07.01.2015 – W VANG VIENG

.

RANO PRZESZLIŚMY SIĘ PO MIEJSCOWOŚCI WSTĘPUJĄC NAJPIERW DO BLISKIEGO, LEŻĄCEGO NA TRASIE Z NASZYCH BANANOWYCH DOMKÓW BARU SAYNAMSON 2. DAJĄ TU NAJLEPSZĄ, JAKĄ DOTYCHCZAS PIŁEM W AZJI KAWĘ MROŻONĄ. BAJECZNA @ 7000 KIPÓW. CHWILKĘ PÓŹNIEJ ZACZĘLIŚMY SZUKAĆ CZEGOŚ DO ZJEDZENIA I TRAFILIŚMY DO LOKALNEJ RESTAURACYJKI, W KTÓREJ NAJEDLIŚMY SIĘ DO SYTA PYSZNYM TUTEJSZYM ŻARCIEM @ 40000 KIPÓW. NAJEDZENI WYMIENILIŚMY W BANKU KASIORKĘ I POSZLIŚMY NA ZWIEDZANIE. CHCIELIŚMY ZOBACZYĆ CIEKAWĄ PONOĆ BŁĘKITNĄ LAGUNĘ I JASKINIE.

PO OKOŁO 20 min. MARSZU NA MAŁEJ PRZYKRYTEJ ZIELSKIEM POLANCE U PODNÓŻA NIEWIELKIEJ, WIDOCZNEJ Z NASZEGO BUNGALOWEGO OKNA GÓRY, ZOBACZYLIŚMY GOSTKA ZA LADĄ STOŁU, CZYLI ZA “KASĄ”. BYŁA TO PIERWSZA ATRAKCJA TURYSTYCZNA TEJ MIEJSCOWOŚCI. WSPINANIE SIĘ PO DOŚĆ STROMYM, POKRYTYM ODŁAMKAMI SKAŁ I CZASAMI DRABINAMI ZBOCZU. ZAPŁACILIŚMY PO 10 000 KIPÓW OD ŁBA I ZACZĘLIŚMY WSPINACZKĘ. PO DRODZE NAPOTKALIŚMY JAKĄŚ JEDNĄ SCHODZĄCĄ MŁODĄ PARĘ. WSPINANIE wg. GOŚCIA Z KASY TRWA 30 min. NIE WIEM ILE NAM ZAJĘŁO DOKŁADNIE. PRZYPUSZCZAM, ŻE TAM I Z POWROTEM OKOŁO 90 min. NA SZCZYCIE, NA KTÓRY WARTO WEJŚĆ BY ZOBACZYĆ OKOLICĘ BYLIŚMY MOŻE 10 min. ZARAZ ZA NAMI SZŁA JESZCZE JAKAŚ MŁODA PARA, CHYBA KANADYJCZYKÓW. WCALE NIE BYLI SZYBSI. POZA NIMI NIE SPOTKALIŚMY NIKOGO WIĘCEJ. CO NAS ZRESZTĄ NIE DZIWI.

W DRODZE DO JASKIŃ

W DRODZE DO JASKIŃ

.

UWAGA !!! POKONANIE TEJ GÓRY JEST TRUDNE DLA KOGOŚ, KTO JEST NIEZBYT WYSPORTOWANY, OTYŁY, MA LĘK WYSOKOŚCI I NIE MA ODPOWIEDNIEGO STROJU. GŁÓWNIE BUTÓW. MUSZĄ MIEĆ GRUBĄ PODESZWĘ BO INACZEJ BARDZO WRZYNAJĄ SIĘ W STOPY OSTRE KRAWĘDZIE SKAŁ I SZCZEBLE DRABINY. WEJŚCIE I ZEJŚCIE NIE RÓŻNI SIĘ WIELE. TRZEBA SIĘ CHWYTAĆ GAŁĘZI LUB KORZENI. W PANUJĄCYM CIEPEŁKU TO WSZYSTKO NIE JEST ŁATWE..
PO ZEJŚCIU DOWIEDZIELIŚMY SIĘ W KASIE, ŻE DO JASKINI LUSI, KTÓRA PONOĆ ŁĄCZY SIĘ Z “BŁĘKITNĄ LAGUNĄ” JEST 1 MOŻE 1 I 1/2 km. ZACZĘLIŚMY TAM IŚĆ PO ŁYKNIĘCIU W MIARĘ ZIMNEJ MAŁEJ PUSZKI TUTEJSZEGO PIWA @ 10000 KIPÓW. PO DRODZE MINĘŁA NAS WCZEŚNIEJ WIDZIANA PARA.

JEŚLI TAM JEST MNIEJ NIŻ 3 km TO MÓWCIE MI JOHNY.
DOSZLIŚMY W MOMENCIE, KIEDY FRANCUZI BYLI WŁAŚNIE ODSYŁANI DO DOMU, BO GOŚCIE Z OBSŁUGI PRACUJĄ DO 16:00. NIE BYŁO JESZCZE TAK PÓŹNO, W ZWIĄZKU Z CZYM ZACZĄŁEM ŁADOWAĆ SIĘ W KIERUNKU WEJŚCIA. OBSŁUGA WIDZĄC, ŻE JEST NAS TERAZ CZWÓRKA OTWARŁA ZAWARTĄ NA KŁÓDKĘ FURTKĘ, SKASOWAŁA NAS PO 10 000 KIPOLI OD ŁBA, DAŁA LATARKI I POSZLIŚMY… PODOBNIE JAK POPRZEDNIO CZEKAŁA NAS JESZCZE KRÓTKA WSPINACZKA PO SKAŁACH I DRABINIE.
JASKINIA LUSI JEST DUŻA. MA PONOĆ 6 km. NIE WIEM CZY TO PRAWDA. MY WESZLIŚMY NA JAKIEJŚ 400, 500 m. I TRZEBA BYŁO ZAWRACAĆ. ŚLISKIE PODŁOŻE NIE POZWALA NA SZYBKI MARSZ. NIE MA TEŻ TUTAJ ŻADNYCH SPEKTAKULARNYCH WIDOKÓW. MOŻNA SOBIE ODPUŚCIĆ. NAJBARDZIEJ SPEKTAKULARNYMI GROTAMI W OKOLICY SĄ JASKINIE THAM PHU KHAM ZE SŁYNNĄ “BŁĘKITNĄ LAGUNĄ”. DO “BŁĘKITNEJ LAGUNY” MOŻLIWE JEST DOJŚCIE (LUB DOJECHANIE; np. ROWEREM) Z INNEJ STRONY TEJ GÓRY.

 

VANG VIENGU - W JASKINI

VANG VIENGU – W JASKINI “LUSI”

.

WYMĘCZENI DOTARLIŚMY O ZMROKU DO NASZEJ BANANOWEJ CHATKI W SAM RAZ NA WIECZORNEGO DRINKOSA W NADRZECZNYM BARZE. ZAORDYNOWALIŚMY MANGO MARGERITĘ. OHYDA. STANOWCZO ODRADZAMY PICIE TAKICH WYNALAZKÓW W BARZE PO DRUGIEJ STRONIE RZEKI, NA WPROST BANANA BUNGALOWS. BAR STOI PUSTY, CHOCIAŻ JEST DOBRZE POŁOŻONY I MA DREWNIANE PLATFORMY POZWALAJĄCE NA LEŻENIE LUB SIEDZENIE NA NICH I PICIA CZEGOKOLWIEK Z NOGAMI MOCZĄCYMI SIĘ W WODZIE. MUZĘ TEŻ MA NIEZŁĄ. ALE DRINKOSY GO DYSKWALIFIKUJĄ.
TROCHĘ ODŚWIEŻENI WYSZLIŚMY NA “PROMENADĘ” POSZUKAĆ CZEGOŚ NA KOLACJĘ.  NA TARGOWISKU LEŻĄCYM JAK SIĘ OKAZUJE NA PASIE STARTOWYM, NIE ZNALEŹLIŚMY NICZEGO FASCYNUJĄCEGO. POSTANOWILIŚMY W ZWIĄZKU Z TYM UDAĆ SIĘ W NIEZNANE NAM JESZCZE MIEJSCE. NA LEWO OD INFO TURYSTYCZNEJ, STOJĄCEJ NA GŁÓWNEJ ULICY MIASTECZKA. ODDALAJĄC SIĘ W TEN SPOSÓB OD CENTRUM NATKNĘLIŚMY SIĘ NA KILKA RESTAURACJI PO PRAWEJ STRONIE ULICY.

 

NATKNĘLIŚMY SIĘ NA KILKA LOKALNYCH RESTAURACJI PO PRAWEJ STRONIE ULICY

NATKNĘLIŚMY SIĘ NA KILKA LOKALNYCH RESTAURACJI PO PRAWEJ STRONIE ULICY

.

JEDNA Z NICH OFEROWAŁA BARDZO INTERESUJĄCO WYGLĄDAJĄCE POTRAWY. WZIĄŁEM SOBIE DWIE SAŁATKI. JEDNĄ Z ZIELONEJ PAPAI I DRUGĄ CHYBA Z KURCZAKIEM. KOSZTOWAŁY OBIE  35 000 KIPOLI. PANI DORZUCIŁA JESZCZE KILKA BABY BANANÓW DO MOJEGO TAKE AWAY’A.

PRZYGOTOWYWANIE MOJEJ ULUBIONEJ SAŁATKI ...

PRZYGOTOWYWANIE MOJEJ ULUBIONEJ SAŁATKI …

.

WOMBACIK MIAŁ OCHOTĘ NA SMAŻONY MAKARON. ZNALEŹLIŚMY TAKI BLISKO NASZEGO SPANIA. A W SKLEPIE OBOK NIEZŁEGO AUSTRALIJSKIEGO SHIRAZA @ 100 000.
TA KOLACJA NA WYNOS SPOŻYTA NA TARASIKU BUNGALOWU Z WIDOKIEM NA PIĘKNE GÓRY, POPITA  AUSTRALIJCZYKIEM BYŁA REWELKĄ.

 

SAŁATKA Z ZIELONEJ PAPAI

SAŁATKA Z ZIELONEJ PAPAI

.

WIECZÓR MIELIŚMY NADZIEJĘ SPĘDZIĆ W BARZE, W KTÓRYM RANO PIŁEM TĘ PYSZNĄ KAWĘ. WRACAJĄC ZE SPACERU DO JEDNEGO Z MIEJSC GDZIE KUPILIŚMY BILETY AUTOBUSOWE NA DALSZĄ, JUTRZEJSZĄ PODRÓŻ, DO PHONSAVAN ZASTALIŚMY MÓJ ULUBIONY BAR PRAWIE ZAMKNIĘTY. NICI Z POSIEDZENIA NA MATACH Z PODUCHAMI I POSERFOWANIA W NECIE…
WRÓCILIŚMY NA NASZE BANANOWE RANCHO I TAM WSKOCZYŁEM W OBJĘCIA INTERNETU. DOSIADŁ SIĘ DO MNIE HINDUS ARCHITEKT I GAWĘDZILIŚMY Z GODZINĘ O FOTOGRAFII …

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *