10.01.2015 – Z PHONSAVAN DO LUANG PRABANG

.

CAŁĄ NOC LAŁO. O 7:30 RANO CIĄGLE  Z PRZERWAMI SIĄPIŁO.

MUSIMY WYJŚĆ O 7:45. DOBRZE JEST BYĆ NA 15 min. PRZED ODJAZDEM BY USTAWIĆ SIĘ W KOLEJCE DO LEPSZEGO MIEJSCA. A MY DO TEGO CHCIELIŚMY JESZCZE KUPIĆ COŚ NA ŚNIADANKOSA. NA SZCZĘŚCIE DESZCZ USTAŁ DOSŁOWNIE W MOMENCIE, GDY WYCHODZILIŚMY. UDAŁO NAM SIĘ DOBIEC DO AGENCJI, SPOD KTÓREJ ODJEŻDŻA NASZ TRANSPORT TYLKO MOCZĄC LEKKO NOGI. BYLIŚMY PIERWSI. WOMBAT KUPOWAŁ HERBATĘ NA ROZGRZEWKĘ, JA POBIEGŁEM PO RESZTĘ. TAK JAK WCZORAJ KUPIŁEM BAGIETKI, DO KTÓRYCH KAZAŁEM WRZUCIĆ KILKA PLASTRÓW OGÓRKA (5 000 KIPOLI). TERAZ POGNAŁEM DO GARKUCHNI I NABYŁEM KAWAŁEK TOFU-MIELONKI – NOWY ULUBIONY PRZYSMAK WOMBATA – I MAŁĄ KIEŁBASKĘ PROSIACZKOWĄ (8 000 KIPOLASÓW). POKROIŁEM, WRZUCIŁEM DO ŚRODKA BAGIETKI I WRÓCIŁEM. PODJECHAŁ JAKIŚ MINIBUSIK. DOWIEDZIAWSZY SIĘ, ŻE TO WŁAŚCIWY WRZUCIŁEM DO ŚRODKA NASZE ŚMIECI ZAJMUJĄC MIEJSCA. TERAZ WYPILIŚMY PO HERBATCE (2 × 5 000 KIPÓW), DOPRAWILIŚMY BAGIETKI CZUSZKĄ I CZEKAJĄC NA ODJAZD ZJEDLIŚMY ŚNIADANIE. PO CHWILI NADJECHAŁ KOLEJNY BUSIK I POPROSZONO NAS O PRZENIESIENIE BAGAŻU DO NIEGO. OK.

.

“… PODRÓŻNI, Z JAKĄŚ BABINĄ NA CZELE RUSZYLI DO AUTOBUSU …”

.

ZNOWU SIĘ ROZPADAŁO.

NASZ POJAZD RUSZYŁ, … I ZATRZYMAŁ SIĘ 200 m. DALEJ. NA TYM SAMYM DWORCU, GDZIE WYLĄDOWALIŚMY KILKA DNI TEMU JADĄC Z VANG VIENG, I DO KTÓREGO MIELIŚMY BLIŻEJ NIŻ DO MIEJSCA Z KTÓREGO NAS ZACZĘTO PRZERZUCAĆ JAK PIŁKĘ POMIĘDZY MIKROBUSAMI… TUTAJ ZNOWU NASTĄPIŁA PRZESIADKA. TYM RAZEM JUŻ DO WŁAŚCIWEGO ŚRODKA LOKOMOCJI. DZIĘKI TEMU, ŻE NASZ BAGAŻ JEST MAŁY, ZMIEŚCIŁ SIĘ WEWNĄTRZ POJAZDU CO BYŁO O TYLE WAŻNE, ŻE NIE ZANOSIŁO SIĘ NA POPRAWĘ POGODY. BĘDĄC PIERWSZYMI POŁOŻYLIŚMY SWOJE POZOSTAŁE RZECZY NA INTERESUJĄCYCH NAS MIEJSCACH I WYSZEDŁSZY NA ZEWNĄTRZ PRZYGLĄDALIŚMY SIĘ KIEROWCY ŁADUJĄCEMU BAGAŻE POZOSTAŁYCH PODRÓŻNYCH NA DACH MASZYNY I PRZYKRYWANIU ICH PLANDEKĄ. GDY KIEROWCA SKOŃCZYŁ PODRÓŻNI, Z JAKĄŚ BABINĄ NA CZELE RUSZYLI DO AUTOBUSU. BABINA ZACZĘŁA SIĘ SADOWIĆ NA MIEJSCU WOMBATA, POMIMO JEGO PROTESTÓW. ANI POWSTRZYMYWANIE SŁOWNE, ANI RĘCZNE NIE PRZYNOSIŁY REZULTATU, CO JEDNAK NIE POWSTRZYMAŁO ZDETERMINOWANEGO, WYSPORTOWANEGO NA GYMIE WOMBATA DO PRZEJŚCIA PONAD OPARCIEM I OGŁOSZENIA ZWYCIĘSTWA W WALCE O BUSIKOWE STOŁKI… NASZ TRANSPORT RUSZYŁ WŁAŚCIWE PUNKTUALNIE PRAWIE PUSTY. POZA NAMI BYŁY TYLKO 3 OSOBY.

PODRÓŻ MIAŁA TRWAĆ 4 godz. I TRWAŁA COŚ KOŁO TEGO. PO DRODZE ZATRZYMALIŚMY SIĘ JAK TO JEST TU W ZWYCZAJU NA POSIŁEK. MIEJSCE FATALNE, ALE SKORZYSTALIŚMY Z WC. CHCIELIŚMY SIĘ NAPIĆ HERBATY, LECZ TO CO NAM PODANO NIE NADAWAŁO SIĘ DO PICIA.

 

WC

WC

.

RUSZYWSZY KIEROWCA ZACZĄŁ JECHAĆ DOŚĆ OSTRO, CO NAS WSZYSTKICH TROCHĘ NIEPOKOIŁO, TYM BARDZIEJ, ŻE NA TEJ KRĘTEJ, MOKREJ; GÓRSKIEJ DRODZE CO KILKA KILOMETRÓW LEŻAŁY W ROWACH CIĘŻARÓWKI. SIEDZIAŁEM WTEDY KOŁO NIEGO I ZASTANAWIAŁEM SIĘ Z CZEGO TAKI JEST ZADOWOLONY… – GŁUPIO ROZDZIAWIAŁ JAPĘ PO WYKONANIU JAKIEGOŚ DZIWNEGO MANEWRU.

PO PRZYJEŹDZIE NA POŁUDNIOWY DWORZEC AUTOBUSOWY W LUANG PRABANG RZUCIŁO SIĘ DO NAS KILKU TUK-TUKOWCÓW. OFEROWALI DOJAZD DO CENTRUM I POSZUKIWANIE HOSTELU ZA 60 000 KIPOLI. DUŻO. NIE ZNAJĄC JEDNAK REALIÓW TUTEJSZEGO RYNKU NIE DYSKUTOWALIŚMY, TYLKO DOŁĄCZYLIŚMY SIĘ DO PODRÓŻUJĄCEGO TYM SAMYM POJAZDEM CO MY, NIEMIASZKA. TO POZWOLIŁO ZAOSZCZĘDZIĆ JEMU 30 000 KIPOLASÓW, A NAM 20 000. NIE WYPADAŁO, TYM BARDZIEJ, ŻE LAŁO – ALE TRZEBA SIĘ DŁUŻEJ TARGOWAĆ…

PODJECHALIŚMY DO CENTRUM MIASTECZKA, GDZIE NASZ WSPÓŁTOWARZYSZ MIAŁ BOOKING HOSTELU. NIESTETY (A MOŻE I STETY) NIE BYŁO MIEJSC W HOSTELU, DO KTÓREGO DOJECHALIŚMY. ZOSTAWIŁEM WOMBATA POD DACHEM, COBY NIE ZAMÓKŁ, A SAM UDAŁEM SIĘ NA POŁÓW MIEJSCA DO SPANIA. W TRZECIM Z HOSTELI, DO KTÓREGO TRAFIŁEM DOSTAŁEM FAJNE LEGOWISKO DLA NAS @ 100 000 DOBA. ADRES: SOUTIKONE 2 GUESTHOUSE, VISOUNNARATH RD. LUANG PRABANG; soutikone_guesthouse@hotmail.com, tel. (856-71) 213 217, (020) 2398 6969
OGROMNY, WYGODNY POKÓJ Z KLIMĄ, ŁAZIENKĄ, TV I FI-WI.

PO AKLIMATYZACJI W HOSTELU, KORZYSTAJĄC Z PRZERWY W OPADACH WYSKOCZYLIŚMY NA SZYBKI, MAŁY REKONESANS. OD RAZU UDAŁO NAM SIĘ TRAFIĆ NA REWELACYJNĄ LAOTAŃSKĄ RESTAURACJĘ. ŻARCIE BOMBA. CENA TEŻ. NAŻARCI POSZLIŚMY DALEJ NA REKONESANS. POWŁÓCZYLIŚMY SIĘ WOKÓŁ MIASTA TRAFIAJĄC DO DZIELNIC DELIKATNIE MÓWIĄC, NIE TURYSTYCZNYCH. ALE CIEKAWYCH.

 

PHNOSAVAN - WYSKOCZYLIŚMY DO MIASTA ...

LUANG PRABANG – WYSKOCZYLIŚMY DO MIASTA …

.

WRACAJĄC DO HOSTELU TRAFILIŚMY NA SUPER SKLEP Z ALKOHOLEM, NATYCHMIAST NABYWAJĄC 2 LITROWY KARTON SHIRAZA. ZOSTAWIŁEM GO W HOSTELU I JESZCZE NA DWIE GODZINY WYSKOCZYLIŚMY DO MIASTA. TYM RAZEM DO DZIELNICY ROZPUSTY – DZIELNICY, GDZIE WIDOCZNI SĄ NAJBARDZIEJ BIALI OSADNICY I TURYŚCI. TA CZĘŚĆ MIASTA MA NAJCIEKAWSZE ŚWIĄTYNIE, DAWNY PAŁAC KRÓLEWSKI (OBECNIE MUZEUM) I COŚ CO PRZYCIĄGA TŁUMY – SŁYNNY NOCNY MARKET…

.

>     ZOBACZ FOTY     <

.

.

Komentarze :

  1. Barykas

    Gratulacje dla sprytnego,wysportowanego Wombacika! Tak trzymaj!Pietruszka jak zwykle zaradny i piekunczy.Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *