08.01.2015 – Z VANG VIENG DO PHONSAVAN

.

BAGIETKA I INNE FRANCUSKIE PIECZYWO STANOWI SPUŚCIZNĘ PO FRANCUSKICH KOLONIZATORACH, SŁUŻĄCĄ OBECNIE LAOTAŃCZYKOM DO ZARABIANIA PIENIĘDZY, I TO W EUROPEJSKI SPOSÓB. KU RADOŚCI TURYSTÓW OPANOWALI SZTUKĘ ROBIENIA KANAPEK, PRZYJMUJĄC ICH ANGIELSKĄ NAZWĘ SANDWICZ. MENU KANAPKOWE JEST BARDZO BOGATE. MOŻNA MIEĆ np. KANAPKĘ Z  KURCZAKIEM, BEKONEM, TOFU CZY INNYM SEREM, DO TEGO SAŁATĘ, POMIDORA, CEBULĘ NO I OCZYWIŚCIE MAJONEZ LUB KECZUP. CENA 10.000 -15.000 KIP. ZAOPATRZENI W TAKIE KANAPKI, A WŁAŚCIWIE KANAPY, BO SĄ DUŻE, ROZPOCZĘLIŚMY PODRÓŻ DO PHONSAVAN.

STOISKA, NA KTÓRYCH OD WCZESNEGO RANKA MOŻNA KUPIĆ BAGIETKĘ PRZYRZĄDZONĄ WEDŁUG WŁASNEGO WIDZIMISIĘ ...

STOISKA, NA KTÓRYCH OD WCZESNEGO RANKA MOŻNA KUPIĆ BAGIETKĘ PRZYRZĄDZONĄ WEDŁUG WŁASNEGO WIDZIMISIĘ …

.
MIKROBUS BYŁ PEŁNY. JECHALIŚMY 6 GODZIN ZA 110.000 KIPÓW OD OSOBY.

DO PIENIĘDZY LAOTAŃSKICH TRZEBA MIEĆ DYSTANS, BO LICZY SIĘ JE W GRUBYCH TYSIĄCACH. Z PRZELICZENIA DOLAROWEGO WYCHODZI MAŁA KWOTA. DOPIERO PO JAKIMŚ CZASIE UZYSKUJE SIĘ RÓWNOWAGĘ POZWALAJĄCĄ NA OCENĘ CZY COŚ JEST TANIE CZY DROGIE. W TRAKCIE PODRÓŻY KIEROWCA ZATRZYMAŁ SIĘ W PRZYDROŻNEJ JADŁODAJNI NA OBIAD. ZABUDOWA TYPOWA DLA USŁUG GASTRONOMICZNYCH. SALA JADALNA POŁĄCZONA Z MIESZKANIEM. OTWARTA PRZESTRZEŃ POZWALA ZAJRZENIE DO ŚRODKA. NA PODŁODZE KILIMY, PODUSZKI, PLEDY, SZAF CZY SKRZYŃ NA JAKIEŚ RZECZY NIE WIDAĆ, ALE OCZYWIŚCIE TELEWIZOR JEST. DANIA JAK ZWYKLE, WARZYWA, RYŻ, MAKARON – SERWOWANE Z ZUPĄ.

 

OBIAD JEMY TUTAJ

OBIAD JEMY TUTAJ

.

PO OKOŁO 35 MINUTACH RUSZAMY DALEJ. W TRAKCIE PODRÓŻY ROBI SIĘ CHŁODNO. AUTOBUSIK PRZYJEŻDŻA PUNKTUALNIE. KIERUJEMY SIĘ OD RAZU DO GUESTHOUSU KONG KEO POŁOŻONEGO TUŻ OBOK DWORCA AUTOBUSOWEGO. CHWALĄ GO BLOGERZY, WIĘC NIC NIE SZUKAMY. DOSTAJEMY POKÓJ W BUDYNKU W KATEGORII DŁUGIEGO BARAKU, WCHODZI SIĘ OD RAZU Z DWORU. JEST KOSZMARNIE ZIMNO. POKÓJ MA PODSTAWOWE WYPOSAŻENIE tj. STOLIK, SZAFKĘ, ŁÓŻKO NO I OCZYWIŚCIE ŁAZIENKĘ. ŚCIANY SĄ JAK GDYBY BRUDNE, ALE PIETRUSZKA STWIERDZA, ŻE TO WILGOĆ. CENA US$ 7/ DOBA.

 

KONG KEO - POKÓJ Z ŁAZIENKĄ

KONG KEO – POKÓJ Z ŁAZIENKĄ

.

UBIERAM NA SIEBIE PRAWIE WSZYSTKO CO MAM, I WYCHODZIMY SIĘ ROZEJRZEĆ, POSZUKAĆ AGENCJI, KTÓRA JUTRO ZAWIEZIE NAS DO DOLINY DZBANÓW I  POZOSTAŁOŚCI PO SEKRETNEJ WOJNIE. WIEMY TAKŻE, IŻ GUESTHOUSE ORGANIZUJE WYCIECZKI. W PIERWSZYM BIURZE  – NIE ZNAMY JEGO NAZWY – WYDAJE NAM SIĘ BARDZO DROGO, BO US$ 190. PROGRAM WYCIECZKI TAKI JAK CHCE BIURO, ORAZ LUNCH. W DRUGIM – NIE ZNAMY JEGO NAZWY – POŁOWA CENY, PROGRAM TAKI, JAKI CHCEMY, CZYLI POZOSTAŁOŚCI CZOŁGU, KRATERY PO BOMBACH, SEKRETNY TUNEL, DOLINA (RÓWNINA) DZBANÓW. CO PRAWDA, ZWRACANO NAM UWAGĘ, ŻE TO DUŻY PROGRAM I WRÓCIMY POPOŁUDNIU, ALE NIE BARDZO WIADOMO BYŁO CZY CHODZI O NASZE DOBRO, CZY TEŻ BIURA NIE SĄ PRZYZWYCZAJONE DO TAK DŁUGICH TRAS. GUESTHOUSE NIE OFEROWAŁ NAM NICZEGO NA TYM SAMYM POZIOMIE.

CHCIELIŚMY COŚ ZJEŚĆ, ALE NIESTETY NIE BYŁO NIC INTERESUJĄCEGO. PIETRUSZKA WYPATRZYŁ SOBIE ZUPĘ Z WĘGORZA. W PEWNYM MOMENCIE ZAUWAŻYLIŚMY PO PROSTU GARKUCHNIĘ. ILEŚ GARNKÓW STOJĄCYCH NA BLACIE I DWIE OBSŁUGUJĄCE PANIE, KTÓRE PAKOWAŁY JEDZENIE DO PLASTIKOWYCH WORECZKÓW. TEN SPOSÓB PAKOWANIA ZAUWAŻYLIŚMY JUŻ WCZEŚNIEJ. MOŻNA NAWET DOSTAĆ TAK NP. MROŻONĄ KAWĘ. DZIW BIERZE, ŻE NIC SIĘ Z TEGO NIE WYLEWA. ZOBACZYLIŚMY TAKŻE KNAJPKĘ Z MAŁYMI BAMBUSOWYMI NACZYNIAMI DO GOTOWANIA NA PARZE. MIEŚCIŁY SIĘ W TYM TRZY GRZYBKI LUB TRZY KAWAŁKI SERA TOFU. TAKIE CHIŃSKIE TAPAS. SKOSZTOWALIŚMY, BYŁO FAJNE.

 

W PEWNYM MOMENCIE ZAUWAŻYLIŚMY ... GARKUCHNIĘ

W PEWNYM MOMENCIE ZAUWAŻYLIŚMY … GARKUCHNIĘ

.

DO GARKUCHNI JAKOŚ NIE PODESZLIŚMY, BO BYŁO TAK ZIMNO, ŻE CHCIELIŚMY WEJŚĆ GDZIEŚ DO ŚRODKA. W EFEKCIE PIETRUSZKA ZJADŁ ZUPĘ Z WĘGORZA, A JA ZAMÓWIŁAM, A PRZYNAJMNIEJ TAK MI SIĘ WYDAWAŁO, MAKARON SMAŻONY Z MIĘSEM. DOSTAŁAM ZUPĘ. BYŁA WSTRĘTNA DO TEGO STOPNIA, ŻE NIE POMOGŁO JEJ ŻADNE DOPRAWIENIE.  JEDZENIE AZJATYCKIE JEST BARDZO DOBRE. JESTEM JEGO WIELBICIELKĄ, ALE CZEGOŚ TAK NIEDOBREGO JESZCZE NIE JADŁAM. POSZLIŚMY DO INNEJ KNAJPKI I TAM PODANO MI OLBRZYMIĄ PORCJĘ MAKARONU. MOŻE SAM W SOBIE NIE BYŁ WYŚMIENITY, ALE PRZYNAJMNIEJ MOŻNA GO BYŁO ZJEŚĆ.

KIEDY WRÓCILIŚMY, NA PODWÓRKU HOSTELU W STAREJ SKORUPIE BOMBY PALIŁ SIĘ OGNIEŃ. DOSIEDLIŚMY SIĘ DO TOWARZYSTWA DWÓCH NOWOZELANDCZYKÓW, FRANCUZKI I KOLUMBIJCZYKA. WSZYSCY GRZALIŚMY SIĘ PRZY OGNIU, SNUJĄC OPOWIEŚCI GDZIE KTO BYŁ, GDZIE JEDZIE DALEJ, JAKIE MA IMPRESJE Z PODRÓŻY. PARA FRANCUSKO-KOLUMBIJSKA PODRÓŻOWAŁA OD ROKU. OPOWIADALI O WIETNAMIE, KTÓRYM BYLI BARDZO ROZCZAROWANI. NOWOZELANDCZYCY WYPOWIADALI SIĘ O SWOICH DOŚWIADCZENIACH I KONTAKTACH Z EUROPĄ. OPOWIEDZIELIŚMY IM O NASZEJ PODRÓŻY DO NOWEJ ZELANDII, ZACHWYCAJĄC SIĘ TYM KRAJEM. ZWIEDZILIŚMY WTEDY TRZY WYSPY NOWOZELANDZKIE, JADĄC AŻ NA KONIEC POŁUDNIOWEJ, GDZIE ŻYCIE I STOSUNKI SPOŁECZNE MAJĄ ZUPEŁNIE INNY WYMIAR.  PARA FRANCUSKO-KOLUMBIJSKA MIĘDZY SOBĄ MÓWIŁA PO HISZPAŃSKU,  JA Z FRANCUSKĄ PO FRANCUSKU,  Z PIETRUSZKĄ MOMENTAMI PO POLSKU ALE JĘZYKIEM WSPÓLNYM DLA WSZYSTKICH BYŁ ANGIELSKI O RÓŻNEJ WYMOWIE I AKCENCIE. SPĘDZILIŚMY FAJNY WIECZÓR W TEMPERATURZE 14 STOPNI. TEMPERATURĘ SPRAWDZILIŚMY, BO ZIMNO TAK DAWAŁO SIĘ WE ZNAKI, ŻE CHCIELIŚMY WIEDZIEĆ, DLACZEGO MIMO PŁONĄCEGO OGNIA MARZNIEMY.

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *