ PONOWNIE NA DWORZEC, SPRAWDZIĆ CO SIĘ DZIEJE Z NASZYMI MIEJSCÓWKAMI-KUSZETKOSAMI. IDĄC TAM SPOTKALIŚMY ZWIEDZAJĄCEGO MIASTO “KOSZERNEGO”.
KIEDY DOTARLIŚMY DO KASY BILETOWEJ OKAZAŁO SIĘ, ŻE TRZEBA BĘDZIE JESZCZE TROCHĘ POCZEKAĆ. GODZINA “W” ZOSTAŁA PRZESUNIĘTA O KOLEJNE KILKADZIESIĄT MINUT. WELL … LIFE. WRESZCIE OTRZYMALIŚMY UPRAGNIONE OD PONAD MIESIĄCA MIEJSCÓWKI W WAGONIE Z MIEJSCAMI DO LEŻENIA. BANANIK.

WRACAJĄC DO HOTELU, ZATRZYMALIŚMY SIĘ W BARDZO DOBRZE WYGLĄDAJĄCYM MIEJSCU NIEDALEKO NASZEJ BYŁEJ SYPIALNI NA KOLACJĘ. POCZĄTKOWO W PLANIE BYŁA RESTAURACJA INDIQUE ZAJMUJĄCA DACH PAL HAVELI HOTEL. ZAJRZELIŚMY TAM DZIEŃ WCZEŚNIEJ. WYGLĄDAŁA SUPEROWO. CENY TEŻ RACZEJ Z WYŻSZEJ PÓŁKI. NIE ASTRONOMICZNE, ALE NA TYLE WYSOKIE BY SIĘ ZASTANOWIĆ. W WYNIKU DŁUGIEGO JAK TASIEMIEC PROCESU DECYZYJNEGO POSTANOWILIŚMY SOBIE ODPUŚCIĆ TYM RAZEM. I DLATEGO WYLĄDOWALIŚMY W BLISKIEJ NASZEMU GUEST HOUSE-owi RESTAURACJI JHANKAR CHOTI HAVELI. TO GUSTOWNIE WYGLĄDAJĄCE, UKRYTE ZA WYSOKIM MUREM, ZACISZNE MIEJSCE ZWRÓCIŁO JUŻ WCZEŚNIEJ NASZĄ UWAGĘ. ZAORDYNOWALIŚMY OSTATNI W DŹODPHURZE OBIAD. CZEKAJĄC NA ZAMÓWIENIE  POKLACHAŁEM ZE SPOTKANĄ ŁOTYSZKĄ O PODRÓŻACH PO AZJI.
PŁACĄC 424 RUPIE DOSTALIŚMY NIEZŁY OBIAD.

NAJEDZENI WRÓCILIŚMY DO GUEST HOUSE-u ZABRAĆ KLAMOTY I PONOWNIE RUSZYLIŚMY NA DWORZEC. ZA 80 RUPOLI MOTO-RIKSZĄ. JAK ZWYKLE NIKT NIE CHCIAŁ ZA TYLE JECHAĆ, ALE LEDWO ZROBIŁEM 5 KROKÓW WYMINĄWSZY STOJĄCYCH KIEROWCÓW ZNALAZŁ SIĘ JAKIŚ CHĘTNY.

NA STACJI BEZ PROBLEMU WSIEDLIŚMY DO POCIĄGOSU I O 20:20 WYRUSZYLIŚMY DO AGRY…
W PRZEDZIALE BYŁ LUZ. ZGODNIE Z PANUJĄCYM W INDYJSKICH POCIĄGACH ZWYCZAJEM, ZAMKNIĘTĄ NA KŁÓDKĘ TORBĘ WSUNĄŁEM POD MOJE WYRKO PRZYTRACZAJĄC JĄ STALOWĄ LINKĄ DO JAKIEJŚ RAMY. CZĘŚĆ BAMBETLI POWĘDROWAŁA POD NASZE GŁOWY SŁUŻĄC ZA PODPÓRKĘ POD JASIEK. RESZTA ZAWINIĘTA W KOC LEŻAŁA UKRYTA I ZABEZPIECZONA NASZYMI CIAŁAMI PRZED EWENTUALNĄ KRADZIEŻĄ  …

.

► ZOBACZ FOTY ◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *