06/07.01.2015 – Z KUALA DO LAOSU

.
SAMOLOTY WSZYSTKICH NISKOBUDŻETOWYCH LINII LOTNICZYCH MAJĄ W ZWYCZAJU WYLATYWAĆ SKORO ŚWIT, A WŁAŚCIWIE W ŚRODKU NOCY. PUSTYMI ULICAMI KL JECHALIŚMY O 5 RANO TAKSÓWKĄ NA LOTNISKO.
O TEJ PORZE NIE JEŹDZI JESZCZE PUBLICZNY TRANSPORT. UMÓWIONY WCZORAJ RANO KIEROWCA, TEN SAM, KTÓRY NAS PRZYWIÓZŁ DO HOTELU I OFEROWAŁ SWOJE USŁUGI NA PRZYSZŁOŚĆ, SPÓŹNIŁ SIĘ TROCHĘ, BO … ZAPOMNIAŁ O KURSIE. TO SIĘ NAZYWA DBAŁOŚĆ O INTERESY!!

UZYSKANIE WIZY LAOTAŃSKIEJ NIE STANOWI PROBLEMU. TRZEBA MIEĆ TYLKO ZDJĘCIE I WYPEŁNIĆ KRÓTKI FORMULARZ. WIZA JEST WBIJANA DO PASZPORTU NA LOTNISKU. MY POLACY, ZA WIZĘ PŁACILIŚMY PO 30 DOLARÓW.
NA LOTNISKU W VIENTIANE JEST TEN SAM SYSTEM FUNKCJONOWANIA TAKSÓWEK, CO W WIELU KRAJACH AZJI. W BIURZE TAKSÓWKOWYM PODAJESZ GDZIE CHCESZ JECHAĆ, PŁACISZ OKREŚLONĄ Z GÓRY KWOTĘ I “TAKSI” PODJEŻDŻA.
LOTNISKO W VIENTIANE JEST BLISKO MIASTA WIĘC I JAZDA BĘDZIE KRÓTKA. PODALIŚMY, ŻE CHCEMY JECHAĆ DO VANG VIENG I TAKSÓWKARZ ZAWIÓZŁ NAS NA ODPOWIEDNI DWORZEC AUTOBUSOWY. PO 15 MINUTACH MIELIŚMY AUTOBUS-MINIVAN ZA 80.000 KIP.
.
VIENTIANE - BUSIK DO VANG VIENG

VIENTIANE – BUSIK DO VANG VIENG

.

JECHALIŚMY DO AZJATYCKIEJ STOLICY ROZRYWKI JAĶĄ BYŁA, LUB JEST VANG VIENG. DLACZEGO STOLICA ROZRYWKI W TAK SPOKOJNYM, CICHYM, UZNANYM ZA ZACOFANY KRAJU, KTÓRY NIE JEST TRAKTOWANY JAKO JEDEN Z TYGRYSÓW AZJI. STAŁO SIĘ TO ZA SPRAWĄ MAŁEJ PIĘKNIE POŁOŻONEJ MIEJSCOWOŚCI – VANG VIENG, W KTÓREJ ZAPANOWAŁA MODA NA PŁYWANIE NA OPONIE I PEŁNY RELAKS NAD RZEKĄ PRZY UŻYCIU TAKIEGO ŚRODKA DOPINGUJĄCEGO, JAKIM JEST TANI TUTAJ ALKOHOL. BARY CZY RESTAURACJE PEŁNE BYŁY TURYSTÓW PIJĄCYCH ALKOHOL.  DOPROWADZIŁO TO DO SZALEŃSTWA POLEGAJĄCEGO NA SPŁYWANIU RZEKĄ NA DĘTCE OD BARU DO BARU, CO PRZYCIĄGAŁO  RZESZE TURYSTÓW Z CAŁEGO ŚWIATA, KTÓRZY NAWET, JEŻELI NIE PŁYNĘLI NA DĘTCE TO RACZYLI SIĘ ALKOHOLEM.  DRINKI PODAWANO PŁYWAJĄCYM BEZPOŚREDNIO TAK, ŻE NIE SCHODZILI Z DĘTKI PŁYNĄC OD BARU DO BARU. PO PARU ŚMIERTELNYCH WYPADKACH TUBING    OGRANICZONO. SYTUACJA SIĘ USTABILIZOWAŁA, CHOCIAŻ NADAL JEST BARDZO DUŻO TURYSTÓW, GŁOŚNEJ MUZYKI, TANIEGO ALKOHOLU.
CHCIELIŚMY JECHAĆ, DO PHONSAVAN OBEJRZEĆ DOLINĘ DZBANÓW ORAZ POZOSTAŁOŚCI SEKRETNEJ WOJNY. NIE ZAMIERZALIŚMY ODWIEDZAĆ VANG VIENG, ZWAŻYWSZY NA OPINIĘ O NIM.  NIE MOGĄC  JEDNAK ZNALEŹĆ BEZPOŚREDNIEGO AUTOBUSU Z VIENTIANE DO PHONSAVAN NAJPROŚCIEJ BYŁO DOJECHAĆ Z PRZESIADKĄ W VANG VIENG. JECHALIŚMY NIECAŁE 4 godz. VANG VIENG ROBI OD  RAZU WRAŻENIE MIEJSCOWOŚCI WYPOCZYNKOWEJ. TŁUMY LUDZI, WYPOŻYCZALNIE ROWERÓW, MOTOROWERÓW, KRAMY, BARY, RESTAURACJE OFERUJĄCE WSZYSTKO, CO TURYSTA POTRZEBUJE. DUŻA ILOŚĆ HOTELI, HOSTELI, BUNGALOWÓW. USŁUGI GASTRONOMICZNE ZASPOKAJAJĄ POTRZEBY ZAGRANICZNYCH TURYSTÓW OFERUJĄC IM WSZELKIEGO RODZAJU OMLETY, KANAPKI, KOTLETY, PIZZĘ, CZYLI JEDZENIE OBCE TU KULTUROWO. BARY KUSZĄ DARMOWYMI DRINKAMI LUB tzw. RADOSNYMI GODZINAMI, PODCZAS KTÓRYCH ALKOHOL JEST TAŃSZY. MIMO TEGO MIASTECZKO ROBI  BARDZO FAJNE WRAŻENIE. PIĘKNIE POŁOŻONE, OTOCZONE GÓRAMI  Z PRZEPŁYWAJĄCĄ RZEKĄ NAM SONG.

 

VANG VIENG - NAD RZEKĄ

VANG VIENG – NAD RZEKĄ

.

NIE MIELIŚMY ŻADNYCH TRUDNOŚCI ZE ZNALEZIENIEM NOCLEGU. PROBLEM TKWIŁ W WYBORZE. PIETRUSZKA W UPALE DZIELNIE PRZESZUKIWAŁ GUESTHOUSY, HOTELE Z POKOJAMI ZA US$ 6 – 7.

W KOŃCU NIE BEZ KOZERY ZDECYDOWALIŚMY SIĘ NA DOŚĆ DROGI, BO ZA US$ 17, 75 BUNGALOW, STOJĄCY JAK WSZYSTKIE TUTAJ NA PALACH. NAZYWAŁO SIĘ TO BANANA BUNGALOWS, I MIEŚCIŁO SIĘ PO DRUGIEJ STRONIE RZEKI. DO STOJĄCYCH TAM BUNGALOWÓW PROWADZIŁ PRZEZ RZEKĘ DREWNIANY MOST. PO TEJ STRONIE RZEKI NIE BYŁO ŻADNYCH UCIECH NIE LICZĄC MAŁEJ BUDKI Z NAPOJAMI PRZY PLAŻY. NA TO, ŻE JEST TO PLAŻA WSKAZYWAŁY STOJĄCE W WODZIE KRYTE STRZECHĄ PLATFORMY O POWIERZCHNI OKOŁO 5-6 M2, MAJĄCE OKRĘCONE WOKÓŁ PALIKÓW PODTRZYMUJĄCYCH STRZECHĘ, ŚWIATEŁKA. FAJNIE TO WYGLĄDAŁO WIECZOREM.

 

BANANA BUNGALOWS

BANANA BUNGALOWS

.

     NASZ DOMEK MIAŁ GANEK GDZIE STAŁA ŁAWKA A OBOK HAMAK. WCHODZIŁO SIĘ DO DUŻEGO POKOJU. DWIE ŚCIANY DOMKU STANOWIŁY OKNA. ZA OKNAMI ROZPOŚCIERAŁ SIĘ WIDOK ZA MILION DOLARÓW. Z ŁÓŻKA WIDOCZNA BYŁA CAŁA GÓRSKA PANORAMA. NIESTETY NOCE NIE BYŁY TAK UPOJNE, BO SŁYCHAĆ BYŁO WSZYSTKIE NOCNE PTAKI I OWADY A DO TEGO JAKIŚ SZALONY KOGUT O 4 RANO ROZPOCZYNAŁ UWODZENIE CHYBA WSZYSTKICH KUR W OKOLICY.

 

VANG VIENG - SAŁATKA Z OŚMIORNICY

VANG VIENG – SAŁATKA Z OŚMIORNICY

.

     WIECZOREM ZAWĘDROWALIŚMY NA LEŻĄCY POZA MIASTEM PLAC, GDZIE  GOTOWANO I SPRZEDAWANO JEDZENIE. GŁÓWNIE BYŁY TO RYBY I MIĘSO Z GRILA. KUPILIŚMY DWIE RYBY. JEDNĄ JEDLIŚMY NA MIEJSCU, DRUGĄ ZABRALIŚMY. BYLIŚMY JEDYNYMI BIAŁASAMI NA TYM PLACU. TUTEJSZE JEDZENIE TO RYŻ, MAKARON Z DODATKIEM KURCZAKA, ŚWINKI, KREWETKI, WARZYWA. SĄ TAKŻE ZUPY I SAŁATKI. ZACHWYCIŁA NAS SAŁATKA Z ZIELONEJ PAPAI, KTÓRA WYGLĄDEM PRZYPOMINA DUŻEGO ZIELONEGO OGÓRKA TAKIEGO Z JASNĄ SKÓRKĄ. PAPAJĘ KROI SIĘ DUŻYM NOŻEM W TAKI SPOSÓB, ŻE POWSTAJĄ CIENKIE JAK MAKARON PASECZKI. POLEWA SIĘ TO SOSEM, W KTÓRYM JEST SOK Z LIMONKI, SOS SOJOWY, ORZESZKI I INNE SKŁADNIKI, KTÓRYCH NIE POTRAFIĘ NAZWAĆ, CHOCIAŻ WIDZIAŁAM JAK SĄ DODAWANE DO DUŻEGO MOŹDZIERZA I ROZGNIATANE.

 

VANG VIENG - LOKALNE PRZYSMAKI

VANG VIENG – LOKALNE PRZYSMAKI

.

DO TUTEJSZYCH ATRAKCJI POZA PŁYWANIEM NA DĘTCE, KAJAKIEM I OPALANIEM NALEŻY ZWIEDZANIE JASKIŃ I WSPINACZKA GÓRSKA, ABY JAK GŁOSI REKLAMA ZALICZYĆ NAJPIĘKNIEJSZE WIDOKI. WSPINACZKA TO ZA MAŁO POWIEDZIANE. NAJPIERW POKONYWAŁO SIĘ TRASĘ WCHODZĄC PO DRABINACH USTAWIONYCH PROSTOPADLE, A POTEM PO GŁAZACH NA CZWORAKACH. KAŻDY KROK BYŁ PRZEMYŚLANY, BO ŁATWO BYŁO SIĘ POTKNĄĆ. ZEJŚCIE NIE BYŁO ŁATWIEJSZE. WYGLĄDALIŚMY ZAPEWNE JAK ROZPŁASZCZONE ŻABY TRZYMAJĄCE SIĘ KURCZOWO SKAŁY I NIE MIAŁO TO NIC WSPÓLNEGO Z TYM, CO ROZUMIE SIĘ POD POJĘCIEM WSPINACZKI.

WIDOK Z GÓRY JEST MOIM ZDANIEM TAKI SOBIE. POTEM DOSZLIŚMY DO KOLEJNEJ ATRAKCYJNEJ JASKINI. W ZASADZIE BYŁA JUŻ ZAMKNIĘTA, ALE ODBYLIŚMY PÓŁGODZINNY SPACER DZIĘKI UPRZEJMOŚCI LAOTAŃCZYKÓW, KTÓRZY OTWORZYLI JĄ DLA NAS.

 

JEDNA Z JASKIŃ W OKOLICACH VIENG VIANG

JEDNA Z JASKIŃ W OKOLICACH VANG VIENG

.

SAMA JASKINIA MA 6 km. SĄ TEŻ INNE JASKINIE, BŁĘKITNA LAGUNA, TAK, ŻE MOŻNA  ZNALEŹĆ COŚ DLA CIEKAWEGO DLA SIEBIE. WIELE LOKALI WYPOSAŻONYCH JEST W WYGODNE SIEDZISKA Z PODUSZKAMI, CO W POŁĄCZENIU Z WI-FI I GĘSTYM SOKIEM Z OWOCÓW LUB MROŻONĄ KAWĄ POZWALA NA BEZUSTANNY KONTAKT ZE ŚWIATEM. TYLKO, ŻE CHYBA TRACI SIĘ TROCHĘ NA OBCOWANIU Z KULTURĄ KRAJU – A MOŻE JEST TO SIGNUM TEMPORIS.
ŻE TO PRZEJMOWANIE WSZYSTKICH OBYCZAJÓW NIE ZAWSZE DOBRZE SMAKUJE, MIELIŚMY OKAZJĘ PRZEKONAĆ SIĘ OSTATNIEGO WIECZORU, KIEDY TO POSTANOWILIŚMY WYPIĆ POŻEGNALNEGO DRINKA NAD RZEKĄ NA OŚWIETLONYCH PLATFORMACH MOCZĄC STRUDZONE NOGI W RZECE. SCENERIA PIĘKNA, ALE DRINK MAJĄCY BYĆ RUMEM Z SOKIEM Z LIMONKI I KAWAŁKAMI MANGO BYŁ KOSZMARNY. DOPIERO WLANIE SPOREJ ILOŚCI COCA COLI POPRAWIŁO JEGO SMAK.

NASTĘPNEGO DNIA AUTOBUSEM O 9-tej RANO RUSZALIŚMY DO PHONSAVAN.

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *