15.02.2016 – GHATY VARANASI

.

WSTALIŚMY PÓŹNO I NIEŚPIESZNIE RUSZYLIŚMY PONOWNIE NA SPACER PO GHATACH.

INDIE TO KRAJ WSPANIAŁYCH TWARZY. JEST CO OGLĄDAĆ I UWIECZNIAĆ. Z TYM OSTATNIM TRZEBA BYĆ OSTROŻNYM, BO CHOĆ WIĘKSZOŚĆ LUDZI PODCHODZI DO “ZAMRAŻANIA” ICH OBIEKTYWEM OBOJĘTNIE, TO SĄ I TACY, KTÓRZY WYRAŹNIE SOBIE NIE ŻYCZĄ ZOSTAĆ GWIAZDĄ, NAWET JEDNEGO ZDJĘCIA.
GENERALNIE NIE MIELIŚMY Z TYM KŁOPOTÓW. CO NIEKTÓRZY, SZCZEGÓLNIE DZIECI CHCIAŁY BYĆ FOTOGRAFOWANE. BARDZO CZĘSTO TO NAS PROSZONO O BYCIE MODELEM, I POZOWANIE DO ZDJĘĆ PUBLIKOWANYCH PÓŹNIEJ, JAK PRZYPUSZCZAM NA PORTALACH INTERNETOWYCH np. Z DOPISKIEM: “POPATRZCIE Z JAKĄ GWIAZDĄ UDAŁO MI SIĘ BYĆ DZISIAJ NA PARTY”, ALBO: “TO MÓJ NOWY PRZYJACIEL / PRZYJACIÓŁKA”.

CHODZĄC NABRZEŻAMI MIAŁEM OKAZJĘ ZAOBSERWOWAĆ SPORO CIEKAWYCH SCEN Z ŻYCIA TUBYLCÓW I TURYSTÓW.

GŁODNI DOTARLIŚMY WRESZCIE DO UPRAGNIONEGO MIEJSCA – SŁYNNEGO BBB – “BROWN BREAD BAKERY“. CZAS NA BARDZO PÓŹNY PIS, CZYLI “PIKANTNE INDYJSKIE SZALEŃSTWO” (MIEJMY NADZIEJĘ, ŻE STRAWNE). MIEJSCE W ŚRODKU ZIEJE PUSTKĄ. ALE CO TAM. JEST DOŚĆ PÓŹNO. NORMALNIE NIKT NIE JE O TEJ PORZE ŚNIADANIA, RACZEJ BARDZO PÓŹNY LUNCH. ZAMAWIAMY CIEKAWIE PREZENTOWANE W MENU DANIA I CZEKAMY NA SERWIS. WOMBACIK PRZY OKAZJI ZAPRZYJAŹNIA SIĘ Z KUCHARZEM I PODGLĄDA TECHNIKI PRZYGOTOWYWANIA ZAMÓWIONYCH DAŃ. MNIE OSOBIŚCIE CAŁE JEDZENIE BARDZO SMAKOWAŁO. WOMBAT NATOMIAST MIAŁ JAKIEŚ ALE…

SZOK NATOMIAST PRZEŻYŁEM PRZY PŁACENIU RACHUNKU, KIEDY OKAZAŁO SIĘ, ŻE NIE DOŚĆ, IŻ PŁACIMY JAKIŚ PROCENT CENY NA JAKĄŚ SZKOŁĘ (TO WIEDZIELIŚMY WCZEŚNIEJ) TO W MENU PODANO CENY NETTO. DO TEGO CZĘŚĆ Z NICH TO KOSMOS (np. BUTELKA WODY SODOWEJ KOSZTUJĄCA W SKLEPIE 16,50, A W INNYCH RESTAURACJACH MAX 30 RUPOLI, KOSZTUJE TUTAJ ZE WSZYSTKIMI NARZUTAMI 51 RUPI. NIE BYŁEM ZADOWOLONY, OJ NIE BYŁEM …

DO TEGO, PO WYJŚCIU, JAKIEŚ 20 METRÓW DALEJ (W KIERUNKU ŚWIĄTYNI) NATRAFILIŚMY NA PRAWIE IDENTYCZNIE NAZYWANĄ (PRZYNAJMNIEJ NA TABLICY REKLAMOWEJ PRZY WEJŚCIU) RESTAURACJĘ. WŁAŚCIWE  “BROWN BREAD BAKERY” – OKREŚLANE TEŻ CZĘSTO JAKO “BROWN BREAD CAFE AND GERMAN BAKERY“. OKAZAŁO SIĘ, ŻE JEDLIŚMY W MIEJSCU, KTÓRE DAWNIEJ NALEŻAŁO DO TWÓRCY I WŁAŚCICIELA “BBB“. JAKIŚ CZAS TEMU ZMIENIŁ ON LOKAL I DZISIAJ WE WCZEŚNIEJ ZAJMOWANYM PRZEZEŃ BUDYNKU, MIESZCZĄCYM SIĘ DOSŁOWNIE KILKANAŚCIE KROKÓW DALEJ, ISTNIEJE CIĄGLE RESTAURACJA O NIEZMIENIONEJ NAZWIE, ZARZĄDZANA PRZEZ JEGO DAWNYCH WSPÓŁPRACOWNIKÓW. NA JEDNEJ Z REKLAM PRZED WEJŚCIEM MA TYLKO DODANE MAŁYMI LITERAMI SŁOWO “OLD” PRZED “BROWN BREAD BAKERY”. CZYTALIŚMY O TYM W LONELY PLANET, ALE WYPADŁO NAM Z MAKÓWEK …

OCZYWIŚCIE NATYCHMIAST TU WSTĄPILIŚMY BY SIĘ ROZEJRZEĆ. FAKTYCZNIE WIDOK Z DACHU JEST RZECZYWIŚCIE HALO, CHOCIAŻ NIE MEGA HALO. SPORA ILOŚĆ GOŚCI PRZYPUSZCZALNIE WYDŁUŻA CZAS OCZEKIWANIA, ALE TEGO NIE SPRAWDZALIŚMY. KUPILIŚMY NATOMIAST JEDEN Z GORĄCO POLECANYCH SERÓW. CENA BARDZO WYSOKA, SMAK PRZECIĘTNY. NIE WIEM JAKIE CENY MA “BROWN BREAD CAFE AND GERMAN BAKERY“, ALE PODEJRZEWAM, ŻE PODOBNE DO SWOJEGO “CIENIA”. DZIWI MNIE TEŻ, MIMO WSZYSTKO BRAK REAKCJI – ROZUMIEM PRAWOWITEGO – WŁAŚCICIELA FIRMY NA ISTNIENIE JEJ “CIENIA”. CZYŻBY TAK BYŁO WYGODNIEJ? BIORĄC POD UWAGĘ OCENY OBU TYCH RESTAURACJI W NECIE, JEST TO DZIWNE …

NAJEDZENI POWĘDROWALIŚMY KAWAŁEK DALEJ TĄ SAMĄ ULICZKĄ I ZNALEŹLIŚMY SIĘ PRZED JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PUNKTÓW TEGO MIASTA – ŚWIĄTYNIĄ ŚIWY WIŚWEŚWARY,  (“ZŁOTĄ ŚWIĄTYNIĄ“), NA TYŁACH KTÓREJ STOI NAJWIĘKSZY MECZET W WARANASI – GYANVAPI MASJID.

ŚWIĄTYNIA TEORETYCZNIE JEST DOSTĘPNA TYLKO DLA WIERNYCH. BĘDĄC BIAŁYM CIĘŻKO PRZECISNĄĆ SIĘ PRZEZ GĘSTĄ SIEĆ OCHRONY, CHYBA ŻE ZNAJDZIE SIĘ NA TWOJEJ DRODZE HINDUS PODOBNY DO TEGO  SPOTKANEGO PRZEZ NAS…

W PEWNYM MOMENCIE, GDY PO PARU NIEUDANYCH PRÓBACH DOSTANIA SIĘ DO ŚWIĄTYNI ODCHODZIŁEM  ZREZYGNOWANY OD WEJŚCIA, PODSZEDŁ DO MNIE HINDUS I POWIEDZIAŁ, ŻE ON MI POWIE JAK SIĘ DOSTAĆ DO ŚWIĄTYNI. PRZEDE WSZYSTKIM NIE MOGLIŚMY IŚĆ RAZEM Z WOMBATEM W PARZE, BO JEDNO MUSIAŁO POZOSTAĆ Z APARATAMI, KOMÓRKAMI I EWENTUALNYMI TORBAMI (NIE MIELIŚMY TAKOWYCH). PO DRUGIE, MUSIELIŚMY TRZYMAĆ SIĘ OTRZYMANYCH WSKAZÓWEK. POSZEDŁEM NA PIERWSZY OGIEŃ. ZOSTAWIŁEM WOMBATA Z CAŁĄ ELEKTRONIKĄ I PODSZEDŁEM DO BRAMEK OCHRONY. OCHRONIARZE ZNOWU ZACZĘLI PROTESTOWAĆ, ALE NASZ ZNAJOMY COŚ IM POWIEDZIAŁ I PO BARDZO DOKŁADNYM SPRAWDZENIU MOGŁEM IŚĆ DALEJ. UDAŁEM SIĘ ZGODNIE Z INSTRUKCJĄ DO OPISANEGO MI WCZEŚNIEJ DOKŁADNIE CZŁOWIEKA SPRZEDAJĄCEGO DARY, KTÓRE KAŻDY WIERNY NIESIE DO ŚWIĄTYNI. ZA 100 RUPOLI DOSTAŁEM POJEMNICZEK Z MLEKIEM, JAKIEŚ KWIATKI ORAZ SZNUREK Z NAPLECIONYMI NAŃ KWIATAMI. TERAZ MUSIAŁEM Z PASZPORTEM PODEJŚĆ DO STOŁU PRZY KTÓRYM ZOSTAŁEM ZAREJESTROWANY (TYM RAZEM SPRZEDAWCA WYDATNIE MI POMAGAŁ. NAJWYRAŹNIEJ PRZEKONYWAŁ PISARZA, ŻE JESTEM NOWYM WIERNYM ?). PO TYM WSZYSTKIM CZŁOWIEK TEN DAŁ MI ŚCISŁĄ INSTRUKCJĘ CO MAM ROBIĆ I MOGŁEM WRESZCIE WEJŚĆ DO ŚWIĘTEGO MIEJSCA. W ŚRODKU POCZUŁEM SIĘ JAK PATYK RZUCONY W NURT RWĄCEJ RZEKI.

CIŻBA WIERNYCH KIERUJE TOBĄ TAK, ŻE WŁAŚCIWIE NIE MUSISZ ZASTANAWIAĆ SIĘ NAD TYM, CO MASZ ROBIĆ. JEŚLI CHCESZ, MOŻESZ WYPAŚĆ Z POTOKU LUDZI WCISKAJĄC SIĘ W JAKIŚ KĄT TEJ NIEZBYT DUŻEJ ŚWIĄTYNI, I POZOSTAJĄC TAM PRZYJRZEĆ SIĘ CAŁEMU RYTUAŁOWI ZWIĄZANEMU Z ODDAWANIEM CZCI I NAMASZCZENIEM PRZEZ CIĘŻKO PRACUJĄCEGO KAPŁANA. WŁAŚNIE W TEN SPOSÓB USTALIŁEM SOBIE KOLEJNOŚĆ RUCHÓW I SPOSÓB W JAKI POWINIENEM ODDAĆ CZEŚĆ POSZCZEGÓLNYM FIGUROM. TAK PRZYGOTOWANY WSZEDŁEM PEWNYM KROKIEM W PRZESUWAJĄCĄ SIĘ MASĘ LUDZI, I PO CHWILI POLEWAŁEM MLEKIEM LINGĘ, POSYPAŁEM PŁATKAMI KWIATÓW JEJ OKOLICĘ I ZOSTAŁEM NAMASZCZONY PRZEZ UWIJAJĄCEGO SIĘ JAK W UKROPIE GURU. TŁUM NATYCHMIAST PRZEPCHNĄŁ MNIE DO KOLEJNEGO, MAŁEGO I ZDECYDOWANIE PUSTSZEGO POMIESZCZENIA, GDZIE Z POZOSTAŁYCH DARÓW ZŁOŻYŁEM HOŁD JESZCZE JAKIEMUŚ BÓSTWU I GDZIE WRESZCIE NA SPOKOJNIE MOGŁEM ZADUMAĆ SIĘ NAD TYM CO MNIE OTACZA.
UWAGA: ZE ŚWIĄTYNI JEST PRZEJŚCIE DO SĄSIADUJĄCEGO Z NIĄ MECZETU. NIESTETY, NIE WIDZIAŁEM TEGO. BYŁEM PRZEKONANY, ŻE TO DRUGIE WYJŚCIE. A SZKODA.?

WRÓCIŁEM DO WOMBATA I TERAZ ON POSZEDŁ W MOJE ŚLADY…
ZWIEDZANIE (PONOĆ NIEDOSTĘPNEJ DLA NIE HINDU WYZNAWCÓW) ŚWIĄTYNI ZAJMUJE RAZEM Z PRZEJŚCIEM PRZEZ OCHRONĘ OKOŁO 20 min.
KOSZTOWAŁO NAS TO 200 RUPOLI (2 X 100). NO CÓŻ, TAK JAK WSZĘDZIE, TAK I TUTAJ BUSINESS IS BUSINESS …

WPROWADZENI DELIKATNIE W HINDUSKIE OBRZĘDY POSZLIŚMY WĄSKIMI ULICZKAMI W KIERUNKU GHATU MANIKARNIKA – NAJWAŻNIEJSZEGO W WARANASI MIEJSCA KREMOWANIA ZMARŁYCH. ZBLIŻAJĄC SIĘ DO NIEGO, NAPOTYKAMY CORAZ CZĘŚCIEJ STOSY DREWNA UŻYWANEGO DO CIAŁOPALENIA. W ZAPADAJĄCYM ZMIERZCHU WYGLĄDAJĄ MEGA NIEREALISTYCZNIE. DOCHODZĄC DO GHATU ZOSTAJEMY ZACZEPIENI PRZEZ CHŁOPCA, OFERUJĄCEGO NAM  SWOJĄ WIEDZĘ NA TEMAT TEGO MIEJSCA. NA KONIEC CHCE BYŚMY WSTĄPILI DO GALERII, GDZIE PRACUJE (CZYTAJ: DO KTÓREJ NAGANIA). PONIEWAŻ ZACIEKLE SIĘ BRONIMY, PROPONUJE, ŻE NAS ZAPROWADZI DO MIEJSCA, SKĄD BĘDZIEMY MOGLI SPOJRZEĆ Z GÓRY NA “NIETYKALNYCH” I CAŁĄ PRZESTRZEŃ ZAJMOWANĄ PRZEZ KREMATORIUM. UPEWNIAM SIĘ, ŻE ROBI TO ZA FRIKO, I UDAJEMY SIĘ DO POBLISKIEGO BUDYNKU, GDZIE Z OSTATNIEGO PIĘTRA MOŻNA POOBSERWOWAĆ JAK JEST PODZIELONY MANIKARNIKA GHAT I JAK DZIAŁA SYSTEM SPALANIA ZWŁOK. PRZY WEJŚCIU PODCHODZI DO NAS JAKIŚ GOŚCIU, KTÓRY BĘDZIE TŁUMACZYŁ CO SIĘ DZIEJE PRZED NASZYMI OCZAMI. PONOWNIE MÓWIĘ, ŻE MOJE KIESZENIE SĄ PUSTE I NIE NALEŻY LICZYĆ NA DATKI. TWIERDZĄC, IŻ TO NIE MA ZNACZENIA, GOSTEK ZACZYNA 15 MINUTOWY, DOSYĆ CIEKAWY WYKŁAD. ZDJĘĆ NIE WOLNO ROBIĆ … ? – MYŚLĘ JEDNAK, ŻE ZALEŻY TO OD WIELKOŚCI DATKU. NA ZAKOŃCZENIE, OCZYWIŚCIE MAMY DAĆ CO ŁASKA, NA DREWNO DLA BIEDAKÓW, KTÓRYCH TEŻ SIĘ TU PALI. MAM TYLKO JAKIEŚ DROBNE I BANKNOTY JEDNO TYSIĘCZNE. TYCH NA PEWNO NIE RZUCĘ NA TACĘ. WYGRZEBUJĘ Z KIESZENI RUPIOWY PLANKTON I DAJĘ DO KOSZYKA ….

             SPACERUJEMY DALEJ.
15 MINUT PÓŹNIEJ PODCHODZI DO MNIE JAKIŚ LOKALS I ZAGAJA DRYFUJĄC PROSTO DO TEMATU FOTOGRAFII. MÓWI, ŻE ZNA WŁAŚCICIELA SPALARNI I MOŻE ZAŁATWIĆ MOŻLIWOŚĆ ZROBIENIA SESJI FOTO. ZACZYNA OD 6 000 RUPI / godz. WYŚMIAŁEM OCZYWIŚCIE PROPOZYCJĘ NATYCHMIAST. PO JAKIMŚ CZASIE ZGODZIŁEM SIĘ NA OPCJĘ: 15 MINUT / ZWIEDZAMY RAZEM Z WOMBATEM / PORUSZAMY SIĘ PO CAŁYM GHACIE BEZ OGRANICZEŃ / KOLEŚ JEST PRZEWODNIKIEM / CENA 1 000 RUPOLI (OCZYWIŚCIE PŁATNE PO USŁUDZE).
.
            IDZIEMY.
SCHODZĄC Z GÓRY ZACZYNAMY OD MIEJSCA PRZEZNACZONEGO DO KREMACJI VIP-ów. MAM LEKKIEGO PECHA. WŁAŚNIE KOŃCZY SIĘ SPALANIE JEDNEGO Z CIAŁ. W MOMENCIE NASZEGO WEJŚCIA MISTRZ CEREMONII ZALEWA PRZEZ RAMIĘ WODĄ Z GANGESU PŁOMIEŃ OGNISKA. MISNĄŁEM … IDZIEMY DALEJ. PODCHODZIMY DO WIECZNIE PŁONĄCEGO OGNIA – MÓWI SIĘ, ŻE NIEPRZERWANIE OD STULECI – wg. LEGENDY ZAPOCZĄTKOWANEGO PRZEZ SZIWĘ.
.
            SCHODZIMY NIŻEJ.
TUTAJ ZACZYNA SIĘ PRAWDZIWE KREMATORIUM. WOKÓŁ MNIE KILKA OGNISK Z DOPALAJĄCYMI SIĘ SZCZĄTKAMI. “NIETYKALNI” WŁAŚNIE ROZPALAJĄ KOLEJNE OGNISKO. ZACZYNA BYĆ CORAZ CIEMNIEJ. NIE MOGĘ UŻYWAĆ FLESZA. ROBIĘ JESZCZE PARĘ ZDJĘĆ I  MUSIMY SPADAĆ. PO WYJŚCIU DAJĘ GOSTKOWI 1 000 RUPOLI. NO CÓŻ, TAK JAK WSZĘDZIE, TAK I TUTAJ BUSINESS IS BUSINESS …
.
WARANASI - W ULICZNEJ RESTAURACJI

WARANASI – W ULICZNEJ RESTAURACJI

.

CHODZIMY DALEJ, OGLĄDAJĄC  POWIĄZANE Z GATHAMI MIEJSCA. SPACERUJEMY  JESZCZE KILKADZIESIĄT MINUT I NA KONIEC TRAFIAMY DO SANKHATA GUEST HOUSE. WYGLĄDA DOBRZE. PIJEMY PIWO I RUSZAMY DALEJ, OBIECUJĄC WPAŚĆ KIEDYŚ DO TUTEJSZEJ RESTAURACJI ZACHWALANEJ PRZEZ WŁAŚCICIELA NA JAKIŚ POSIŁEK.

WRACAJĄC PIESZO DO HOTELU MIJAMY CAŁĄ MASĘ INTERESUJĄCYCH MIEJSC, ZATRZYMUJĄC SIĘ NA CHWILĘ PRZY ULICZNEJ NALEŚNIKODAJNI. ZJEDLIŚMY TU PYSZNE PLACKO-NALEŚNIKI I POWIOSŁOWALIŚMY W KIERUNKU HOTELU …

.

► ZOBACZ FOTY ◀︎

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *